7 rzeczy, które uczyniły mój tydzień lepszym

"Riverdale" (Fot. CW)

0

W tym tygodniu bez dwóch zdań rządziły "Wielkie kłamstewka". Poza tym doceniam pewien uroczy duet z "Riverdale", to, co zostało z "The Get Down", netfliksowe trailery i szykujące się showmaksowe dostawy seriali.

1. "Wielkie kłamstewka" i definicja satysfakcjonującego finału

Finał "Wielkich kłamstewek" był świetny, co do tego chyba nikt nie ma żadnych wątpliwości. A jak wielu z Was, nie znając książki, przewidziało, co się wydarzy? My na Serialowej jeszcze w lutym, po obejrzeniu przedpremierowych screenerów (HBO udostępniło nam wszystko oprócz finału, wyobraźcie sobie nasze cierpienie przez dwa miesiące!), oznajmiliśmy zgodnie, że ofiara może być tutaj tylko jedna i że pewnie zobaczymy na końcu jakiś pokaz kobiecej solidarności. To po prostu z każdym odcinkiem stawało się coraz bardziej i bardziej oczywiste. Dlatego nie było szoku, kiedy zobaczyliśmy, kto zginął, w jaki sposób zginął i jakie jeszcze grzechy miał na sumieniu.

Ale czy ktokolwiek ma o to pretensje? "Wielkim kłamstewkom" udało się wyjść znacznie poza tradycyjne whodunnit i skupić się na przyczynach. Na małych rzeczach, które na pierwszy rzut oka nie mają znaczenia, no bo przecież raj, słońce, wielkie domy, rzucające się w oczy bogactwo. To był serial o kobietach, które rządzą, i mężczyznach, którzy nie dorastają im do pięt. Od początku do końca satysfakcjonujący i pewną przewidywalność mający niejako wpisaną w DNA. A przy tym bardzo świeży, zarówno pod względem formy, jak i treści. Aż chciałoby się więcej, ale na szczęście twórcy wiedzą, co robią - 2. sezonu nie będzie.

biglittle-nicole4

2. Wszystkie te momenty, kiedy w "The Get Down" trwa impreza

Obejrzeliśmy już drugą część "The Get Down" i będziemy ją szerzej komentować. Jak być może już się domyślacie, do zachwytu niestety daleko - serial Baza Luhrmanna, który w pierwszej części miał cudowną energię, teraz dosłownie rozpadł się na naszych oczach. Fabuła ani się specjalnie nie klei, ani tym bardziej nie chce wciągać - i nie zmieniają tego pojedyncze genialne momenty.

Ale i tak obejrzałam całość w szalonym tempie, z przyjemnością dawałam się porywać, kiedy akurat w serialu trwała impreza, i nie uważam, żebym straciła czas. "The Get Down" to nie pierwszy dowód na to, że szaleni geniusze z Hollywood niekoniecznie powinni sami tworzyć seriale. Myślę, że kontynuacji Netflix nie zamówi i że nikt z twórców nie dostanie już takiej swobody (i takiej kasy!) jak Luhrmann. Szkoda, że tak to się kończy. Kiedyś pewnie z przyjemnością wrócę do tego serialu, a tymczasem szczerze życzę utalentowanej obsadzie, żeby odnalazła się jeszcze na małym ekranie. Wiele rzeczy w "The Get Down" nie wyszło, ale energia tych dzieciaków była niesamowita od początku do końca.

3. Netflix zabierze nas do Hiszpanii sprzed 90 lat

Coś się kończy, coś się zaczyna - uwielbiam hiszpańskie seriale kostiumowe i z kwietniowych premier Netfliksa zdecydowanie najbardziej czekam na "Las chicas del cable". Nieważne, że szczególnie oryginalnie to nie wygląda. Ważne, żeby były ładne sukienki i silne dziewczyny - więcej mi do szczęścia w tym przypadku nie trzeba.

4. Wraca także "Master of None"...

...którego polski Netflix nazwał "Specjalistą od niczego" i nie, to nie jest spóźniony prima aprilis. Na szczęście ja go tak nazywać nie muszę i mogę bez przeszkód delektować się włoską przygodą Aziza Ansariego.

5. ShowMax zgarnął dwie największe premiery kwietnia

Nie tylko zgarnął, ale też zamierza pokazywać zaraz po Amerykanach! Mowa o "Fargo" i "Opowieści podręcznej" - to pierwsze ma być w Polsce dzień po USA, to drugie nie ma jeszcze potwierdzonej daty, ale na pewno też będzie w kwietniu. Co jest kolejną świetną wiadomością - zauważyliście, że kiedy robimy zapowiedzi seriali na kolejne miesiące, coraz mniej jest na tych listach tytułów, które nie mają ustalonych polskiej daty premiery? Co ciekawe, coraz więcej tych premier odbywa się nie w TV, a w internecie - jak choćby "Guerrilla" z Idrisem Elbą, która w przyszłym tygodniu pojawi się na HBO GO.

