300. odcinek "Chirurgów"? Tego powinni zabronić!

"Chirurdzy" (Fot. ABC)

0

300 odcinków to liczba, która powinna być prawnie zakazana, nie ma bowiem możliwości, by serial trwający kilkanaście lat utrzymywał przyzwoity poziom. Przypadkiem potwierdzającym tę tezę są "Chirurdzy". Spoilery.

Serial na przestrzeni lat z przyzwoitego, mającego swój urok, medycznego procedurala przerodził się w operę mydlaną, w której wszystko już było. Sezon 14 stoi pod znakiem odnalezienia uznanej za martwą Megan (siostry Owena i narzeczona Nathana), która oczywiście pojawia się dokładnie w tej sekundzie, w której Nathan zaczyna układać sobie życie z Meredith. Ale to nie koniec dramatów, bo okazuje się, że tylko Meredith może przywrócić Megan do zdrowia.

Lekarze z Seattle już od dawna leczą ludzi tylko w wolnych chwilach, gdzieś pomiędzy próbami ujścia z życiem z kolejnych ekstremalnych sytuacji - jak pożary, katastrofy lotnicze, ataki terrorystyczne itp. - albo przeżywaniem coraz dziwniejszych romansowych konfiguracji. Bohaterowie, którzy jeszcze te 200 odcinków temu wzbudzali sympatię i mieli lekkie (choć troszkę infantylne) poczucie humoru, dziś są swoimi karykaturami, bo trudno śmiać się ciągle z tych samych żartów wypowiadanych przez coraz to starszych ludzi i trudno wierzyć w postaci, na które niemal za każdym rogiem czyha śmierć albo romans. W zależności od tego, co akurat Shonda Rhimes im wylosuje, bo brak rozwoju bohaterów i budowany naprędce ciąg przyczynowo-skutkowy jasno pokazują, że scenariuszem rządzi przypadek.

Fabuła w "Chirurgach" głównie się nawarstwia, a nie rozwija, nie ma więc tak naprawdę większego sensu pamiętać, co działo się u którego bohatera, bo i tak w perspektywie kolejnych odcinków wielkiego znaczenia to mieć nie będzie. Ale dla porządku sprawdźmy co w 300. odcinku słychać u lekarzy z Seattle.

Owen właśnie zaczął romans z panią, która jeszcze odcinek temu sypiała z Arizoną. Arizona (której sposób poruszania się ewidentnie wskazuje na to, że na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu odcinków odrosła jej noga, choć serial na ten temat milczy) zajmuje się remontem pokoju dla powracającej do niej córki. Miranda Bailey w typowym dla siebie ironiczno-rozwrzeszczanym stylu wścieka się na swojego męża, że ten ośmielił się podjąć jakąś decyzję bez niej.

DeLuca wśród nowych stażystów spotyka swoją dawną dziewczynę (zgodnie z zasadą, że jeśli kogoś nie widziałeś od lat, to na pewno spotkasz go w Grey Sloan Memorial Hospital). Meredith jest nominowana do nagrody Harper Avery. U Maggie i Jacksona budowane są kompletnie niewiarygodne podwaliny pod romans, który zapewne niedługo im się przydarzy. Nie ma tu więc nic ani nowego, ani wartego dalszego oglądania (no, może oprócz wspomnianej nogi Arizony).

Z okazji jubileuszowego odcinka dostaliśmy starą czołówkę oraz masę wspomnień na czele z medyczną sprawą tygodnia. Do szpitala po wypadku trafia trójka młodych osób, w których zachowaniu stara ekipa od razu rozpoznaje Cristinę, George'a i Izzie, czyli mamy Baby O'Mailey, Baby Yang i Baby Stevens.

Pomysł na nawiązanie w ten sposób do postaci, które przez lata zaraz obok Meredith stanowiły o sile tego serialu, jest uroczy i niezwykle typowy dla emocjonalnego stylu Shondy, szkoda tylko że wykonanie najpierw próbuje być na siłę śmieszne (gdy cała ekipa szpitala ogląda młodych pacjentów jakby byli eksponatami muzealnymi), a następnie przechodzi w patetyczne, symboliczne i kompletnie nierealne tony. Meredith ratuje życie Baby Yang jakby to była rzeczywiście Cristina, podobnie czyni Richard z Baby O'Mailey, a Alex zajmuje się "Izzie" i jej nowo narodzonym dzieckiem, co oczywiście też wywołuje w nim masę wspomnień.

Miało to wszystko być sentymentalne, ale niestety dostaliśmy mało wiarygodną próbę odgrzewania starych tematów i emocji. To kolejne potwierdzenie tego, że nie ma już w "Chirurgach" dawnej świeżości i jedyne, co może uratować serial, to to, że nie będzie nam dane doczekać jego kolejnej okrągłej rocznicy.

Na koniec odcinka Meredith otrzymuje nagrodę Harper Avery i to mógłby być kolejny znakomity moment, by serial skończyć, bowiem w końcu po tych wszystkich plagach egipskich, które zesłano na tę postać, została naprawdę zawodowo doceniona. Ale niestety w ostatnich minutach, gdy oglądamy wzruszoną Meredith, w tle słychać piosenkę ze słowami "But everything looks perfect from far away, 'Come down now,' but we'll stay...", nie ma wątpliwości, że ta fraza (a zwłaszcza jej końcówka) odnosi się także do całego serialu, który zamierza trwać i trwać.

  • Gosia Marzec

    To co zrobiono z postacią Bailey przez ostatnie 4 sezony woła o pomstę do nieba. Z twardej profesjonalistki, przełomowej pani chirurg i mentorki został rozhisteryzowany babsztyl, którego największym dokonaniem jest remont "wybuchniętego" oddziału i sexy mąż.

  • Tomek

    Każdy serial powinien mieć max 5 sezonów. Rzadko kiedy udaje się utrzymywać seriale na bardzo wysokim poziomie, zwykle następuje zmęczenie materiału.

    • s_n_e

      Albo ewentualnie każdy serial powinien mieć tyle sezonów, ile się producentom zamarzy. A my, widzowie, możemy przerwać oglądanie wtedy, kiedy chcemy, bo nikt nas nie zmusza do siedzenia przed telewizorem. I narzekania, że serial za długi. To tak, jakby wyjść na ulewę z transparentem "precz z deszczem"...

      • Tomek

        Dobrze wiesz, że to nie takie proste gdy dany serial bardzo Ci sie podoba, zalezy Ci na poznaniu dalszych losów, rozwiązania zagadki itp. Jak się zaczęło coś oglądać to się chce później zobaczyć zakończenie.
        P.S. Na deszcz nikt nie ma wpływu, w przeciwieństwie do seriali, w pełni kontrolowanych przez twórców. Dla nich liczy się jedna kasa i stąd wyciśniecie z dochodowego serialu ile się tylko da.