Uzupełnienie zamiast przełomu. Recenzujemy kłopotliwy finał 1. sezonu "This Is Us"

"This Is Us" (Fot. NBC)

0

"This Is Us" miało w całym sezonie tyle świetnych momentów, że można w nich dowolnie przebierać w poszukiwaniu swojego ulubionego. Wątpię jednak, by ktokolwiek zdecydował się wskazać finał. Spoilery.

Ustalmy najpierw raz na zawsze dwie podstawowe sprawy. Tak, scenarzyści "This Is Us" potrafią pisać znakomite, zaskakujące i pozbawione efekciarstwa fabularne twisty. Nie, ich serial nie jest oparty tylko na nich i znakomicie radzi sobie także jako zwykła, ciepła historia. Czasem jednak zdarza im się stworzyć odcinek, w którym obydwa elementy wypadają mało wyraziście. Szkoda, że jeden z nich przypadł akurat na finał pierwszego sezonu.

Nie mam bynajmniej pretensji o brak rozwiązania najbardziej palącej kwestii w serialu, czyli odpowiedzi na pytanie jak zginął Jack, tym bardziej że Dan Fogelman ostrzegał, by wykazać się tu cierpliwością (dobrze, że to zrobił, bo w przeciwnym razie mielibyśmy rzadki przypadek rozwścieczenia widowni przez nieuśmiercenie głównego bohatera). W porządku, "This Is Us" zdążyło sobie wyrobić na tyle dobrą opinię, że wypada zaufać jego twórcy, iż wie, co robi i nie zrzuci na nas jakiejś tandetnej bomby. Dowód na zdrowy rozsądek Fogelmana dostaliśmy zresztą także w tym odcinku, który pogrzebał jedną z popularniejszych teorii o sposobie opuszczenia tego świata przez pana Pearsona – zapomnijcie o jeździe po pijaku i wypadku, to zdecydowanie nie w stylu "This Is Us".

This Is Us

Bardziej niż tego typu rozwiązania pasują do serialu fabularne niespodzianki, a że "Moonshadow" był odcinkiem kończącym sezon, to pewnie wielu z Was oczekiwało czegoś w tym stylu. Przyznaję, że ja również byłem w tej grupie, więc gdy ostatecznie okazało się, że tym razem niespodzianką jest brak niespodzianek, poczułem lekkie ukłucie rozczarowania. To nie był zły odcinek, przynajmniej przez większość czasu, ale zdecydowanie brakowało mu wyróżnika. Podoba mi się inteligentne i stopniowe dopisywanie kolejnych rozdziałów do historii rodziny Pearsonów, lecz czasem pewnym telewizyjnym standardom powinna stać się zadość, a jakkolwiek by nie patrzeć, finał sezonu nie jest tylko kolejnym odcinkiem. Zwłaszcza gdy mówimy o takim, do którego byliśmy pieczołowicie przygotowywani przez ostatnie tygodnie.

Tutaj jednak zamiast kulminacji otrzymaliśmy kontynuację. Logiczną, przemyślaną i w paru miejscach satysfakcjonującą, ale nadal tylko kontynuację, na której ciąg dalszy raczej nie będę czekał jak na szpilkach. Fogelman zabrał nas w kolejną podróż w przeszłość, a właściwie dwie, bo cofnęliśmy się do czasów, gdy Milo Ventimiglia nie miał nawet wąsów, a Mandy Moore… nie, Mandy Moore wciąż wyglądała tak samo. Ale mniejsza z tym, liczy się fakt, że wycieczka była dość udana, a jej poszczególne punkty, jak obowiązkowo uroczy, drobny twist czy długo wisząca w powietrzu wielka awantura wypadły naprawdę nieźle. Gdyby tylko darowano sobie pasującą tu jak kwiatek do kożucha zabawę w nielegalny hazard i gangsterów od siedmiu boleści, nie byłoby się do czego przyczepić.

thisisus1

No może jeszcze do faktu, że serial był o krok od uczynienia z Jacka złodzieja, co stałoby w tak ogromnej sprzeczności z jego charakterem, że wyglądałoby karykaturalnie. Serial uczynił naprawdę wiele, by zamienić tego bohatera w chodzący ideał, że odwracanie kota ogonem dosłownie w ostatniej chwili to najgorszy pomysł z możliwych. Pewnie, że Jack ma swoje wady, ale robienie z niego kryminalisty i wciąganie w podziemny światek? Całe szczęście, że w miarę szybko porzucono ten wątek, choć, parafrazując Rebeccę, i tak muszę napisać: "Może nam się nie podobać, co się stało, ale zobaczyliśmy to i już tego nie cofniemy."

