7 rzeczy, które uczyniły mój tydzień lepszym

"Wielkie kłamstewka" (Fot. HBO)

0

Meryl Streep w "Wielkich kłamstewkach", skromne komedie HBO w znakomitej formie i oczywiście coraz lepszy Darren Criss Show w "American Crime Story". Oto moje serialowe naj z tego tygodnia.

1. Oczywiście że Darren Criss Show!

Niesamowity występ Darrena Crissa z 2. odcinka "Zabójstwa Versace" jeszcze dziś docenimy, a na razie powiem jedno. Tylko Ryan Murphy potrafi sprawić, że oglądając serial o seryjnym mordercy, przewijam teledyskowe sceny, jak ta z "Glorią" i później ta z "Easy Lover". Wciąż nie potrafiąc uwierzyć, że ten magnetyczny psychopata to chłopak Kurta z "Glee".

acs-darrencriss

2. Rewelacyjne odcinki skromnych komedii HBO

Podczas gdy Amazon zaczął swoje niszowe komediodramaty kasować, bo pewnie nikt ich nie oglądał, w HBO wciąż jest dla nich miejsce. I bardzo mnie to cieszy, bo zarówno "Na wylocie", jak i "W potrzebie" mają świetne sezony. Zwłaszcza ten drugi wyrasta na małą perełkę, w każdym odcinku dostarczając kolejnej dawki szaleństw. Odcinek "Fagin" zdecydowanie mnie przekonał, że każdy zasługuje na swoją platformę, a już zwłaszcza twórcy, którzy mają coś do powiedzenia. Podczas gdy Amazon wyraźnie chce pójść w stronę serialowych blockbusterów - czyli zabrać mi wszystko to, za co go lubiłam - HBO potrafi znaleźć miejsce na wszystko. I to bez przekarmiania nas serialami. 'A propos...

highmaintenance0567

3. Policzyliśmy wszystkie nowe seriale Netfliksa i jestem z tego dumna

Zapewniam Was, że jest z czego, bo nowych tytułów jest już tyle, że Netflix sam się w nich gubi. Żeby stworzyć listę tegorocznych nowości, musieliśmy zajrzeć do różnych dziwnych zakamarków internetu, niekoniecznie anglojęzycznego. Początkowo zebraliśmy blisko 30 nowych seriali fabularnych Netfliksa - były jeszcze takie tytuły, jak francuskie "Osmosis", "Ratched" Ryana Murphy'ego czy "The Eddy" Damiena Chazelle'a - a następnie wybraliśmy tylko te, które na pewno zdążą ukazać się w 2018 roku.

W praktyce to oznacza, że prawdopodobnie nowości będzie w tym roku więcej, tylko Netflix nie jest w stanie jeszcze wszystkich potwierdzić. Odpowiedzi na pytanie, gdzie leży granica tego szaleństwa, wciąż nie znamy. Ale wiemy jedno: planeta pokryta serialami Netfliksa to już nie science fiction - to coś, co ma szansę się ziścić w ciągu najbliższych miesięcy.

Przy okazji - widziałam, że zastanawiacie się, czy "Altered Carbon" jest tak złe, jak twierdzą niektórzy krytycy. Najkrótsza możliwa odpowiedź po przemęczeniu pięciu odcinków brzmi: screenery tego serialu to zdecydowanie nie jest coś, co w tym tygodniu uczyniło moje życie lepszym. I tak, macie rację, że dużo sie goniom i szczelajom, a kiedy się zmęczą, gapią się na cycki, których jest tyle co w "Grze o tron" za najlepszych czasów.

4. Meryl Streep w "Wielkich kłamstewkach"

Wygląda na to, że w przyszłym roku "Wielkie kłamstewka" dostaną nie tylko Emmy, ale i Oscara.

merylstreep56

5. To, co "Saturday Night Live" zrobiło z "Bajerem z Bel-Air"

Jeden z moich ulubionych seriali z dzieciństwa powrócił tydzień temu w SNL w mocno nietypowej wersji. Bardzo dobry debiut zaliczył Chris Redd, swoje zrobiła Jessica Chastain, a przede wszystkim - tym razem to nie jest historia, która się dobrze kończy.

6. W "Riverdale" będzie odcinek musicalowy

Czekałam na to od dawna, bo taki odcinek pasuje idealnie do tego kampowego młodzieżowego serialu, którego nie potrafię przestać oglądać, choć pewnie powinnam. Obsada śpiewa rewelacyjnie, a pomysł z musicalem "Carrie" brzmi jak czysty absurd. I nieważne, że takich odcinków by nie było, gdyby ten sezon nie był zdecydowanie za długi - to brzmi po prostu jak dobra zabawa w totalnie bezpretensjonalnym stylu. Czekam z niecierpliwością!

7. Laverne Cox na okładce "Cosmopolitan"

To historyczny moment, bo aktorka z "Orange Is the New Black" jest pierwszą osobą transpłciową, którą popularny magazyn zdecydował się pokazać na swojej okładce. Na razie tylko w RPA, Polska musi poczekać - podobnie jak chociażby USA.

  • Iwona

    Obejrzałam scenę z „Easy Lover” dobre kilka razy i mam takie poczucie, że ta cała sekwencja, te ekstatyczne uniesienia, ten poniekąd transowy taniec są częścią
    rytuału magicznego, który Cunanan tworzy. Rytuału, który napędzany jest deklaracją, że „mógłby być jak Versace” i który ma spowodować jego przemianę w kogoś wielkiego. Gesty i ruchy na początku tego rytuału, np. to jak delikatnie bierze nożyczki, wyglądają trochę tak jakby on próbował być artystą tworzącym swoje „dzieło”.

