Obietnice bez pokrycia. "Preacher" - recenzja finału 2. sezonu

"Preacher" (Fot. AMC)

0

Dobre pomysły przeplatane znacznie gorszymi i obietnice, że będzie lepiej to znak firmowy "Preachera". Po finale 2. sezonu nie wiem jednak, czy nie mam już tego serdecznie dość. Spoilery.

Najpierw był twardy reset, jaki twórcy zafundowali swojej historii w finale poprzedniego sezonu. Potem obiecujący początek nowego i jeszcze kilka solidnych odcinków zwiastujących, że serial wskoczył wreszcie na właściwe tory. Dopiero mniej więcej od połowy sezonu coś w tym obrazku zaczęło się psuć. Fabuła stanęła w miejscu, wątki głównych bohaterów pogrążyły się w nijakości, a ich przesadne rozwlekanie mogło przywoływać kiepskie wspomnienia sprzed roku. I choć ostatecznie tak źle nie było, bo przynajmniej dostaliśmy kilka długo oczekiwanych finiszów, efekt końcowy znów trudno nazwać w pełni zadowalającym. Lepiej pasuje określenie "obiecujący".

Problem polega na tym, że obiecujący jest "Preacher" od samego początku i jak dotąd nic konkretnego z tego nie wynikło. Serial AMC potrafi znakomicie rozbudzać nadzieje, by potem stopniowo gasić je w przedłużanej w nieskończoność bylejakości. Jakby twórcy byli tak zadowoleni z niektórych swoich pomysłów, że uznawali je za wystarczające, by wypełnić nimi większość sezonu. Niestety drodzy państwo, to tak nie działa. Zamiast fascynować, ostatnie odcinki "Preachera" znacznie częściej frustrowały.

preacher1

Bo ileż można patrzeć na Jessego Custera (Dominic Cooper) włóczącego się bez celu i konkretnego planu, a przez to coraz bardziej pogrążającego się w beznadziei? Ale pół biedy z nim, w końcu do tego, że tytułowy "Kaznodzieja" jest jednym ze słabszych punktów serialu, zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Znacznie gorsze było to, że w jego ślady poszli zarówno Tulip (Ruth Negga), dręczona wspomnieniem Świętego od Morderców, jak i Cassidy (Joseph Gilgun) podążający utartą ścieżką fabularną wraz ze swoim synem, Denisem (Ronald Guttman). Rozumiem intencje twórców, którzy chcieli rozdzielić bohaterów i w ten sposób pogłębić ich charaktery, ale oglądanie tego było zwykłą męczarnią. Chemia, której przecież między tą trójką nigdy nie brakowało, gdzieś wyparowała, gdy wszyscy przeżywali swoje własne, śmiertelnie poważne dramaty.

"Preacher" natomiast poważnym dramatem nie jest, choć czasem się o taki ociera. Tym razem jednak wyraźnie zachwiane zostały proporcje pomiędzy powagą, a szaleństwem – nie muszę chyba dodawać, na którą stronę. Zniknął przez to kontrolowany chaos i specyficzny urok, które wcześniej kojarzyłem z historiami Jessego, Tulip i Cassidy'ego, a wraz z nimi ulotniło się moje zainteresowanie tymi postaciami. A że mówimy o trójce głównych bohaterów, to nie świadczy źle o serialu. Świadczy o nim fatalnie.

Tak samo jak miejsce, do którego zmierzały wątki Custera i reszty, a którym okazało się rzecz jasna obowiązkowe zjednoczenie przyjaciół w obliczu tragedii. Śmierć Tulip (nie po to zostawiono nas w takim miejscu, by miała być ostateczna, więc nie mam obaw o jej los) rozegrano jednak fatalnie. Emocji nie było w tym za grosz, bo trwał ten wątek po prostu zbyt długo i zdążono je już skutecznie wyprać, a bijąca po oczach oczywistość, z jaką chciano wycisnąć z nas uczucia, dodatkowo pogarszała sprawę. Kompletnie zmarnowano więc nasz czas, a przede wszystkim potencjał postaci i Ruth Neggi, która gdy tylko miała ku temu okazję, była najmocniejszym punktem "Preachera". Czyli bardzo rzadko w 2. sezonie.

