Polowanie na myśliwych. Recenzja "Making a Murderer" - serialu dokumentalnego Netfliksa

"Making a Murderer" (Fot. Netflix)

"Making a Murderer" (Fot. Netflix)

W noworocznym szale umknęło nam kilka rzeczy, na które nasi niezawodni czytelnicy mocno zwracali uwagę. Nadrabiamy dziś jedną z tych zaległości, którą jest netfliksowy dokument "Making a Murderer". Spoilery z gatunku tych, których nie dało się uniknąć.

Debiutujący jeszcze w grudniu na Netfliksie dziesięcioodcinkowy serial autorstwa Laury Ricciardi i Moiry Demos to rzecz zdecydowanie warta uwagi. Nie tylko ze względu na echo, jakim się odbiła jego premiera za oceanem, ale po prostu dlatego, że to kawał dobrego dokumentu, który pochłania się jednym tchem. Brzmi znajomo? Oczywiście, przecież to zdanie pasuje jak ulał do serialu, którym zachwycaliśmy się kilka miesięcy temu i który ochoczo umieszczaliśmy wśród najlepszych zeszłorocznych produkcji. Myli się jednak ten, kto sądzi, że "Making a Murderer" to kopia "Przeklętego". W gruncie rzeczy jedyną wspólną cechą tych dokumentów jest towarzyszący im rozgłos.

Produkcja Netfliksa opowiada głośną historię Stevena Avery'ego, człowieka oskarżonego i uwięzionego za przestępstwo, którego nie popełnił. I jeśli nie chcecie wiedzieć niczego więcej, to w tym momencie powinniście przestać czytać. Szczegółów oczywiście nie podam, ale nie dało się napisać tego tekstu bez ujawnienia pewnych informacji (które oczywiście możecie równie dobrze znaleźć gdziekolwiek indziej), wiec lojalnie uprzedzam.

SA-July-mug-3-copy

Głównym bohaterem jest zatem wspomniany Steven Avery. Prosty człowiek mieszkający wraz z całą rodziną w hrabstwie Manitowoc w Wisconsin. Człowiek nie cieszący się szczególną sympatią otoczenia, ale też niewyrządzający nikomu specjalnych szkód. Przynajmniej dopóki nie został oskarżony o napaść seksualną i próbę zabójstwa przypadkowej kobiety, Penny Beerntsen, za co trafił do więzienia na osiemnaście długich lat. Dla "Making a Murderer" ta historia jest punktem wyjścia, ale najważniejsze dla serialu rzeczy dzieją się później, gdy Avery zostaje uniewinniony i wypuszczony na wolność. Wtedy dopiero zaczyna się właściwa fabuła, która przedstawia losy bohatera po tym, jak oskarżono go o kolejne przestępstwo - morderstwo Teresy Halbach.

Na tym skończymy spoilery, bo i podawanie ich nie ma większego sensu. Takie historie śledzi się najlepiej, nie znając ich ostatecznego rezultatu, a droga obrana przez twórczynie pozwala zagłębić się w ogromną ilość detali, których samodzielne odkrywanie i weryfikacja daje wielką satysfakcję. Nie trzeba jednak specjalnego geniuszu, by pojąć, w jakim kierunku podąża netfliksowy dokument. Przez większość z jego dziesięciu odcinków oglądamy starannie udokumentowany proces "tworzenia mordercy" przez amerykański system sprawiedliwości. Podglądamy pracę organów ścigania począwszy od lokalnej policji działającej przy sprawie Penny Beerntsen w 1985 roku, a skończywszy na prokuratorach i sądzie, przed którym stanął Steven Avery ponad dwadzieścia lat później. Tylko od nas zależy, jak zinterpretujemy to, co widzimy na ekranie.

Co wcale nie oznacza, że nie będziemy nakierowywani na pewien tok myślenia. "Making a Murderer" pozornie jasno opowiada się po stronie Stevena Avery'ego – to on jest tu głównym bohaterem, jego rodzina, przyjaciele i adwokaci wypowiadają się przed kamerą. Zauważcie, że drugą stronę, czyli oskarżycieli, krewnych ofiary i osoby nieprzychylne Avery'emu, obserwujemy albo w trakcie procesu, albo podczas oficjalnych wypowiedzi z materiałów archiwalnych. Poza nielicznymi wyjątkami brakuje natomiast materiału z ich udziałem nakręconego specjalnie na potrzeby serialu. Czy taka sytuacja wynika z braku chęci współpracy drugiej strony, czy ze stronniczości twórczyń, pewnie nigdy się nie dowiemy.

