Jak "Halt and Catch Fire" stało się serialową perełką. Rozmawiamy z twórcą, Christopherem C. Rogersem

"Halt and Catch Fire" (Fot. Eric Ogden/AMC)

0

Jak "Halt and Catch Fire" wyrosło na jeden z najlepszych seriali, co jest najważniejsze w tej historii i czego powinniśmy spodziewać się po finale? O tym i wszystkim innym rozmawiałam z jednym z twórców.

To miał być jeden z tych szybkich wywiadów telefonicznych: dostajesz kwadrans, zadajesz w najlepszym razie dziesięć podstawowych pytań, dziękuję, do widzenia, następny proszę. Tym razem jednak nie było tak jak zwykle, bo z Christopherem C. Rogersem, jednym z twórców "Halt and Catch Fire", zostałam umówiona na piątek, o takiej porze, kiedy Polska już zasypia. U niego, w Los Angeles, był środek dnia, więc o funkcjonowaniu w tej samej rzeczywistości nie było mowy. I wiedzcie, że kiedy jedna strona zaczyna od wyznania udręczonym głosem "Kocham twój serial, ale to jest naprawdę bardzo długi dzień i już nie wiem, co robię", a po drugiej jak na komendę w tym samym momencie zaczyna płakać dziecko, rozmowa z miejsca staje się odrobinę mniej bezosobowa, niż nakazuje obyczaj.

Pokrótce zdążyliśmy omówić przez telefon najważniejsze wątki z 4. sezonu "Halt and Catch Fire", następnie zaś on oznajmił, że jeśli chcę, to możemy kontynuować mailem. Z oferty rzecz jasna skorzystałam i tak oto udało mi się wrócić do początków jednego z najbardziej niezwykłych seriali, jakie powstały w ostatnich latach i przy okazji zapoznać się z historią jego twórców, która też typowa nie jest. Efektem tej rozmowy jest poniższy list miłosny do prawdopodobnie najbardziej niedocenianej i zdecydowanie jednej z najlepszych telewizyjnych produkcji ostatnich lat oraz jej pomysłodawców i showrunnerów, dwóch Chrisów (Rogersa i Cantwella), początkujących scenarzystów, którzy pięć lat temu zapukali do drzwi AMC ze śmiałym pomysłem, następnie zaś przeszli chrzest bojowy na planie własnego serialu.

"Halt and Catch Fire" zasługuje na porządny list miłosny od dobrych dwóch lat, kiedy zaryzykowało odważny ruch i w samym sercu historii o rozwoju branży technologicznej postawiło postacie kobiece. Donna Clark i Cameron Howe, czyli dwie programistki z jajami, które różniło wszystko, a łączyła wspólna pasja i wizja charakternego biznesu, z miejsca stały się jednym z naszych ulubionych serialowych duetów. Od początku 2. sezonu wciąż Was przekonywaliśmy do oglądania skromnej produkcji AMC, której udało się znaleźć własny głos i wyjść z cienia popularnych poprzedników. Teraz serial zbliża się już do końca i mogę powiedzieć tylko jedno: jeśli nie posłuchaliście nas wcześniej, nadróbcie go teraz, bo to rzecz piękna, ambitna, przemyślana i dopracowana w każdym calu.

Serial, który wyrósł na perełkę, kiedy nikt nie patrzył

"Halt and Catch Fire" wystartowało w AMC 2014 roku i na początku było stylową, ładnie nakręconą i ozdobioną nie najgorzej dobraną muzyką telewizyjną opowieścią o tym, jak u progu lat 80. zaczął się boom na komputery. Grupka głównych bohaterów, mieszkająca początkowo w Dallas, składała się w pierwszych odcinkach z trójki osób: samca alfa i antybohatera w jednym, Joego McMillana (Lee Pace), który był genialnym sprzedawcą w typie Dona Drapera; nerdowskiego komputerowca Gordon Clarka (Scoot McNairy), któremu marzyło się zbudowanie własnej maszyny; oraz młodziutkiej buntowniczki i zarazem błyskotliwej programistki Cameron Howe (Mackenzie Davis). Postać Donny Clark (Kerry Bishé) w trakcie 1. sezonu ewoluowała z kury domowej do prawdziwej podpory serialu, a w międzyczasie do miksu doszedł jeszcze John Bosworth (Toby Huss), facet z Cardiff Electric, który pracował w tym biznesie od dawna.

