Sherlock niańczy dzieci i bawi się w Bonda. Recenzujemy "Sześć popiersi Thatcher" z 4. sezonu

"Sherlock" (Fot. BBC)

0

W premierze 4. sezonu "Sherlocka" wiele miejsca poświęcono różnego rodzaju gierkom i twistom, a także rodzinie Watsonów. I jest to powrót, który rzeczywiście cieszy, nawet jeśli serial miał już lepsze odcinki. Spoilery!

Niańczenie dzieci i zabawa w Bonda to oczywiście tylko zasłona dymna, bo "Sześć popiersi Thatcher" ma dwie twarze - na początku pokazuje tę lekką, przyjemną i bezpretensjonalną, by pod koniec zrzucić na widzów emocjonalną bombę ciężkiego kalibru. I choć przez półtorej godziny wiele się dzieje, a zmiana tonu jest więcej niż wyraźna, na pewno jest to odcinek znacznie bardziej spójny niż "Upiorna panna młoda" (choć kłóciłabym się ze stwierdzeniem, że lepszy).

Jeśli historia superagentki Mary Watson od początku wydawała Wam się absurdalna, wydarzenia z "Sześciu popiersi Thatcher" tylko Was w tym przekonaniu utwierdzą, a i finałowych emocji pewnie aż tak nie odczujecie. Do mnie to balansowanie na cienkiej granicy, poza którą jest już tylko autoparodia, przemawia, choć oczywiście w niewielkich dawkach. Gdybyśmy w każdym odcinku mieli oglądać, jak "Sherlock" udaje film o agentach i przemieszcza się po mapie z prędkością błyskawicy, pewnie bym zwariowała. Ale to był ostatni taki odcinek. Szpiegowskie gierki się skończyły, a wraz z nimi rodzinne szczęście Johna Watsona.

Wróćmy jednak do początku, nad Tamizę, do siedziby brytyjskich tajnych służb, gdzie Sherlockowi - bezczelnie przyklejonemu do iPhone'a - zostaje wybaczone i zapomniane wszystko to, co zbroił w finale 3. sezonu. Sprawa Charlesa Magnussena to już przeszłość, o czym informują Sherlocka szefowie agencji, a także jego brat. Widzowie w tym momencie raczej nie zwracają uwagi na obecną na spotkaniu sekretarkę, tylko czekają, aż najlepszy detektyw we wszechświecie znajdzie nowe zadanie. To rzeczywiście szybko się pojawia i tylko z pozoru jest mało interesujące. Tytułowe popiersia premier Thatcher mogłyby tak naprawdę być czymkolwiek innym, bo - podobnie jak w oryginale, u sir Arthura Conan Doyle'a - same w sobie nie mają żadnego znaczenia. Dają jednak początek zadziwiająco misternej układance, która jest od początku w stu procentach logiczna i jednocześnie tak skomplikowana, że bez Sherlocka błądzilibyśmy w mroku do teraz.

sherlock02

Serial BBC w premierze 4. sezonu z gracją i lekkością pędzi przed siebie, serwując twist za twistem, a w międzyczasie bawiąc widzów tysiącem wątków pobocznych. Benedict Cumberbatch może i miał przerwę w byciu Sherlockiem, ale to nie znaczy, że stracił pazur. To wciąż ten sam dobrze funkcjonujący socjopata, którego znamy i lubimy, już od pierwszej sceny. Patrzenie, jak traktuje z buta klientów, którzy mają odwagę zawracać mu głowę swoimi banalnymi sprawami, było i jest wielką frajdą. Sherlock pozostał złośliwym arogantem, który uważa, że jest lepszy od całego gatunku ludzkiego, ale ma również wiele okazji, by pokazać inne swoje oblicza. Owszem, szczegóły jego relacji z dzieckiem Watsonów łatwo było przewidzieć, ale to nie znaczy, że nie bawią (ach, ta jego lekcja logiki z grzechotką w roli głównej). Podobnie zresztą rzecz się miała z psiakiem.

Nie brakowało odniesień do prozy sir Conan Doyle'a - jak Czarna Perła Borgiów z oryginalnych "Sześciu popiersi Napoleona", pies o imieniu Toby czy akronim A.G.R.A. (więcej o tym poczytacie tutaj). Dialogi jak zwykle napisane zostały rewelacyjnie - już sama tyrada Sherlocka o Bogu, stanowiąca odpowiedź na propozycję, by został ojcem chrzestnym małej Rosamundy, warta jest wszelkich wyróżnień tego świata. Podobnie zresztą jak wizja III wojny światowej rozpętanej przez żonę klienta ze śmierdzącym oddechem. Cumberbatch czuje się jak ryba w wodzie w tej roli i wypada w niej jak zwykle przepysznie, zaś zmiany dynamiki w jego ekipie, wynikające z tego, że Watson ma żonę i to taką, która może się przydać w ściganiu złoczyńców, tylko dodały serialowi świeżości.

