Naprawdę zimny prysznic. "Brudna forsa" - recenzja serialu dokumentalnego Netfliksa

"Brudna forsa" (Fot. Netflix)

0

"Brudna forsa" ("Dirty Money") to 6-godzinna opowieść o ludziach, którzy słowa takie jak uczciwość i odpowiedzialność traktują jak papier toaletowy. Ostrzegam: w trakcie oglądania możecie zacząć krzyczeć do ekranu.

"Brudna forsa" to sześć zupełnie różnych historii. Wszystkie łączą bohaterowie, którzy postanowili wzbogacić się kosztem innych. Każdy z odcinków został zrealizowany przez innego reżysera, a w ich gronie znajdują się zarówno debiutant, jak i laureaci Oscara.

Serię rozpoczyna odcinek "Hard Nox" w reżyserii Alexa Gibneya, laureata Oscara za "Kurs do krainy cienia", autora wielu innych świetnych dokumentów pokazywanych i nagradzanych na festiwalach filmowych na całym świecie (m.in. "Zero Days", "Droga do wyzwolenia: Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary"). Gibney w "Brudnej forsie" pełni funkcję producenta wykonawczego i narratora w pierwszej osobie w pierwszym odcinku. Otóż filmowiec, podobnie jak setki tysięcy innych Amerykanów, dał się uwieść reklamom Volkswagena i zakupił auto, które rzekomo emitowało bardzo mało spalin jak na diesla. Alex Gibney przypadkiem dowiaduje się o wielkim przekręcie niemieckiej firmy – słyszy w radiu swoje nazwisko i rozmowę reporterów w stylu: Ktoś musi zrobić o tym dokument, może Gibney. Łapiemy się za głowę, gdy widzimy skalę oszustw dokonywanych przez samochodowego potentata, a jednocześnie śmiejemy się (przez łzy, ale wciąż), gdy dowiadujemy się, w jaki sposób producenci maskują niektóre ze swoich przewinień (zaskakujące cameo "Lśnienia") lub jak zamieniają się w niewiniątka o sarnim spojrzeniu, gdy słyszą stawiane im zarzuty.

Podobnie jest w drugim odcinku, "Payday" (za kamerą debiutant Jesse Moss), opowiadającym historię Scotta Tuckera. Biznesmen na początku XXI wieku założył wraz ze wspólnikiem firmę umożliwiającą łatwe pożyczki przez internet. Jego klientelę stanowiły przede wszystkim osoby najbiedniejsze, żyjące od rachunku do rachunku, od centa do centa. Ze względu na zupełnie niejasne zasady, które w żaden sposób nie były wyjaśniane w podpisywanych przez pożyczkobiorców umowach, dochodziło do absurdalnych sytuacji: za pożyczkę 300 dolarów klient był winny 975. Tam, gdzie tracili biedni, bogacił się Tucker, który mógł dzięki temu realizować fantazję o zostaniu kierowcą rajdowym czy budowaniu kolekcji sportowych aut. Kiedy jego drogie zabawki były konfiskowane, mężczyzna ze łzami w oczach twierdził, że nie ma pojęcia, co było złego w jego działalności. Poszkodowani, którzy przez pożyczkę z jego firmy nie mogli np. zapłacić za prąd i gaz, bo pieniądze automatycznie ściągano z konta, reprezentowani są w odcinku przez jednego człowieka, ale oszustwa dotknęły nawet 1,5 miliona osób.

Erin Lee Carr, reżyserka dokumentu "Mommy Dead and Dearest", zrealizowała trzeci i chyba najbardziej wstrząsający odcinek "Brudnej forsy": "Drug Short". Pamiętacie Martina Shkreliego, który zasłynął podniesieniem ceny leku na HIV niemal o 5600 procent? Mężczyzna szybko został nazwany najbardziej znienawidzonym człowiekiem Ameryki i słusznie… Z "Drug Short" dowiadujemy się, że Shkreli został napiętnowany za jeden lek, tymczasem firmy takie jak Valeant to samo robią z setką leków, dla których nie ma odpowiedników. Ktoś, kto płacił kilkadziesiąt dolarów miesięcznie za kurację, nagle musi wyłożyć kilkaset tysięcy. Zdesperowani ludzie zostają postawieni przed wyborem: kupuj albo umieraj.