"Halt and Catch Fire" (Fot. Bob Mahoney/AMC)

"Halt and Catch Fire" (Fot. Bob Mahoney/AMC)

Rozpoczynająca się w 1983 roku historia budowy komputera o nazwie Giant przenikała się z osobistymi wątkami bohaterów, które wyglądały wtedy, co tu dużo mówić, na zapożyczone z innych seriali. Zwłaszcza raził przesadzony Joe, kreowany na skomplikowanego antybohatera, na jakich wtedy panowała moda. Sprawiało to wszystko wrażenie jak gdyby Christopher C. Rogers i Christopher Cantwell postanowili zrobić serial podobny do tych, które oglądali i cenili. O ile sam motyw przewodni ich opowieści - nowe technologie i to, jaki mają one wpływ na więzi międzyludzkie - był świeży, to z wykonaniem w 1. sezonie bywało różnie. Co dziś przyznają sami twórcy, dla których "Halt and Catch Fire" było wielką szkołą, nie tylko scenopisarstwa.

- Myślę, że ewolucja "Halt and Catch Fire" pokazuje szlak, jaki przebyło dwóch młodych showrunnerów (Chris Cantwell i ja), od małpowania seriali, które podziwiamy (w tym także "Mad Men"), do grania naszej własnej muzyki. Kocham 1. sezon i uważam, że niesłusznie był tak źle oceniany. Ale ten późniejszy "ton Mutiny" rzeczywiście był bardzo osobisty dla mnie i Chrisa, i uważam, że to właśnie dlatego naprawdę wystrzelił i działał zarówno na papierze, jak i na ekranie - mówi Rogers, kiedy pytam o 1. sezon.

Historia dwóch Chrisów, którzy dokonali razem cudu, przeniesiona bezpośrednio na ekran, byłaby prawdopodobnie równie zajmująca, co opowieści o Donnie, Cameron, Gordonie, Joem, Bosie i reszcie serialowych bohaterów, których od początku łączyło jedno. Niemal wszyscy byli w jakimś sensie marzycielami i buntownikami, ludźmi, którzy brali się za bary z czymś większym od siebie, rzucali wyzwanie korporacjom i uparcie szli do przodu, przełykając po drodze liczne porażki. A że to wszystko wymyśliło dwóch scenarzystów, którzy także rzucili wyzwanie gigantom, nietrudno zrozumieć, czemu duch i energia Mutiny to było to. To byli po prostu oni.

Serial stworzony przez Rogersa i Cantwella początkowo wystartował z przyzwoitą oglądalnością, która w trakcie 1. sezonu spadła niemalże do zera. A jednak udało się przetrwać, prawdopodobnie także dlatego, że młodzi twórcy mieli nad sobą showrunnera, Jonathana Lisco. Kiedy ten po 2. sezonie odszedł do TNT, by tworzyć "Animal Kingdom", zostali sami i musieli zacząć dokonywać cudów bez niczyjej pomocy. Seriali wokół nich nagle zrobiło się prawie 500, wyniki oglądalności stawały się coraz bardziej fatalne, w przeciwieństwie do recenzji, które były coraz lepsze. Niepewność jutra nauczyła ich podejmować ryzykowne decyzje. Nigdy nie wiedzieli, czy kolejny sezon powstanie, więc przestali myśleć o przyszłości. Mieli dobry pomysł, dawali go od razu do serialu, zamiast budować wątki powoli. Jak dziś mówią, przez lata działali w "atmosferze nieustannej niepewności, wyznaczanej przez wznowienia na kolejne sezony, opinie krytyki, polarne wiry w Atlancie [gdzie kręcony był serial - red.] i majaczące na horyzoncie strajki Gildii Scenarzystów".