Faktem jednak pozostaje, że materiał przedstawiony w serialu, zawierający zarówno wypowiedzi przed kamerą, jak i archiwalia jest ogromny, i w większości przypadków trudno z nim polemizować. Ricciardi i Demos włożyły ogrom pracy w "Making a Murderer" i zadbały o to, by przedstawione w nim informacje miały odpowiednie umocowanie w dowodach. W tego typu produkcji jest to tym ważniejsze, że siłą rzeczy większość zebranego materiału (serial powstawał ponad dziesięć lat, w czasie których nakręcono siedemdziesiąt godzin materiału) musi odpaść w trakcie montażu. Jak podkreślały twórczynie, odpierając zarzuty o stronniczość, musiały pominąć niektóre elementy, ponieważ nie prowadziły śledztwa, lecz kręciły serial, który w możliwie największym stopniu miał odzwierciedlać rzeczywistość. Pytanie, czy wśród pominiętego materiału były rzeczy, które w znaczącym stopniu wpłynęły na odbiór całości. Laura Ricciardi i Moira Demos twierdzą, że nie. Osoby bezpośrednio zaangażowane w sprawę, w które serial uderzył, powiedzą oczywiście coś innego. My możemy tylko spekulować.

Nie podlega dyskusji jedna kwestia – "Making a Murderer" jest dokumentem wstrząsającym. A by ten cel osiągnąć, twórczynie nie uciekały się do tanich sztuczek czy grania na emocjach, lecz postawiły na rzetelną pracę, dzięki której widzowie mogą wysnuć własne wnioski. Materiał do tego mamy gigantyczny, bo serial wypełniają archiwalia zabrane w sprawach na przełomie kilkudziesięciu lat. Nie martwcie się jednak, że utoniecie w zalewie faktów, dowodów i dokumentów – wszystko zostało przedstawione w sposób jasny i czytelny. Tam gdzie było to wymagane, obraz dopełniały dodatkowe informacje, zawsze jednak bezstronne i pozbawione osobistych wycieczek. Na początku możemy to odebrać jako wadę, choćby z tego powodu, że nie otrzymujemy wielu informacji o samym Averym, ale z biegiem czasu takie posunięcie staje się zrozumiałe. Jakiekolwiek zabiegi zbliżające odbiorców do bohatera były niepożądane, bo widz ma rozstrzygnąć na podstawie przedstawionych mu dowodów, a nie osobistych sympatii.

Te oczywiście mogą się po jakimś czasie pojawić, a wręcz dziwne, gdyby ich nie było, ale mogę z pewnością powiedzieć, że nie było w tym intencji twórczyń. Pod tym względem udało się zachować absolutną bezstronność, co osiągnęło apogeum w odcinkach skupionych na procesie Stevena. Gdyby nie umieszczono tam nielicznych odautorskich wstawek, to praktycznie całość można by uznać za dokumentację wideo sprawy, a nie serial. To wszystko sprawiło, że okoliczności przedstawione w "Making a Murderer" robią tym większe wrażenie, a wątpliwości wystosowywane przez obrońców i ich odbiór wśród organów sprawiedliwości często jest szokujący. Przez to możemy ulegać wrażeniu stronniczości, którego pewnie nigdy do końca się nie pozbędziemy, ale po tym, co zobaczyłem, jestem w stanie uwierzyć autorkom serialu na słowo, gdy mówią, że nie zajmują stanowiska w sprawie Stevena Avery'ego.

Niezależnie od tego, po której stronie barykady sami się opowiemy, faktem pozostaje, że "Making a Murderer" to naprawdę znakomity serial. W odpowiednim stopniu uczciwy, by nie stać się łzawym dramatem i na tyle poruszający, że trudno obejrzeć go bez emocji. Do tego tak piekielnie wciągający, że gdy zaczniecie oglądać, to nie da Wam spokoju, dopóki nie zobaczycie napisów końcowych ostatniego odcinka. A jeśli nadal będzie Wam mało, to dalsze wydarzenia dopisuje już samo życie i kto wie, być może doczekamy się ich serialowej kontynuacji – Ted Sarandos z Netfliksa nie wykluczył takiej opcji.

  • inna marta

    świetny serial, pochłonęłam w dwa dni. dawno żaden serial tak mnie nie wciągnął i myślę, że spokojnie znalazłby się w moim top 5.