Chwilo, trwaj? Nie do końca. Pierwsza połowa odcinka, którą spędziliśmy, błądząc w mroku, spełniła swoje zadanie. Czyli wprowadziła nas z powrotem w świat serialu, dostarczając lekkiej rozrywki na wysokim poziomie, z licznymi mrugnięciami scenarzystów w kierunku wygłodzonej publiczności. Druga połowa to już droga - kręta, a jakże! - w kierunku tego finałowego szoku, po którym nic nie będzie takie samo. Gdyby "Sherlock" nie zostawił mnie ze złamanym sercem, pewnie narzekałabym na bzdurny jak zawsze wątek superagentki Mary Watson, ale nie jestem w stanie, po części także dlatego, że Amanda Abbington ma sobie tyle naturalnego uroku, że nie mam problemu z uwierzeniem w niecodzienne przygody jej bohaterki (równie wiarygodnie wypada zresztą jako świeżo upieczona mama). Żona Watsona była szpiegiem, a teraz ucieka przed śmiercią, jak ten kupiec z Samary, którego historię wszyscy w "Sherlocku" widzą trochę inaczej. Tak, jest w tym pewna dawka absurdu, ale jeśli przyjmie się to wszystko na wiarę, można się świetnie bawić, oglądając teleportacje Mary, konfrontującej się z własną przeszłością.

Gdyby tej sympatycznej bohaterki nie dopadła w końcu śmierć, "Sześć popiersi Thatcher" byłoby jednym z tych łatwych, lekkich i przyjemnych odcinków "Sherlocka", których szczegóły bardzo szybko zacierają się w pamięci. Bo tak, scenariusz był niesamowicie wdzięczną układanką, obecność dziecka, jak i szalenie charyzmatycznego psa, w ekipie dodała serialowi komizmu, a sarkastyczny Benedict Cumberbatch zrobił, co do niego należało - ale to wszystko. Nawet Moriarty, pytający, czy za nim tęskniliśmy, wydawał się odległą pieśnią, zwłaszcza kiedy okazał się nie mieć nic wspólnego z gipsowymi popiersiami Thatcher.

Uśmiercenie Mary Watson i zarazem poróżnienie Sherlocka z jego najlepszym przyjacielem - który nie może mu wybaczyć, że nie dotrzymał obietnicy i nie ochronił jego żony - zmienia postać rzeczy. To wyraźny zwrot w mrocznym kierunku i znak, że gierki się skończyły, bo realna jest i śmierć, i ludzkie uczucia. W tym również uczucia głównego bohatera, któremu bliżej do człowieka, niż sam by chciał.

To, co zrobili Steven Moffat i Mark Gatiss z postacią Mary, wydaje się naturalną konsekwencją ich reinterpretacji opowiadań sir Conan Doyle'a. W książkach żona Watsona po prostu znikła i możemy tylko spekulować, czy została uśmiercona, czy jednak nie. Twórcy serialu BBC też musieli się jej pozbyć, ale nie mogli pozostawić jej wątku bez zamknięcia. Postawili więc na wyciskacz łez, który momentami wydawał się przesadny (bohaterska śmierć, przemowa na koniec i to oskarżenie rzucone przez Watsona w kierunku Sherlocka - uff!), ale niewątpliwie spełnił swoje zadanie. Śmierć Mary boli, bo nie dość że była to chyba najsympatyczniejsza superagentka, jaką ziemia nosiła, to jeszcze ukochana kobieta Johna (którego wątek z niedoszłym skokiem w bok miał swój urok, ale nie pozostawił wątpliwości, że rodzina jest i będzie najważniejsza) i matka jego dziecka.

sherlock03

To, co z nami zrobiono, stanowi szczyt wyrachowania, i to taki osiągnięty przy pomocy mało subtelnych metod. Ale co tu dużo mówić - zadziałało. Skręt w mrocznym kierunku wydaje się w tym momencie nieunikniony, bo nie dość że takie wydarzenie nie może nie odcisnąć na serialu piętna, to jeszcze ciągle w zapasie jest Moriarty. To nie on stał za sprawą roztrzaskanych popiersi, to nie on wysłał Sherlockowi płytę z pytaniem, czy za nim tęsknił - ale to nie znaczy, że nie powróci z niebytu, w tej czy innej formie.