Dobrze chociaż, że na tym wpadki się kończą, bo reszta odcinka była solidną robotą z emocjonalnymi momentami, do których zdążyłem już przywyknąć, ale nadal za nic nie potrafię się na nie uodpornić. Uwielbiam więc prostotę sceny, w której Jack i Rebecca po raz pierwszy patrzą sobie w oczy i mówią "Cześć", zakochałem się w pomyśle Randalla, by adoptować dziecko, nie potrafiłem także przestać słuchać w oczarowaniu, jak Jack opowiada żonie, że ich historia miłosna dopiero się zaczyna. O ciosie w samo serce, jaki może z tego wyniknąć, nie chcę nawet myśleć.

Pomimo tych wszystkich fajnych drobiazgów, nie potrafię do końca docenić finałowego odcinka. Może przez brak wielkiej trójki (poza końcowymi fragmentami), a może z powodu przewidywalności, która obdarła go ze sporej części magii. Bo tak, jasne było, że Jack i Rebecca zbliżają się do momentu, w którym kotłujące się pod powierzchnią żale eksplodują w wielkiej kłótni, a zestawienie awantury z historią o ich pierwszym spotkaniu niewiele tu pomogło. Z tego wątku musiało zejść trochę powietrza i choć doceniam pracę świetnie spisujących się aktorów, skłamałbym, mówiąc, że zrobiło to na mnie szczególne wrażenie. Poczułem raczej, że odhaczamy niezbędny punkt w programie – załatwione, możemy lecieć dalej.

thisisusgif

Problem w tym, że "dalej" nastąpi dopiero w kolejnym sezonie, a w tym momencie "This Is Us" pozostawiło nas w próżni. Wątki dzieci Pearsonów zostały zmarginalizowane, historia Jacka i Rebeki dobrnęła do oczekiwanego od dawna miejsca, a my zostaliśmy sam na sam z ponurymi rozważaniami, czy tych dwoje zdąży się pogodzić przed jego śmiercią. Dość to okrutne, panie Fogelman, zwłaszcza zważywszy, że wcześniej serial nie miał żadnych problemów z pozostawianiem nas w odpowiedniej chwili. Wyczucia zabrakło dosłownie w ostatnim momencie.

Choć z pewnością nie mogę i nie chcę nazywać "Moonshadow" całkowitym rozczarowaniem, nie da się ukryć, że od ręki mogę wymienić przynajmniej kilka odcinków, które zrobiły na mnie o wiele lepsze wrażenie. I to je zachowam w pamięci do premiery drugiego sezonu, finał traktując jako uzupełnienie historii, która bez wątpienia była największą pozytywną niespodzianką tego sezonu (ostatni odcinek miał rekordową oglądalność w NBC, ponad 12 milionów widzów). Mam szczerą nadzieję, że w kolejnych odsłonach "This Is Us" ten status nie ulegnie zmianie.

  • Ja tam się bardzo cieszę, że nie ujawnili jak umarł Jack, bo to by oznaczało koniec scen z Milo, a nie wiem czy to zniosę. Wątek Jacka prawie kryminalisty też mnie nie gryzie, bo Jack to wyjaśnił. Zawsze starał się postępować dobrze i do niczego go to nie zaprowadziło, a skoro jego ojciec zawsze robił źle i żyje lepiej to miał już dosyć bycia dobrym gościem. W życiu też nie zawsze postępujemy logicznie kiedy jesteśmy na skraju porażki. Jedyne co mi się nie podobało to to jak Jack poznał Rebecce. Niby ten serial to zbiorowisko przesłodzonych momentów, ale liczyłam na jakąś normalniejsza historię, bez tego znacznika "bratnie dusze". Już chyba wolałabym żeby mieli tą randkę w ciemno, bo chociaż to byłoby naturalne, a nie przesłodzone

    • Dorota D.

      To, że się dowiemy jak umarł Jack wcale nie oznacza końca występów Milo, bo ten serial skacze po różnych momentach z przeszłości i to cały jego urok. Dlatego do samego końca serialu będziemy widywać Jacka. Tylko teraźniejszość (dorosłe rodzeństwo) jest linearna.