preacher2

Bo ten błyszczał raczej w innych miejscach, a szczególnie tych, w których pojawiał się Herr Starr w fantastycznej kreacji Pipa Torrensa. Obecność tego przerysowanego bohatera ożywiała serial jak mało co, a że równie dobrze wypadali Featherstone (Julie Ann Emery) i Hoover (Malcolm Barrett), to wystarcza za dowód, że "Preacher" nadal najlepszy jest wtedy, gdy w miarę wiernie trzyma się komiksu. Wiem, że nie zawsze jest to możliwe z racji ograniczonego budżetu (przez który spędziliśmy cały sezon, smęcąc w Nowym Orleanie - najczęściej w zapyziałym mieszkanku), ale może w takim razie jakimś wyjściem byłoby zmniejszenie liczby odcinków? Mam wrażenie, że cały materiał z tego sezonu można by spokojnie zmieścić w 8 godzinach i serial tylko by na tym skorzystał.

Nie musieliby przynajmniej twórcy kombinować, jak zapełniać kolejne odcinki, a my zostalibyśmy pozbawieni wątpliwej przyjemności długiego obcowania z niektórymi wątkami. Jak choćby historią Eugene'a (Ian Colletti), dzięki której udało się przede wszystkim uczłowieczyć Hitlera (Noah Taylor) – nie mam bladego pojęcia w jakim celu. I nie zmienia tego fakt, że na końcu ten okazał się tylko wykorzystywać naiwność chłopaka. Mniejsza z tym, dobrze chociaż, że wreszcie opuściliśmy piekło, bo był to wątek, który wyczerpał swój potencjał po jakichś dwóch godzinach, a potem popadł w typową dla serialu nudną stabilność.

To samo trzeba zresztą powiedzieć o większości historii zawartych w "Preacherze". Mnóstwo świetnych pomysłów nie układało się w równie udaną całość, pozostawiając nas z niedosytem (lub w niektórych przypadkach przesytem) i kolejnymi obietnicami. Za taką trzeba przecież uznać zarówno wstęp, w którym znający komiks z pewnością rozpoznali imiona Jody i T.C., jak i zakończenie. Jesse, Cassidy i chwilowo martwa Tulip zmierzający do Angelville? Miejsca, które ten pierwszy wspomina jak najgorzej, a ja od początku serialu nie mogłem się doczekać, by wreszcie je ujrzeć? W normalnych okolicznościach czekałbym z niecierpliwością. W przypadku "Preachera" już teraz przewiduję, jak to się skończy – świetnym początkiem, przeciągniętą ponad miarę ekspozycją i szybkim końcem.

preacher3

Bardzo chciałbym nie mieć racji, bo dzieło tria Catlin/Goldberg/Rogen ciągle ma momenty wprost znakomite, przy których nie mogę się pozbyć wrażenia, że gdyby było ich więcej, zachwycałbym się tym serialem bez reszty. Stylowe, pokręcone, jedyne w swoim rodzaju – jak choćby występ Jessego w roli mesjasza przed gromadą dzieciaków zakończony walką z grupą Ormian w slow motion przy dźwiękach "My Sweet Lord". Kto inny wpadłby na taki pomysł? Albo na uczynienie z wizyty u Jimmy'ego Kimmela (po Kylie Jenner) istotnego punktu w planie stworzenia duchowego przywódcy świata?

Z pewnością nikt i gdyby twórcy trzymali się tych małych, błyskotliwych wstawek, uzupełniając je zgodnie z komiksem, efekt mógłby być znakomity. Zamiast niego mamy takie potworki, jak wątek Cassidy'ego zakończony spaleniem żywcem syna, po którym straciłem do niego sporo sympatii, uzupełniony jeszcze tandetną wizją jego i Tulip, bardzo spłycającą ich skomplikowaną relację. Można się oczywiście nadal łudzić, że teraz już na pewno będzie dobrze – w końcu nawet Bóg rozbłysnął na koniec. Coraz mniej jednak we mnie wiary, że "Preacher" kiedykolwiek zdoła stać się czymś więcej, niż tylko okazjonalnie zachwycającą ciekawostką.