6. Ten duet z "Riverdale"

Wiem, wiem, Blossomowie to czyste zło, zaś Archie mógłby myśleć czasem o czymś innym, nie tylko o dziewczynach. Ale... ceremonia z syropem klonowym w roli głównej prezentowała się na ekranie bardzo stylowo - kto by pomyślał, że lansować się można nawet w krzakach! - a Archie z Cheryl u boku od razu nabrał barw. Chętnie bym oglądała ten duet częściej, być może nawet jako parę. Jest tam chemia, której tak bardzo brakuje we wszystkim, co dotyczy Archiego.

riverdale56

7. I jeszcze to szalone Lip Sync Battle

Jimmy Fallon, Shaquille O'Neal, Pitbull, bardzo dużo energii i jeden świetny kostium.

  • ROB-i

    U mnie tez jednoglosnie wydarzeniem tygodnia byl final "Big Littel Lies",a co jeszcze...
    Jak wiele z nas widzi raz na jakis czas dostajemy seriale o szeroko pojetym temacie "z historii muzyki" i raz jest to cos mniej a raz bardziej udanego (z mniej wystarczy przytoczyc nieudany "Vinyl").
    Kilka dni temu zaczelem ogladac serial o jednej z bardzo znanych wytworni plytowych w ktorej startowali ludzie ktorzy pozniej stawali sie "legendami" muzyki.Wytwornia ta to "Sun Records" i tak tez brzmi tytul serialu ktory oparty jest na sztuce scenicznej "Million Dollar Quartet" a jedny z producentow jest i wiekszosc odcinkow wyrezyserowal Roland Joffe (ktorego sobie bardzo cenie za jeden z moich ulubionych filmow " The Mission").W serialu "stezenie" debiutujacych przyszlych gwiazd na metr kwadratowy jest wrecz niesamowite bo pojawia sie tam mlodociany Elvis Presley.Johnny Cash,Jerry Lee Lewis,B.B King czy Ike Turner,czyli "creme de la creme" swiatowej elity muzycznej i chyba nikt kto choc troche interesuje sie muzyka nie przejdzie wobec tych nazisk obojetnie.
    W serialu nie pojawiaja sie zadni znani aktorzy a serial skupia sie na pierwszych krokach zarowno nowo powstalej wytworni jak i ich zalorzycieli jak i na przyszlych idolach milionowej odbiorni sluchaczy.
    Serial bardzo dobrze odzwierciedla lata 50-siate ubieglego wieku i moze nie jest to cos nadzyczajnego to jednak polecam,a moze sie komus spodoba,tak jak mi.

  • LuKe

    "Riverdale" ogląda mi się tak dobrze jak "Stranger things". Śmiało umieściłbym oba tytuły na jednej półce jakościowej.
    Zdjęcia są rewelacyjne, muzyka pięknie podbija emocje, bohaterowie są do schrupania, a fabuła idealnie balansuje pomiędzy komiksowymi bzdurkami, a autentycznymi bliskimi życia emocjami i sytuacjami. To co się twórcom udało, to stworzyć wielowymiarowe postacie, które nie są tylko złe, albo tylko dobre. Intryga jest wciągająca, spójna i logiczna. Oczywiście, że mamy tu skróty fabularne ale idealnie wpisują się one w tą momentami mocno przerysowaną stylistykę.

    Nie zgodzę się z Martą co do Archiego. On się w ogóle nie ugania za dziewczynami w tym serialu. Z tego powodu zerwała z nim Val. Poświęcał jej za mało uwagi :) On przeżył jak na razie jedyną wielką miłość do pani Grundy. Ona zniknęła z pola widzenia i chłopak zajął się muzyką. Oczywiście, że wątek kariery muzycznej nie gra pierwszych skrzypiec, ale nie uważam, że Archie jest przez to nijaki. Jest bardzo jakiś. Jest takim dobrym duchem tej historii. Fakt, często podejmuje złe decyzje - to bardzo ludzka cecha. Ale jak już jest fajny, to jest fajny na maksa.

    W ostatnim odcinku kilka razy miałem ciarki na ciele, tak dobrze muzyka współgrała z akcją. Najbardziej emocjonująca scena to Veronica dowiadująca się o ojcu Ethel. Twórcy cudownie zagrali tym efektem dźwiękowym zagłuszającym słowa Kevina. Alice i jej akcja z cegłówką też była udana. Scena Archiego i Cheryl z odbijającą się na ich twarzach wodą była tak sielska, że aż magiczna. Generalnie cała akcja z tradycjami Blossomów, zahaczająca o tajne stowarzyszenia (rudzielców) była bardzo udana.