Najgłupsze zniknięcie z serii: Peter Bishop/"Fringe"
Z każdym kolejnym odcinkiem twórcy "Fringe" starają się przekraczać kolejne granice dziwności. Były zjawiska paranormalne i pozornie niewyjaśnione, a także etap udowadniania, że istnieje wiele równoległych wszechświatów. Następnie, co dwa odcinki, scenarzyści przenosili akcję do tegoż równoległego wszechświata, aż w końcu postanowili zaskoczyć widzów stwierdzeniem, jeden z głównych bohaterów tak naprawdę nie istnieje.
Jasne, potencjalny brak Petera Bishopa w niczym nie przeszkadza, a masowe mordowanie serialowych bohaterów odbywa się w amerykańskich serialach średnio dwa razy w roku. Jednak jest różnica między zabiciem postaci, a jej "nieistnieniem". Włączam pierwszy sezon – Peter ma się całkiem nieźle, sezon drugi – wciąż obecny, trzeci – jak wyżej. Całkiem aktywnie "nie istniał" młodszy pan Bishop w trakcie 65 odcinków "Fringe".





















A tak, scena z "Kości" to było naprawdę coś – zagrana na wysokim poziomie (piszę o śmierci). Zaś zbiorowe odśpiewanie "Coconut" sprawiło, że miałem łzy w oczach. Co rzadko mi się zdarza przy oglądaniu seriali.
To był generalnie niezwykły odcinek.. I pomyśleć, że nie był to finał.
Chłopaki nie płaczą, panie Andrzeju, tylko żują pszczoły.
Lex Luthor nie został prezydentem w ciągu kilku minut (chyba, że autor nie odróżnia czasu w realnym świecie od czasu mijającego w serialu). Wyraźnie było powiedziane/napisane : " 7 lat później". Jak pisze się artykuł warto obejrzeć dane sceny faktycznie, a nie na przewijaniu x34.
Autor po prostu z rozmysłem żartuje sobie z "osiągnięć" Luthora z perspektywy ograniczonej liczby minut, jakie ten spędził na ekranie ( tak, tak, realnego czasu i przy założeniu, że finał trwał +- 83 minuty).