Nie technologie, a więzi międzyludzkie - o to chodzi w "Halt and Catch Fire"

I tak oto, pośród tej wielkiej niepewności, "Halt and Catch Fire" stanęło na nogi i rozmiłowało w sobie krytyków. Powód był prosty: okazało się, że ta historia to ani nie żadna podróbka, ani tym bardziej nie nudna kronika rozwoju nowych technologii. To znakomicie napisany serial dramatyczny o ludziach z krwi i kości, których napędzają marzenia, szalona ambicja i skłonność do niemal obsesyjnego działania, wbrew zdrowemu rozsądkowi. To zapis ponad dziesięciu lat z życia piątki samotnych atomów, które ciągle na siebie wpadały w nie zawsze przyjaznej branży IT, najpierw w Dallas, a potem w Dolinie Krzemowej. To historia wypełniona wielkimi sukcesami i jeszcze większymi porażkami, zaliczanymi przez błyskotliwych ludzi, uparcie wierzących w innowacje, "następne wielkie rzeczy" (w czasach, kiedy rzeczywiście były one wielkie) i w to, że technologie jednak zbliżają nas, a nie oddalają od siebie. To także opowieść o życiu w poczuciu frustracji i o tym, jak to jest chcieć coraz więcej i więcej, znosić w kółko niepowodzenia i nie móc uwolnić się od własnych błędów i od tego, kim się jest.

"Halt and Catch Fire" (Fot. Tina Rowden/AMC)

"Halt and Catch Fire" (Fot. Tina Rowden/AMC)

Rdzeń "Halt and Catch Fire" stanowiły od początku nie technologie same w sobie, a więzi międzyludzkie, które były ulotne, nietypowe, pokręcone. Trochę trwało, zanim serial nauczył się sprawnie łączyć wątki zawodowe z prywatnymi i nie tylko umieszczać je w szerszym kontekście, ale także być w stanie dotrzeć głębiej. Patrząc z perspektywy czterech sezonów, możemy powiedzieć, że oglądaliśmy historię ludzi, którzy ciągle do siebie wracali, jak gdyby przyciągała ich jakaś niewidzialna siła. Albo jakby ich życiowym przeznaczeniem było budowanie czegoś razem i wspólne znoszenie porażek.

Christopher C. Rogers określa ich w naszej rozmowie mianem niezwykle dysfunkcyjnej rodziny i nie do końca zgadza się ze mną, kiedy mówię, że samotność ich wszystkich i każdego z osobna w 4. sezonie jest przytłaczająca. Od razu zwraca uwagę na to, co te postacie do siebie zbliża, także teraz, tuż przed finałem.

- Myślę, że w pewnym stopniu nasza główna piątka to ludzie nieco samotni albo przynajmniej ludzie, którzy w jakiś sposób czują się odłączeni od większego świata czy własnych rodzin. To powiedziawszy, uważam, że 4. sezon koniec końców jest o "rodzinie, którą wybieramy". Ta piątka wciąż znajduje drogę do siebie nawzajem na przestrzeni ponad dziesięciu lat - tłumaczy Rogers.

Powiązania z życia prywatnego przez cztery sezony przenikały się z zawodowymi, bohaterowie z entuzjazmem rozpoczynali nowe przedsięwzięcia, kłócili się, rozstawali, odnajdywali się po latach. Częste zmiany dynamiki ich relacji, oparte w dużej mierze na przetasowaniach związanych z pracą, to znak firmowy "Halt and Catch Fire". Praca dla Cardiff Electric, rozwój i marny koniec Mutiny, skok w lata 90., do ery pierwszych przeglądarek, wyszukiwarek i portali internetowych - serial wyraźnie zaznaczał kolejne etapy w życiu swoich bohaterów. Gdzie oni wszyscy skończą? Czy w tej historii jest miejsce na jakikolwiek rodzaj happy endu?

Donna, Cameron i walka o to, by wszędzie było miejsce dla kobiet

Z moją wizją szczęśliwego zakończenia "Halt and Catch Fire" zdradziłam się bardzo szybko, pytając Chrisa Rogersa, czy mogę mieć nadzieję na to, że na koniec Donna i Cameron znów będą pracować razem. Mój rozmówca śmiechem skwitował sposób, w jaki postawiłam ten duet ponad wszystko i wszystkich, ale nie zdradził nawet nieoficjalnie, czy trafiłam (kolejne odcinki utwierdzają mnie jednak w przekonaniu, że prawdopodobnie tak). Powiedział jedynie, że w tym sezonie chciano pokazać, jak wiele jest w tych dwóch paniach, które na początku nie potrafią wytrzymać ze sobą w jednym pomieszczeniu, rozmaitych ran i zadraśnięć - zarówno osobistych, jak i zawodowych - a następnie sprawdzić, jak one sobie z tym poradzą i co będzie dalej z ich relacją.