    "Czy taka sytuacja wynika z braku chęci współpracy drugiej strony, czy ze stronniczości twórczyń, pewnie nigdy się nie dowiemy."
    Po obejrzeniu serialu sporo o nim i o sprawie czytałam i wydaje mi się, że gdzieś natrafiłam na informację, że rodzina Teresy Halbach nie chciała współpracować przy tworzeniu serialu. Ale to nie na 100%, bo to bylo już jakiś czas temu i moja pamięć może zawodzić. :)

    Bardzo wszystkim polecam ten serial!

    • Mateusz

      Bardzo możliwe, że rodzina Teresy nie chciała współpracować przy serialu - na pewno mocno go krytykowali po premierze, oskarżając o jednostronność.

      W tej sprawie jest tyle niewiadomych i przeczących sobie wypowiedzi, że praktycznie niemożliwe jest stanowcze opowiedzenie się po jednej stronie - np. prokurator oskarżający Avery'ego twierdzi, że nie dostał szansy opowiedzenia swojej wersji historii, czemu twórczynie serialu zaprzeczają. Komu wierzyć - nie mam pojęcia, bo zawsze pojawiają się jakieś niedopowiedzenia i wątpliwości. Dlatego uważałbym z jakimikolwiek stuprocentowymi sądami, wbrew pozorom tej sprawie daleko do przejrzystości i o ile nie nastąpi jakiś przełom, to pewnie nigdy nie poznamy całej prawdy.

      • DonMałkone

        Absolutnie. W USA, gdzie serial jest ogromnym przebojem, jest jednocześnie bardzo ostro krytykowany za jednostronność i brak obiektywizmu. Przemilczane, bądź umniejszane są fakty, które przeczą obrazowi pana Averyego jako biednego, wydymanego przez system niewiniątka. Egzemplum:

        -z tych 18 lat co przesiedział, 6 przesiedział nie za napaść, której zaprzeczyły badania DNA, ale za znęcanie się nad zwierzęciem i "lude act", czyli onanizowanie się w miejscu publicznym. Napaść na żonę policjanta też mu nie pomogła.

        -idylliczny obraz rodziny jest mocno przekłamany. Steve wielokrotnie znęcał się nad swoją żoną co prowadziło do ciągłych interwencji służb porządkowych. W jednym przypadku dusił ją do momentu aż straciła przytomność, uratowała ją wezwana zawczasu policja. Gość był ciągłym problemem dla policji, co oczywiście nie oznacza, że powinien zostać wrobiony w morderstwo, ale był naturalnym podejrzanym jeśli działo się coś w jego okolicy. Kiedy więc w pobliżu pobito i zgwałcono kobietę, zgłosili się do gościa, który miał już takie wykroczenia w kartotece. Przynajmniej dwa razy był sądzony za próbę kradzieży lub kradzież.

        -ZUPEŁNIE pominięte są zeznania Brandona, który twierdził, że wujek wielokrotnie molestował go w dzieciństwie.

        Oczywiście, nie zmienia to sprawy że Steve został WYDYMANY przez system i nie otrzymał uczciwego procesu, ale przedstawiany dyskurs, że każdy może trafić za kraty, zależnie od widzimisie policji jest równie nieuczciwy.

        Realizacyjnie rzecz zajebista, ale przy 6 odcinku, ciągłe emocjonalne szczypanie wydało mi się podejrzane.

  • Ola

    Wszystkim współserialowiczom też polecam obejrzenie a raczej pochłonięcie tego dokumentu. Nie da się oderwać do tego stopnia ze człowiek niesie ze sobą laptopa żeby powiesić wyprane ręczniki. Nie powinno mnie nic dziwić po wszystkich materiałach o systemie sprawiedliwości Last Week'a ale to jest tak straszne ze nie do opisania...trzeba zobaczyć samemu

  • A

    Gdzie można obejrzeć Making a murderer?

    • KJ

      Netflix

  • justiner

    Każdy dokument jest dla mnie manipulacja. Kiedy się ogląda te archiwalne nagrania, to ma się wrażenie, że dostajemy fakty, a tak naprawdę dostajemy bardzo subiektywna wersję wydarzeń, w którą akurat wierzy autor.
    Oczywiście pochłonęłam ten serial w tydzień, ale nie traktuje tego, co zabaczylam jako pewnik.

  • mig24

    Serial nie pokazal wszystkich dowodow jakie byly zebrane w tej sprawie