Różne oblicza śmierci. "Terror" – recenzja finału 1. sezonu

"Terror" (Fot. AMC)

0

Powolna i błyskawiczna. Brutalna i spokojna. Przypadkowa i dokładnie zaplanowana. Śmierć każdego rodzaju towarzyszyła nam w "Terrorze" od samego początku i nie inaczej było w finale. Spoilery.

Najpierw stopniowo, jedno za drugim, gdy strata każdego członka załogi była jeszcze boleśnie odczuwana. Potem coraz szybciej, do momentu, w którym stała się codziennością. Śmierć zbierała obfite żniwo w "Terrorze", zabierając niemal każdego z członków równie śmiałej, co przeklętej ekspedycji do mroźnej krainy, która nie życzyła sobie gości. My zaś mogliśmy z odcinka na odcinek oglądać, jak różne miała przy tym oblicza – od potwornego, poprzez szalone, aż do całkiem zwyczajnego, ludzkiego.

Wszystkie ujrzeliśmy w finałowym "We Are Gone", w którym niedobitki z załóg Terroru i Erebusa stanęły twarzą w twarz z demonami zarówno całkiem prawdziwymi, jak i tymi kryjącymi się w nich samych. Na pozbawionym życia pustkowiu każdy był widoczny jak na dłoni, więc nie było już mowy o żadnych czających się w mroku niebezpieczeństwach. Wiedzieliśmy, kto doszczętnie postradał zmysły i kto zachował człowieczeństwo. Kto był gotów do dalszej walki, a kto tylko czekał na nieuchronny koniec. Zobaczyliśmy również w całej okazałości potwora, tak jakby do końca opadły wszelkie zasłony – została tylko chłodna pustka, w której nic już nie stało między ludźmi i bestią.

terror1

Myliłby się jednak ktoś, sądząc, że starcie z Tuunbaqiem przyszykowano jako centralny punkt całego sezonu. Nie, "Terror" do ostatniego momentu pozostał poruszającym dramatem ludzi postawionych wobec niemożliwej sytuacji. Monstrum z piekła rodem było tylko jednym z elementów wielowątkowej tragedii. Ani najefektowniejszym (słowo "paskudny" pasuje do jego opisu jak ulał i tak to zostawmy), ani z pewnością nie najbardziej poruszającym. Na to miano znacznie bardziej zasługują historie towarzyszące poszczególnym bohaterom, które, choć odmienne pod wieloma względami, ostatecznie prowadziły do równie fatalnych zakończeń.

Zestawiać ich jednak nie sposób, bo jak zrównać ze sobą straszny, lecz niepozbawiony piękna koniec doktora Goodsira (znakomity Paul Ready), z dziejową sprawiedliwością spotykającą mężczyznę podającego się za Corneliusa Hickeya (Adam Nagaitis)? Sceny ich śmierci z pewnością będą należeć do najbardziej pamiętnych w całym serialu, ale kontrast jest między nimi ogromny. Co najmniej taki, jak pomiędzy lekarzem zasługującym na miano humanisty w pełnym tego słowa znaczeniu, a opętanym szaleństwem mordercą.

Zacznijmy od tego pierwszego, bo Harry Goodsir to jeden z niewielu bohaterów "Terroru" do końca wzbudzający szczerą sympatię, a z pewnością jedyny, który ani przez moment nie stracił godności i nadziei. Nawet w momencie, gdy pod szalonymi rozkazami Hickeya został zmuszony do porzucenia medycznej profesji na rzecz kanibalistycznej rzezi. Niejeden załamałby się kompletnie i Goodsir rzeczywiście mógł wyglądać, jakby poddał się czarnej rozpaczy i przekonaniu, że jego ostatnie chwile zbliżają się nieubłaganie. Sęk w tym, że w jego przypadku pogodzenie się ze śmiercią miało zupełnie inny wymiar, niż u reszty.

terror12

"Nawet teraz to miejsce jest piękne" – mówi Crozierowi (Jared Harris), dostrzegając cuda tam, gdzie pozostali widzieli tylko pozbawioną Boga i jakiejkolwiek nadziei pustkę. Nadaje to jeszcze większego znaczenia jego śmierci, czyniąc z niej nawet więcej, niż finalny akt zemsty. Tak, otrucie kanibali (a jak się miało okazać, również Tuunbaqa) było przewrotne i bardzo satysfakcjonujące, ale prawdziwa moc kryła się w sposobie, w jaki Goodsir zakończył swoje życie. Odszedł wszak na własnych warunkach, w spokoju godząc się z losem i nie bojąc się śmierci. Tam, gdzie inni rozpaczliwie trzymali się życia, on bez oporów osunął się w jej ramiona, przyjmując ją jako coś zupełnie naturalnego. Jak na prawdziwego człowieka nauki przystało, bo obrazy przewijające mu się przed oczami w ostatnich chwilach (kwiat, muszla, kryształ) to przecież nic innego, jak wyraz niezwykłości natury, którą tak bardzo podziwiał, gdy większość bała się jej okrucieństwa.