"Halt and Catch Fire" (Fot. Gene Page/AMC)

"Halt and Catch Fire" (Fot. Gene Page/AMC)

Następnie zaś zaprotestował, kiedy próbowałam zrobić czarny charakter z Donny z początku 4. sezonu. Jego zdaniem taka Donna ma w sobie dużo z dawnego Joego, a poza tym inaczej odbieramy w takiej sytuacji kobiety niż mężczyzn. Facetowi wybaczylibyśmy więcej, w kobiecie od razu widzimy to co najgorsze, nawet jeżeli tak naprawdę jest skomplikowaną osobą, mającą w sobie lepsze i gorsze cechy.

- Nie nazywałbym jej czarnym charakterem ani antagonistką. Myślę, że ona w tym sezonie zachowuje zdrową relację z Gordonem, jest także dobrą matką. Myślę, że wykonuje najlepsze możliwe ruchy, biorąc pod uwagę okoliczności. A Kerry Bishé w tym sezonie jest jeszcze bardziej niesamowita niż wcześniej - mówi współtwórca "Halt and Catch Fire".

Donna i Cameron nie są jedynymi skomplikowanymi bohaterkami "Halt and Catch Fire". Od 2. sezonu w serialu rządzą kobiety - najpierw wspomniana dwójka, która zakłada Mutiny, potem także silna szefowa Diane (Annabeth Gish), wyraziste córki Clarków, przede wszystkim błyskotliwa Haley (Susanna Skaggs), czy też pojawiająca się w finałowym sezonie ontolożka Katie (Anna Chlumsky). Twórcy "Halt and Catch Fire" potrafią pisać postacie kobiece, nie upraszczają relacji między nimi i przede wszystkim pozwalają im rządzić na polach, które kojarzą nam się jednoznacznie z męskimi.

Rogers wydaje się lekko zaskoczony moim pytaniem, dlaczego serial uczynił kobiety liderkami, skoro w rzeczywistości jest ich raczej niewiele w branży technologicznej. Szybko oznajmia, że połowa writers' roomu "Halt and Catch Fire" składa się z kobiet i że dla niego jest oczywiste, iż kobiety powinny być wszędzie odpowiednio reprezentowane, nawet jeśli prawdziwy świat i współczesna telewizja wciąż to widzą inaczej. Jego zdaniem w serialach wciąż brakuje "prawdziwych" kobiet i porządnie napisanych kobiecych relacji, także tych zawodowych. Takich, które mogłyby być inspiracją dla widowni z całego świata i jego trzymiesięcznej córki, która, jak mówi, nie powinna nigdy mieć poczucia, że czegoś w życiu zrobić nie może.

Najdłuższa rozmowa telefoniczna świata? Mogli, to pokazali!

Nierzadkie są przypadki, kiedy dobry serial zabija wysoka oglądalność. Miliony widzów przekładają się na konieczność dopasowywania się do gustów masowej publiki i tym samym równania w dół. "Halt and Catch Fire", które śledziło ok. 300 tys. Amerykanów przy przerażająco niskim ratingu wynoszącym ok. 0,3 (polskiej widowni nawet nie będę sprawdzać, bo pewnie jest w granicach błędu statystycznego), tego problemu nigdy nie miało. Nie musiało widzów prowadzić za rękę ani tłumaczyć im co trudniejszych skrótów. Spór o HTTP i HTML ze znakomitego finału 3. sezonu, w którym emocjonalna dyskusja o technologiach przyszłości przemieniła się w prywatną wojnę o wszystko, to jeden z najlepszych przykładów.

Jeszcze dalej obaj Chrisowie poszli w premierze 4. sezonu, kiedy to kazali Cameron i Joemu prowadzić przez większość podwójnego odcinka rozmowę telefoniczną, która była najbardziej intymna na świecie, wypełniona masą istotnych drobiazgów, zabierających nas do początku kat 90., a poza tym trwała w serialowym świecie grubo ponad dobę. Taka rozmowa to definicja czegoś, co bałby się pokazać niemal każdy serial.