    • "Isn't this special?" to chyba najlepsze podsumowanie, co on myśli o sobie i wszelkich swoich działaniach. Czy czuł się artystą, w tym sensie że uważał, że robi coś kreatywnego, tego nie wiem. Ale na pewno czuł się bardzo wyjątkowy, cokolwiek nie robił.

      • Iwona

        To na pewno, to zresztą też cudownie pokazują wszystkie jego opowieści o sobie, on absolutnie nikomu (przynajmniej w tych 2 pierwszych odcinkach) nie powiedział nic "normalnego" o sobie, tylko wszystkim, pełen pasji sprzedaje pełne kreacji i przesady historyjki; czy to o jedzeniu na śniadanie owoców morza, czy to o plantacji ananasów, czy o romansie z Versace.

        • LuKe

          Ale dlaczego nie zabił tego gościa? Nie odpowiadał profilowi? Bo z tego co rozumiem akcja działa się już po wcześniejszych morderstwach.

          • Dlatego że nie zabijał wszystkich ludzi, z którymi się zabawiał. On praktycznie "pracował" na tej plaży przez kilka tygodni, żeby opłacić hotel w Miami. Nie mordował każdego starszego pana, z którym szedł do łóżka za pieniądze.

          • LuKe

            Rozumiem ale chodziło mi bardziej o to, że wiesz. Weźmy seryjnego mordercę, który umawia się z młodymi dziewczynami, a potem je zabija w jakimś motelu. I potem nagle po kilku zabójstwach znajduje się w motelu w sytuacji jeden na jeden z młodą dziewczyną... i jej nie zabija. To jednak rodzi kilka pytań. Przede wszystkim o motywację. Cunan nie jest "klasyczny". Wyczuwam w nim bardziej zagubioną jednostkę z jakimś poczuciem wielkiej krzywdy (nawet jeśli jest ona sztucznie wygenerowana). Jego zachowanie przypomina bardziej jakąś zemstę niż zaspokajanie pragnień. Wygląda na kogoś, kto choć kłamie, planuje i kombinuje, to nosi w sobie ten element afektu. To jest trochę tak jakby coś go popchnęlo za krawędź i nie było już z tamtąd odwrotu. Ale nie wiem. Nie widziałem póki co reszty sezonu, więc wtedy ewentualnie wyjdzie szydło z worka.

          • Iwona

            Tak patrząc na to czysto fabularnie; to dobrze, że na tym etapie pokazano scenę, w której niby było blisko morderstwa, ale do niego nie doszło. To jak ten facet jest przerażony gdy Cunanan "po wszystkim" je i opowiada jak gdyby nigdy nic o tych śniadaniach, które przynosiła mu matka, świetnie buduje i dramaturgię i postać Cunanana, no i jest też kolejnym spoiwem układanki "czemu facet nie został szybko złapany".

          • LuKe

            Nie, no OK. Po prostu chyba ciężko mu było się powstrzymać, bo skoro ma już na koncie 4 lub 5 morderstw, a "zbliżenie" do najnormalniejszych nie należało - była ta sekunda zawahania. Nie wiem jakie były te poprzednie ofiary ale wydaje mi się też, że ten gość nie pasował do profilu. Cunan atakował przedstawicieli klasy społecznej do której aspirował, a ten to był jakiś średni biznesmen zdradzający żonę. No i Cunan mimo wszystko myśli trzeźwo, przynajmniej jeśli chodzi o główny cel - Versace. Wie, że nie może sobie pozwolić na bałagan w Miami zanim nie wykona wyroku.

          • Iwona

            5 tys pracowników to jednak nie taki średni biznesmen ;-) Cunanan nie do końca miał profil ofiar. Zabójstwo Madsona to raczej była zbrodnia w szale afektu. Zabójstwo porządkowego na cmentarzu też raczej pod profil nie podchodzi.
            Bardziej mi tu pasuje rzeczywiście historia, że go nie zabił, bo miał resztki instynktu samozachowawczego i ważniejszą robotę do zrobienia.

  • LuKe

    Jeśli chodzi o mnie, to "Riverdale" w takiej formie jak obecnie to mogłoby lecieć co tydzień, 12 miesięcy w roku. Nie zanotowałem w tym serialu żadnego spadku formy od początku jego trwania. Ja rozumiem, że ktoś może nie kupować tej produkcji tak po prostu - ale jeśli już się weszło w ten świat i podoba nam się to, co widzimy, to naprawdę nie widzę żadnej zniżki formy. Są tylko odcinki lepsze i dobre. Żaden jeszcze nie sprawił, że stwierdziłem, że to była strata czasu. Zawsze jest fun, zawsze są emocje, zawsze są doznania estetyczne i muzyczne, zawsze się buzia cieszy jak widzi się tych bohaterów na ekranie. Nie było w telewizji takiej ekipy od czasów Teen Wolfa - nawet jesli w kontraktach mieliby zapisane, że "mają się lubić", wychodzi im to znakomicie.
    Co do odcinka musicalowego, to pomysł podoba mi się średnio, aczkolwiek w "Riverdale" jest taki plus, że z pewnością nie zaserwują nam tego w taki sposób, że nagle wszyscy bez powodu zaczną tańczyć i śpiewać. Wszystkie piosenki będą usprawiedliwione scenariuszem i będą częścią spektaklu szykowanego przez Kevina. Dodatkowo nie wierzę, że ten odcinek będzie odcinkiem przejściowym i że to wynika z długości drugiego sezonu. Sądzę, że Roberto Aguirre-Sacasa znajdzie sposób aby odcinek był wypełniony dramatycznymi wydarzeniami istotnymi dla fabuły. Albo przynajmniej ostatnia scena będzie taka, że szczęki opadną.