O praktykach banku HBSC, który przymyka oko na pranie pieniędzy meksykańskich karteli pochodzących z handlu narkotykami, dowiadujemy się z odcinka "Cartel Bank" w reżyserii Kristi Jacobson ("A Place at the Table"). Wstrząsające są dane, ile osób rocznie ginie w ulicznych potyczkach gangów zestawione z liczbą lat, które osoby odpowiedzialne za finansowe przekręty spędzają w więzieniu (spoiler: często jest to okrągłe zero). Z "Brudnej forsy" dowiadujemy się m.in., jak prawo jest zmieniane tak, by było wygodniej bankom. Praktyki HBSC to ucieleśnienie powiedzenia "pieniądze rządzą światem" w możliwie najbardziej plugawy sposób.

"The Maple Syrup Heist" w reżyserii Briana McGinna ("Chef’s Table") wyróżnia się na tle pozostałych odcinków "Brudnej forsy", bo opowiada raczej o lepkiej forsie – rzecz dotyczy kontroli wytwarzania syropu klonowego w Quebecu. Słodki płyn to w Kanadzie rzecz święta, a o jego znaczeniu świadczy fakt, że narodowe rezerwy syropu klonowego porównywane są do Fort Knox, czyli miejsca, w którym USA trzyma zapasy złota. W odcinku problem potraktowano z lekkim dystansem, wręcz ironią, bo chyba nikt spoza Kanady nie potrafi w pełni docenić wagi sprawy. Historia kradzieży beczek z syropem klonowym to bez wątpienia materiał na hollywoodzki film o przekręcie na miarę "Ocean’s Eleven".

"Brudną forsę" wieńczy "The Confidence Man", czyli idealna propozycja dla tych, którym nie chce się czytać książki "Fire and Fury" Michaela Wolffa, ale jednocześnie chcą mieć głos w dyskusji, czemu Donald Trump nigdy nie powinien pełnić oficjalnej funkcji państwowej. Za kamerą stanął Fisher Stevens, reżyser "Bright Lights: Starring Carrie Fisher and Debbie Reynolds", laureat Oscara za dokument "Zatoka delfinów". Osoby z otocznia Trumpa oraz dziennikarze opowiadają o jego manipulacjach, tworzeniu mitu wokół własnej osoby, kłopotach finansowych na początkach kariery, wielomilionowych zastrzykach gotówki od ojca oraz o instrumentalnym traktowaniu ludzi. Donald Trump najlepszy jest w robieniu show, a prezydentura to dla niego kolejny popis. Przy okazji jednak może wyrządzić wiele szkód i nie wiadomo, czy wszystkie będą odwracalne.

Twórcy doskonale dobrali gości: w odcinkach wypowiadają się zarówno sprawcy oszustw, jak i ci, którzy śledzą ich występki. Oddano głos ofiarom oraz obrońcom tych złych. "Brudna forsa" jest bardzo polityczna, ale nie mam poczucia stronniczości czy dopasowania faktów do założonej tezy. Takie cechy jak sprawiedliwość, uczciwość czy dobro nie powinny bowiem zależeć od poglądów politycznych.

W trakcie oglądania można przerazić się skalą bezczelności ludzkiej, jak i zachwycić się determinacją i uporem grup walczących o naprawę zaburzonego porządku. Wypowiedzi ekspertów przeplatane są bogatymi danymi, skanami dokumentów, umów i zapisem przesłuchań w sądach. Trudniejsze zagadnienia – na przykład ekonomiczne – są wyjaśnione w bardzo przystępny sposób. Jednocześnie twórcy dbają o intelektualne zaangażowanie widza. Często zaledwie wprowadzają nas w ciąg przyczynowo-skutkowy, a następnie pozwalają sami dojść do tego, jakie będzie jego zakończenie.

Serial byłby doskonałym produktem rozrywkowym, gdyby nie kaliber informacji, które z niego wyciągamy. "Brudna forsa" niekoniecznie nadaje się do oglądania ciągiem – ja podczas binge’owania zostałam przytłoczona nadmiarem negatywnych informacji, więc polecam dawkowanie po 2-3 odcinki. Każdy z reżyserów ma nieco inny styl opowieści, co również uatrakcyjnia seans.

Największą zasługą produkcji Netfliksa jest przedstawienie zaangażowanych dziennikarzy śledczych, aktywistów oraz zwykłych obywateli, którzy nie godzą się na dyktat korporacji czy demonicznych biznesmenów. Oby tego typu seriale stanowiły dobry, inspirujący przykład dla nas, abyśmy bardziej świadomie odbierali to, co się wokół nas dzieje i reagowali na przejawy zła.

Serial dokumentalny "Brudna forsa" ("Dirty Money") jest dostępny w całości w serwisie Netflix.

  • Jan

    Bardzo mi się podobał, Obejrzałem w trzy dni. Najlepsze odcinki to o lekach i pożyczkach. Polecam.