"Halt and Catch Fire" (Fot. Erika Doss/AMC)

"Halt and Catch Fire" (Fot. Erika Doss/AMC)

Kiedy pytam, skąd ten pomysł, Rogers mówi, że uznali, iż w finałowym sezonie mogą sobie na takie eksperymenty pozwolić. Mogą pokazać rzeczy, które by nie przeszły, gdyby walczyli czy to o oglądalność, czy to o kolejny sezon. Ale prawda jest taka, że oglądalność nigdy nie była problemem dla "Halt and Catch Fire". Była zbyt niska, żeby się nią przejmować, więc w efekcie showrunnerzy mieli dużą swobodę i prawdopodobnie poszli na mniej kompromisów, niż twórcy popularniejszych seriali. Nie bali się drastycznych zmian, przeskoków czasowych, przetasowań wśród bohaterów. Wychodzili z założenia, że każde ryzyko, jakie podejmowali, może im tylko pomóc. Mniej ludzi oglądać ich serialu już po prostu nie mogło, a w dodatku nie tylko krytycy wydawali się mieć słabość do opowiadanej przez nich historii, AMC też.

Dwóch młodych showrunnerów, którzy uczyli się na błędach

Christopher Cantwell i Christopher C. Rogers nie kryją, że we wzlotach i upadkach serialowych bohaterów jest znacząca nutka ich osobistych historii. Młodzi showrunnerzy, zwani zarówno przez amerykańskie media, jak i własnych aktorów dwoma Chrisami (w oryginale the Chrises, czasem two Chrises), przyznają, że na początku nie mieli wiele poza pomysłem na serial. Poznali się siedem lat temu, pracując w "pewnym start-upie pod patronatem Walt Disney Company". Zaczęli razem pisać "Halt and Catch Fire", licząc na to, że może dzięki temu załapią się jako scenarzyści do jakiegoś innego serialu, a po pięciu albo dziesięciu latach uda im się stworzyć coś własnego.

A potem wszystko potoczyło się błyskawicznie, by zatrzymać się na czterech sezonach i 40 odcinkach. W liście z podziękowaniem dla dziennikarzy (!), który dostaliśmy przed 4. sezonem, panowie piszą, że wszystkie te wzloty i upadki, które przeżyli - rozwój, trudności i zmiany - zostały wkomponowane w technologiczne projekty ich serialowych bohaterów. I dodają, że na początku nie do końca wiedzieli, co tworzą. Także w rozmowie ze mną Christopher C. Rogers przyznaje, że fabuła "Halt and Catch Fire" była w dużej mierze niespodzianką dla nich samych. Nigdy nie było mowy o planie na ileś sezonów. Owszem, mieli jakiś pomysł na całość, ale wszystko, co wydarzyło się w serialu po drodze, to efekt tego, że potrafili słuchać, rozwijać się i zmieniać.

- Mówiąc całą i szczerą prawdę, kiedy Chris Cantwell i ja przedstawialiśmy pewne pomysły na przyszłe sezony, po tym jak serial dostał zamówienie, nie mieliśmy w ogóle pojęcia, co robimy. Co powiedziawszy, uważam, że to było błogosławieństwem. Wierzymy w to, że serialu należy słuchać i pozwalać mu mówić, gdzie chce dalej iść, a ustalenie mapy drogowej dla całości mogłoby stanąć z tym w sprzeczności. Na jakimś poziomie myślę, że wiedzieliśmy, iż internet (i pewne aspekty świata online, jakie rozpoznajemy teraz) stanowił dla nas metę od początku. Ale muszę przyznać, iż nigdy nie myśleliśmy, że zajdziemy tak daleko! - opowiada współtwórca "Halt and Catch Fire".

To, że młodym twórcom udało się zajść tak daleko, prawdopodobnie nie jest tylko efektem "słuchania serialu", ale także czytania opinii krytyków i wyciągania wniosków z własnych błędów. List z podziękowaniem, który otrzymaliśmy, jest niezwykły, bo nie dość że to pierwsi serialowi twórcy, jacy kiedykolwiek nam dziękowali za cokolwiek (od Chrisa Rogersa dostałam dodatkowo pięknie napisane podziękowanie, ale jako że je oznaczył "nie do publikacji", to nigdy go nie zobaczycie), to jeszcze trudno nie przyznać im racji.

