Punkt krytyczny. Recenzujemy premierę 3. sezonu "The Flash"

"The Flash" (Fot. CW)

0

Barry Allen wielokrotnie przekonywał się, że nie warto igrać z czasem. Kolejna próba zmiany przeszłości doprowadziła do nieodwracalnych konsekwencji - i to o nich opowiadać ma 3. seria "The Flash". Spoilery z premiery!

Kojarzycie komiks "Flashpoint. Punkt krytyczny"? To właśnie od popularnej historii rysunkowej Geoffa Johnsa wypada zacząć tę recenzję, bowiem premiera 3. sezonu "The Flash" przynajmniej częściowo do niej nawiązuje. W komiksowym uniwersum to właśnie ta historia zapoczątkowała nowy etap w życiu Barry'ego Allena, a także miała wpływ na wydarzenia w innych seriach komiksowych. Twórcy serialu do tematu podeszli jednak nieco luźniej. Nie oglądamy na ekranie wielkiej bitwy pomiędzy zwolenniczkami Wonder Woman i armią Aquamana. W serialu nie pojawia się też Thomas Wayne pod postacią Batmana. Zgodne pozostaje jedno – Barry Allen, ratując przed śmiercią swoją matkę, całkowicie zmienił otaczający go świat. I tylko Reverse-Flash (którego przetrzymywał w zamknięciu) był w stanie to wszystko naprawić.

Zdając sobie sprawę, że premierowy odcinek 3. sezonu "The Flash" nawiązywał będzie do komiksu "Flashpoint: Punkt krytyczny", zastanawiałem się, czy twórcy będą w stanie pociągnąć nową rzeczywistość trochę dłużej, niż przez jeden odcinek. Niestety tak się nie stało. Świat, w którym Barry razem ze swoimi rodzicami tworzy szczęśliwą rodzinę, usiłuje umówić się z Iris oraz obserwuje, jak ze złoczyńcami radzi sobie Kid Flash istniał tylko przez 40 minut. Nie trudno było bowiem przewidzieć, że zabawy z czasem i zmienianie przeszłości będą mieć swoje konsekwencje. Ale zacznijmy od początku.

Barry trafił do swojego – wątpliwego z perspektywy widza – raju. W finale 2. sezonu musiał pogodzić się ze śmiercią ojca i tym samym został sierotą. Ratując matkę, całkowicie zmienił przeszłość i trafił do alternatywnej linii czasowej, w której jego rodzice żyją. Allen każdego dnia nabierał przekonania, że zrobił dobrze. Po wielu latach poczuł się szczęśliwy i nawet poczynił pierwsze dość nieudolne kroki w kierunku odbudowania znajomości z Iris. Z racji tego, że w nowej linii czasowej Allen nie został adoptowany przez Joe Westa, o względy Iris musiał rywalizować od nowa. Oczywiście sielankowy nastrój trwał krótko, a zmiana linii czasowej pociągnęła za sobą pewne konsekwencje.

W nowym świecie "nadpisanym" przez Barry'ego Flashem (a właściwie Kid Flashem) został Wally West. I to właśnie przez jego historię (rywalizacja ze złoczyńcą znanym jako "The Rival") Allen doszedł do wniosku, że ratunek matki okazał się błędem. Bez względu na to, co zrobił, w konsekwencji jego bliscy i tak cierpieli. Mało tego – wraz ze zmianą wydarzeń stara linia czasowa zaczynała zanikać, a tym samym wspomnienia Barry'ego z dwóch poprzednich sezonów odchodziły w zapomnienie. Wizja ratunku matki nagle okazała się przekleństwem, które trzeba było jeszcze raz naprawić, by świat wrócił do przygnębiającej normalności.

Poza wspomnianą Iris i Wallym, w odcinku pojawiły się też rozczarowujące alternatywne wersje Cisco i Caitlin, bohaterów znanych i lubianych przez fanów. Zrobienie z Ramona miliardera, a ze Snow okulistki powinienem traktować jako humorystyczne akcenty, które nijak pasowały mi do dość krytycznej sytuacji, w jakiej znalazł się Barry Allen.

"Flashpoint" okazał się odcinkiem mocno przewidywalnym i nie do końca wykorzystującym potencjał wątku, jaki drzemał w nadpisanej linii czasowej. Barry ze swojego pomysłu wycofał się tak szybko, jak na niego wpadł. Małego tego – musiał prosić o pomoc Reverse-Flasha, czyli jednego ze swoich największych wrogów. Scenarzyści nie odważyli się na nieco głębsze rozbudowanie nowej linii czasowej i poświęcenie jej przynajmniej kilku odcinków. W zamian już za tydzień otrzymamy pozornie ten sam świat i tych samych bohaterów, których oglądaliśmy w poprzednich sezonach. Z tą różnicą, że Barry faktycznie kolejny raz coś zepsuł. Swoimi nieodpowiedzialnymi wyborami doprowadził do… poważnego konfliktu pomiędzy Iris i Joem, co traktować możemy jako pewnego rodzaju anomalię czasową.

Twórcy zapowiadali 3. sezon "The Flash" jako zupełnie nowe rozdanie, mające przekonać nas do tego serialu na nowo. Poprzednie dwa sezony nie były złe, ale uważam, że od produkcji CW powinno się wymagać więcej. Tymczasem z niepokojem obserwuję kierunek rozwoju fabuły tego serialu. Mam wrażenie, że bliżej mu do "Arrow" (który zaczynał się psuć właśnie w 3. sezonie), niż do historii z poprzedniego sezonu, gdzie wątki z Zoomem, choć niepotrzebnie naciągane aż na 22 odcinki, oglądało się całkiem przyzwoicie. "Flashpoint" jako odcinek zapowiadający 3. sezon wypada stosunkowo przeciętnie. Przedstawia konsekwencję głupoty i zuchwałości Barry’ego Allena, za którą bohater kolejny raz będzie musiał zapłacić. Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że twórcom zaczyna też brakować pomysłów na postawienie Barry'ego w zupełnie nowym świecie. Być może powrót do wątków z Earth-2 były dla tego serialu oczekiwaną deską ratunku?

  • 8azyliszek

    Ech Marcin Rączka i oczywiście kryptoreklama Egmontu. :/
    W każdym razie słaby ten start sezonu. Wszystko idzie się psuć jeszcze bardziej, od tego "naprawiania". I to jest smutne, bo Barry zasłużył na happy ending.
    Arrow w tym tygodniu wyszedł lepiej.