Ponieważ nowe odcinki "Sherlocka" pojawiają się raz na kilka lat, każdy powrót serialu wiąże się z ogromnymi oczekiwaniami. Może nie z takimi, jak kolejne odsłony "Gwiezdnych wojen", ale nie ulega wątpliwości, że dla publiki spragnionej widoku Benedicta Cumberbatcha i Martina Freemana powroty serialu BBC są tak samo ważne, jak premiery kinowych blockbusterów dla fanów komiksowych światów Marvela czy DC. Takie oczekiwania rzadko zostają spełniane, a "Sześć popiersi Thatcher", pomimo zgrabnej konstrukcji i dużej zawartości emocji, plasuje się gdzieś pośrodku rankingu najlepszych odcinków "Sherlocka".

Ale warto zwrócić uwagę na jedną rzecz. "Sherlock" to już nie tylko zabawa konwencją i umiejętne przekładanie klocków, które w tej czy innej formie skądś kojarzymy. Reinterpretacja prozy sir Conan Doyle w tym przypadku wiąże się ze stworzeniem bohaterów z krwi i kości, którzy egzystują we współczesnym świecie, zachowując przy tym wiele cech swoich pierwowzorów. To, że Twitter dziś płacze po Mary - albo zastanawia się, czy może jednak nie udało jej się oszukać śmierci - jest najlepszym dowodem na to, iż coś serialowi BBC wyszło. A coś mi mówi, że to dopiero początek i takich emocjonalnych bomb, związanych choćby z relacją Sherlocka i Johna czy też imieniem Sherrinford, będzie w tym sezonie więcej.

  • Kama

    Skopiuję mój komentarz z bloga Zwierza, bo tam recenzja była wcześniej, a nie chce mi się parafrazować z racji tego, że - sorry - szkoda mi już czasu na "Sherlocka.
    ---------------
    Nigdy nie rozumiałam fenomenu tego serialu, przyznaję (wolałam "Elementary", a teraz mi wszystko jedno, bo "Elementary" w 5 sezonie oglądam tylko z przyzwyczajenia). Odcinki dzieliłam na takie, które sprawiały mi przyjemność (ten z Adler i ten ze ślubem) oraz na pozostałe - mniej lub bardziej udane, ale raczej niezapadające mi w pamięć lub nawet irytujące ("Pies Baskerville'ów" czy niedawny odcinek specjalny). Ale w sumie przez 3 sezony uważałam, że serial jest niegłupi, z pomysłem na odświeżenie Doyle'a i po prostu widocznie to do mnie ten styl nie trafia. I komentując z tej pozycji nie fanki, lecz widza mało zaangażowanego emocjonalnie, stwierdzam, że przy 4x01 nie tylko się nudziłam (co zdarzało mi się przy "Sherlocku" wcześniej), ale i mocno zwątpiłam w sensowność kontynuowania przygody z serialem - nawet dla czystej rozrywki lub orientacji, co jest na topie. Odcinek postrzegam mniej więcej tak: dowcipny, ale recyklingowy dialog/bijatyka/drętwa przemowa o przyjaźni lub zdradzie/"zaskakujący" twist -> powtórzyć sekwencję parę razy (w szybkim tempie, żeby widz nie mógł się nad sensownością zastanowić). Dodać "subtelne" przejścia montażowe lub dodatki wizualne, które pokażą, jacy to twórcy są "oryginalni". Właściwie ruszyły mnie trochę tylko małżeńskie problemy (i żart, czy nie za wcześnie na rozwód) - ale nie dlatego, że Mary i John, tylko dlatego, że aktorzy...
    Wiem, że dla fanów pewnie wygląda to trochę inaczej, zwłaszcza jeśli zaangażowani są w relacje między postaciami. Ale jako rozrywka na zasadzie "niezły, niegłupi serial" przestało mi się to sprawdzać.

    • Sasha

      A ja właśnie jestem takim fanem, który bierze wszystko co dają:) I mimo tego, że tłumy ludzi mówią że wątek Mary był nieprawdopodobny i na siłę wepchany, mało tego- sami ojcowie-założyciele nie pałali zbytnią sympatią do postaci Pani Watson, mimo tego wszystkiego, będzie mi Mary brakować. Bo wbrew pozorom, dzięki niej ten serial nabrał większego realizmu. Chodzi o to że prawdziwi ludzie mają wyrzuty, żałują, wątpią, kochają i przestają kochać. Nawet tak Sherlock. Wszystkie te chwyty, mimo że odbiegają od stylu pierwszych dwóch sezonów, sprawiają że przywiązujemy się do bohaterów coraz bardziej i jesteśmy gotowi wybaczyć o wiele więcej niedociągnięć w fabule niż na początku.