Christopher C. Rogers i Christopher Cantwell (Fot. AMC)

Christopher C. Rogers i Christopher Cantwell (Fot. AMC)

"Halt and Catch Fire" to ukochany serial krytyków i jego twórcy w dużej mierze po prostu piszą prawdę, kiedy przyznają, że to dzięki krytykom udało im się znaleźć własny głos i pewność siebie. Bez większej przesady można powiedzieć, że serial zawdzięcza przetrwanie dziennikarzom - oczywiście nie nam, tylko Amerykanom, takim jak chociażby Alan Sepinwall, którzy uparcie recenzowali każdy odcinek, nawet kiedy prawie nikt ich recenzji nie czytał. Dwaj showrunnerzy mają za co być wdzięczni, ale też faktem jest, że dobre recenzje zawdzięczają przede wszystkim samym sobie. Gdyby w 2. sezonie nie nastąpił restart, ci sami dziennikarze, którzy dziś walczą o wywiady z nimi, bez namysłu wbiliby ostatnie gwoździe do trumny "Halt and Catch Fire". Nie tylko miniaturowa polska strona o nazwie Serialowa traktowała ich na początku bezlitośnie, tak samo było niemal wszędzie.

Dziś wiemy na pewno, że "Halt and Catch Fire" zawierać będzie przynajmniej jeden happy end. Scenarzyści, którzy chętnie dzielą się z dziennikarzami opowieściami o tym, jak "ich mały serial" odmienił im życie, mówią, iż dla nich najszczęśliwszym zakończeniem "Halt and Catch Fire" jest to, że "zaczynali jako znajomi z pracy, a skończyli jako bracia do końca życia".

Finał? Trochę "The Wire", trochę "Six Feet Under", a trochę...

W przypadku bohaterów serialu sprawa jest dużo bardziej poplątana, skomplikowana i niepewna. Nie będzie morza szczęśliwości na koniec, będzie realizm, prawdziwe życie i gorzka refleksja, że nieważne, jak się staramy, nie jesteśmy w stanie uwolnić się od własnych błędów i ograniczeń. A przede wszystkim nie spodziewajcie się za dużo definitywnych odpowiedzi, bo tych "Halt and Catch Fire" nie planuje nam dać.

- W finale serialu chcemy zaoferować pewną sugestię, o co chodziło w tej 40-godzinnej podróży, a jednocześnie zostawić niektóre kwestie otwarte dla widza. Mając to na uwadze, myślę, że finał sugeruje, podobnie jak cały serial przez ostatnie cztery sezony, iż jest jakiś cykl w życiu, który powtarza się, i nawet jeśli stajemy się mądrzejsi, możemy nigdy nie być w stanie naprawdę się od niego uwolnić - zdradza Rogers.

Pytam, które serialowe finały są bliskie ekipie "Halt and Catch Fire" i czy jest coś, do czego chcieliby się zbliżyć czy to tonem, czy w jakiś inny sposób.

- Chcieliśmy pójść nieco dalej niż "Rodzina Soprano", ale nie iść aż tak daleko, jak coś tak kompletnego jak na przykład "Six Feet Under". "The Wire" to dla mnie szczyt doskonałości, jeśli chodzi o to, jakie powinny być ostatnie odcinki - mam na myśli konsekwencję, z jaką życie toczy się dalej i idzie do przodu mimo wszystkich przeciwności - a poza tym dorzuciłbym tu jeszcze "Friday Night Lights" - mówi współtwórca "Halt and Catch Fire".

Spekulacje, kto zostanie na koniec uszczęśliwiony, a kto poświęcony w imię wyważenia akcentów, możemy uznać za otwarte. Być może uzasadnione są podejrzenia, iż Joe i Cameron, para, która przez dekadę wpadała na siebie, definitywnie się rozstanie, zwłaszcza po odkryciu, jak różnych rzeczy chcą od życia. Rogers mówi, że "Halt and Catch Fire" na wiele sposobów bawiło się ideą dobrego pomysłu, który pojawia się w niewłaściwym czasie, i że Joe i Cameron dostali w tym sezonie ostatnią szansę. Czy tym razem mają dobry timing? Wiele wskazuje na to, że odpowiedź znów brzmi: prawdopodobnie nie.

"Halt and Catch Fire" (Fot. Erika Doss/AMC)

"Halt and Catch Fire" (Fot. Erika Doss/AMC)

Jedno jest pewne: nie powinniśmy spodziewać się banalnego zakończenia, o którym szybko zapomnimy. Postacie z "Halt and Catch Fire" tak bardzo ewoluowały na przestrzeni czterech sezonów, podobnie zresztą jak sam serial, że trudno sobie wyobrazić, aby nagle w finale miało dość do uproszczenia. Przygotujcie się na solidną dawkę goryczy i wypatrujcie kolejnego projektu tych twórców. Bo prędzej czy później się pojawi.