  • michax

    Mnie w przypadku tego serialu dziwi jedna rzecz, że nikt po emisji już nie pamiętam, który to był odcinek poświęconego w dużej części Jezusowi nikt z organizacji kościelnych w USA nie zaprotestował. Czyżby tak miał małą oglądalność? Wiem że kablówka, ale nie wydaje mi się. Ja nie mam nic przeciwko kontrowersjom, np. moją ulubioną komedią jest Żywot Briana, ale to jak pojechali po bandzie w jednym z odcinków gdy wpierw mamy retrospekcje z Jezusem (w tym momencie mi zaleciało Monty Pythonem właśnie), ale to nic w porównaniu z tym co później zobaczyłem czyli efekt retrospekcji pierwszej, co apostołowie zrobili by się pozbyć problemu mówiąc bez spoilerów, a następnie jak widzimy spotkanie Kaznodziei z potomkiem Chrystusa to nawet mnie zrobiło się jakoś tak dziwnie w tym momencie. A jak zaznaczyłem lubię Żywot Briana Monty Pythona, tak samo cenię sobie Ostatnie Kuszenie Chrystusa Scorsese, czyli nie mam nic przeciwko odwadze w kinie religijnym ogólnie mówiąc, ale w przypadku scen z Jezusem w XXI wieku miałem dosłownie opad szczęki. A jeszcze większy szok przeżyłem gdy okazało się po tym odcinku, że dosłownie żadnych protestów, nic. Nawet jak serial ma dość małą widownię jak na kablówkę to nie wierzę że żadna organizacja kościelno-religijna w USA nie zaprotestowała. Ciekawe dlaczego?

    • ROB-i

      Idzie ku lepszemu,mamy "remisja choroby" czyli coraz mniej ludzkości wieży w kolesia który podobno chodził kiedyś po wodzie . Najwyższy czas mamy przecież XX| wiek.

      • assault

        Tylko o jaką wieżę ci chodzi?

        • ROB-i

          Sorry ale to nie konkurs języka polskiego...

          • Adrian Łęcki

            Typowa wymówka analfabety próbującego usprawiedliwić własną głupotę.

          • ROB-i

            Głupi to może jesteś ty...

      • michax

        Może się mylę, ale jestem prawie pewien, że gdyby odcinek skupił się na obrazoburczym, kontrowersyjnym pokazaniu elementów religii nie chrześcijańskiej, ale islamu czy judaizmu to serialowi by się dostało. Widocznie chrześcijanie w Hollywood mają mniejsze przebicie jak inne grupy religijne lub sekty jak np. scjentologia (chociaż Cruise'owi się dostało w 1 serii). Chciałbym zobaczyć reakcję mediów gdyby w serialu pojechali po bandzie w przypadku islamu i judaizmu, ale tego raczej się nie doczekamy. Tak dla równowagi powinno dostać się każdej religii:-)

    • assault

      Też mnie to zastanawia, ogólnie lubię ten serial, ale poziom trochę spadł, dużo rzeczy się powtarza, a ten odcinek z Jezusem był bezsensu, żeby jeszcze wpływał jakoś na fabułę lub był dobrze nakręcony, a tu nic, tylko zwykłe plucie na wierzących.

  • Karol Grabowski

    Ufff, jak się cieszę, że nie dałem się drugi raz nabrać na ten serial.

  • patryks83

    Jak dla mnie ten sezon jest nierówny, co nie znaczy że słaby, liczyłem na to że to będzie "sezon drogi" a tymczasem nasz kaznodzieja przez całe bite 13 odcinków przesiedział w Nowym Orleanie. Na plus moim zdaniem dużo odjechanego poczucia humoru, wątek ze Świętym i Herr Starr, na minus sprawa Boga, rozterki Tulip, Cassidy który nie miał co do roboty w tym sezonie i "co do cholery stało się z tą dziewczynką?".
    Jednak moim zdaniem to sezon na 3,9/6

  • weronika

    Wiadomo coś o 3 sezonie?

    • Mateusz Piesowicz

      Nie ma jeszcze oficjalnego zamówienia, ale wszystko wskazuje na to, że to tylko formalność.

      • weronika

        Dzięki. Oby tak było.