    • Shakuahi

      Wiem, że o gustach się nie dyskutuje, ale... Boże, jak można woleć Elementary od Sherlocka! To tak jakby powiedzieć "no dobra, Chopin-shropin, zobaczcie co Zenon Martyniuk stworzył!". Ale tak serio, bo pewnie zabrzmiało to chamsko, szanuję Twoje zdanie, ale ostatni raz byłam w takim szoku jak mi koleżanka powiedziała, że miesza monte przed zjedzeniem. ;) Bo to jest tak - moja racja, racja drugiego człowieka i ta trzecia racja, z serii "nie wierzę w to, co słyszę". Ale serio, spoko. Dla mnie Elementary to zbrodnia przeciwko twórczości Doyle'a, ale Twoje "wolałam Elementary" podziałało na mnie orzeźwiająco, bo pierwszy raz w życiu słyszę żeby ktoś wolał Elementary od Sherlocka. Boże, i wolałaś Lucy Liu jako Watsona zamiast Freemana? Niesamowite.

      • Hazel

        Wiele osób się oburza o Elementary, że to zbrodnia i tak dalej, ale wyraźnie widać, że to jest po prostu wariacja na temat twórczości Doyla, a nie jego adaptacja. Ja się nadal przy tym świetnie bawię, a kilka odcinków to faktycznie były adaptacje, oczywiście w nowoczesnym wydaniu.

        • Shakuahi

          Ja się wbrew pozorom nie oburzam, ot serial, obejrzałam dwa czy trzy odcinki, skuszona wizją wariacji, ale nie spodobał mi się i spoko. :) Nie chcę obrazić żadnego fana Elementary swoim komentarzem, bo naprawdę nie widzę w tym nic złego, ale nie wiem czy się wyraziłam właściwie. Tak czy siak, jeśli ktoś się poczuł urażony - przepraszam. :) A jak nie, to tylko dmucham na zimne.

          • Kama

            Doyle'a kiedyś czytałam z przyjemnością, nie wiem, jak czytałoby mi się po latach, ale żadnego z dwóch wymienionych seriali nie zestawiam z książką bardzo szczegółowo. Oba to wariacje na temat, różnie poprowadzone postacie i inne fabularne cele.

            "Elementary" to przyjemny, niegłupi procedural, fajnie zagrany (tak, lubię Lucy Liu :)) i z ciekawie poprowadzoną relacją Sherlock-Watson. Sprawy bywają nudne, podobnie jak wprowadzane co jakiś czas na kilka odcinków postacie, a związki z twórczością Doyle'a są mniejsze. Niby nic bardzo wyjątkowego, ale tojedyny procedural, przy którym jeszcze trwam - i to bez wątku romansowego, który kiedyś latami mnie trzymał przy "Housie" czy "Castle" (do końca sezonu 6). "Sherlock" natomiast zawsze wydawał mi się serialem udającym coś więcej niż jest, a jego popularność mnie zaskakuje nadal. Pojawia się tam, owszem, sporo ciekawych nawiązań, oryginalny wizualny pomysł, grają dobrzy aktorzy, trwa zabawa twórców z oczekiwaniami widzów (bromance). Ale dla mnie to tyle, bo emocjonalnie nic mnie tam nie rusza (ok, może przez chwilę wątek Adler), dialogi nie wydają mi się AŻ TAK dobre, fabuły mimo interesujących drobiazgów rażą schematycznością lub przeszarżowaniem, a motywacja do oglądania dla odczytania gry z konwencją i podziwiania efektów wizualnych już się dla mnie wyczerpała.
            I tak, to jest kwestia gustu, więc nie ma się co obrażać w żadną stronę :)

          • Hazel

            Moim zdaniem zawsze warto obejrzeć przynajmniej z 5 czy 6 odcinków, żeby ocenić serial, a wydaje mi się, że Elementary trochę się rozkręciło potem. Pamiętam że w pierwszym sezonie był jeden odcinek, który szczególnie zapadł mi w pamięć, ale nie pamiętam już który to był.

  • Jan Boromeusz

    Czuje lekki niedosyt po tym odcinku (żeby nie powiedziec rozczarowanie) - mam wrażenie że był chaotyczny, naciągany bardziej niż inne - co nie znaczy ze serie odpuszczam :-) Czekam na pozostałe odcinki :-)

  • Marek

    A ja muszę zaczynać serial od początku bo po prostu nie pamiętam poprzednich odcinków... moim zdaniem tak długie przerwy pomiędzy sezonami trochę zabiją serial ( przynajmniej dla mnie )