Kolejny serial dwóch Chrisów? No pewnie, że będzie!

Nie mogłam nie zapytać na koniec, co dwaj Chrisowie planują dalej. Po znalezieniu się na liście "najgorętszych scenarzystów" Variety i niesamowitych recenzjach finałowego sezonu obaj mają otwartą drogę do kariery, niezależnie od tego, czy dalej będą pisać razem, czy jednak zdecydują się pójść własnymi ścieżkami, jak kiedyś Cameron i Donna. My zaś możemy mieć nadzieję, że wkrótce będziemy oglądać kolejny ich serial (albo seriale).

- Rzeczywiście nad czymś już pracujemy, ale myślę, że musimy w tym momencie jeszcze pozostać tajemniczy! "Halt and Catch Fire" było wielką szansą, spełnieniem marzeń i naszym pierwszym serialem, więc czegokolwiek byśmy nie robili dalej, chcielibyśmy to pokochać z równym zapałem. Taka szczera pasja do materiału sprawia, że trochę trwa, zanim to się rozwinie i zanim temu się zaufa. Poza tym obaj mamy małe dzieci, poniżej czwartego miesiąca życia, więc myślę, że będziemy też chcieli przez jakiś czas być po prostu dobrymi ojcami! - mówi Chris Rogers.

Historia najbardziej niedocenianego serialu ostatnich lat kończy się więc zasłużonym happy endem dla jego twórców, a ja tylko mogę powtórzyć: oglądajcie "Halt and Catch Fire". Szalona era Peak TV, w której żyjemy, sprawia, że takie tytuły zwyczajnie znikają, przygniecione przez cięższych i bardziej utytułowanych przeciwników. W efekcie, choć mamy do wyboru 500 seriali, wszyscy oglądamy to samo i tylko czasem coś oprócz tego. "Halt and Catch Fire" zasługuje na to, by znaleźć się na pierwszym miejscu Waszych list seriali, które wypada jak najszybciej nadrobić.

Nowe odcinki 4. sezonu "Halt and Catch Fire" możecie oglądać na kanale AMC w każdy czwartek o godz. 21:00.

  • Iwona

    Oprócz tych wszystkich pięknych, mądrych i prawdziwych rzeczy, które napisała Marta warto dodać, że ten serial jest też znakomity wizualnie. Jestem skłonna zaryzykować stwierdzenie, że nie ma obecnie telewizyjnej produkcji z lepszą kompozycją kadrów, z lepszym światłem i z lepszymi decyzjami odnośnie ruchów kamery. W tym sezonie dostaliśmy np. świetny, długi mastershot jak u Lubezki, znakomite granie perspektywą w scenie rozmowy Cameron w barze, magiczne światło w sekwencji gdy Joe siedzi „na oknie” i rozmawia z Cameron przez telefon, piękną, intensywną zieleń w scenach plenerowych, która dodatkowo idealnie współgrającą z wszystkim tym co się w kadrze znajduje i można tak wymieniać i wymieniać...
    To jest operatorsko bardzo przemyślane i dopracowana, a wrażenie robi tym większe, że realizowane jest za za pomocą względnie prostych środków, czyli większość roboty
    dzieje się na planie, a nie w postprodukcji.

    • Mastershotów było więcej z tego co pamiętam. Pewnie słabiej teraz kojarzę poprzednie sezony niż Ty, bo jednak parę lat minęło, ale któryś z nich na pewno zaczynał się cudną sceną zrobioną bez żadnych cięć (przynajmniej na oko). Był też odcinek w stylu FPS-a, świetnie nakręcony. Muzyka, kostiumy, sztuka wykorzystywania niewielkich wnętrz - bajka. Chętnie bym spojrzała na ich budżet :)

      • Iwona

        Pilot 2 sezonu, kamera z 5 minut biega po Mutiny, próbując pokazać panujący tam chaos :) i ta sekwencja też się świetnie zaczyna: statyczny kadr na wejście do domu, Joe z owego domu wychodzi i "na przenikaniu" zostajemy nadal z tym samym statycznym kadrem i tym domem tylko zmienia się światło oraz jakieś drobne elementy w przestrzeni wokół, na to nałożony jest dopisek 20 mc później i teraz do budynku wchodzi Donna i zaczyna się mastershot.