W zupełnie inny sposób kończył pan Hickey, do końca już oszalały, odsłaniający swą prawdziwą twarz nawet przed nieszczęśnikami, którzy wcześniej w niego uwierzyli. Jego widok na łodzi, gdy stojąc niczym absurdalny odkrywca, zmuszał ludzi do śpiewania hymnu, był absolutnie groteskowy. Oto ujrzeliśmy człowieka, który doszczętnie postradał zmysły, najpierw przeklinając wszystkich, począwszy od królowej Wiktorii, a skończywszy na arcybiskupie Canterbury, by potem odciąć sobie język i uwierzyć, że uczyni tym bestię równą sobie. Mieliśmy już w "Terrorze" przykłady szaleństwa, ale ten był bez wątpienia najbardziej efektowny. Podobnie zresztą jak koniec Hickeya, który przed śmiercią zdążył się jeszcze tylko zdziwić, że ofiara niczego dobrego przyniosła.

terrorgif1

Zabrakło w całej tej sekwencji choć odrobiny subtelności, na szczęście tanie gore wzięło nad nią górę tylko w tym jednym fragmencie odcinka. Gdzie indziej twórcy potrafili przekazać ludzką udrękę w znacznie mniej rażący, lecz o wiele skuteczniejszy sposób. Weźmy Jopsona (Liam Garrigan), resztką sił wypełzującego z namiotu i przekonanego o tym, że właśnie został porzucony przez swojego kapitana. Kto wie, czy nie był to najokrutniejszy koniec, jaki twórcy zafundowali któremukolwiek z bohaterów. Wizja Croziera siedzącego beznamiętnie u szczytu suto zastawionego stołu i jeszcze rozpaczliwy krzyk Jopsona do człowieka, którego uważał za swojego przyjaciela – ciarki przechodziły na myśl o udręce, jaką musiał w tym momencie czuć. Tym większe, że wiemy, jak bardzo się pomylił.

Kapitan nie porzucił go wszak z własnej woli, samemu będąc ofiarą socjopatycznego Hickeya i z cudem uchodząc z życiem z masakry urządzonej przez Tuunbaqa. Skoro jednak bestia w końcu padła, a ktoś ostatecznie przeżył, może w takim razie dostaliśmy choć szczątkowy happy end? Nic z tego. Szczątki były, owszem, ale tylko ludzi, których Crozier i Silna (Nive Nielsen), znana wcześniej jako Lady Silence, odnajdywali po drodze. Od nieszczęsnego, sądzącego, że został zdradzony Jopsona, do trzymającego się resztek życia Little'a (Matthew McNulty) – kolejne resztki nadziei były skutecznie wytrącane z rąk naszego kapitana.

Być może najbardziej znaczące w jego przebytej w milczeniu wędrówce są jednak szczegóły mijanych obozów. Walające się po ziemi w jednym z nich ślady ludzkiej obecności, jak książki czy naczynia, w ostatnim zostały już całkowicie porzucone. Zamiast nich zobaczyliśmy tylko szczątki. Były całe ciała i ich fragmenty, w tym porzuconą na palenisku nogę z mięsem jeszcze trzymającym się kości. Tego Crozier mógł się spodziewać po Hickeyu i jego pozbawionej zasad kompanii, ale równie przerażający widok u ludzi, którzy stali za nim murem? Bardziej dobitnego dowodu na to, że nie ma okoliczności, które nawet najporządniejszych nie zamieniłyby w zwierzęta, dostać nie mógł.

terror5

W tej sytuacji jego decyzja o pozostaniu wśród Inuitów, nawet gdy pojawiła się misja ratunkowa kierowana przez Jamesa Rossa (Richard Sutton po raz kolejny w scenie otwierającej premierowy odcinek), wydaje się w pełni uzasadniona. Nie tyle koniecznością opowiadania o szczegółach horroru, jakiego był częścią – mógł przecież pominąć niewygodne fragmenty. Musiało nim kierować coś więcej i myślę, że był to właśnie widziany na własne oczy upadek człowieczeństwa. Po zobaczeniu, jak ci wszyscy wspaniali ludzie, najlepsi z najlepszych, jeden po drugim wpadali w otchłań szaleństwa, zamieniając się w bestie równe tej, która ich dręczyła, Crozier nie mógł już nigdy spojrzeć na znany sobie świat w ten sam sposób. Cywilizacja umarła na jego oczach, cała reszta jest kłamstwem, w którym łatwo się zanurzyć, żyjąc wygodnie w Londynie. Prawdziwe oblicze ludzkości wychodzi na jaw w zupełnie innych warunkach.

Trudno o bardziej gorzkie podsumowanie serialu, który właśnie upadek cywilizacji pokazywał nam od samego początku. Dał wprawdzie po drodze strzępy nadziei, że są ludzie lepsi od innych, ale czy możemy mieć absolutną pewność, że i oni postawieni w ostateczności, zachowaliby do końca człowieczeństwo? Tego wiedzieć nie możemy ani my, ani człowiek, który kiedyś był Francisem Crozierem – i musimy to zaakceptować.

  • ROB-i

    Ja juz jakis czas temu "zaliczylem" final i nie mam zamiaru akurat jego tu omawiac,chcialbym krociutko tylko podsumowac caly serial.
    Jezeli w Sevres pod Paryzem znajduje sie tzw."Miedzynarodowe Biuro Miar I Wag",to mysle ze dobrze bylo by tam umiescic tez "Terror" jako wzor na 100% adaptacje slowa pisanego na jezyk ekranu.
    Chyba nigdy w swoim zyciu nie natknelem sie na lepszy przeklad jednego medium na drugi,a musze zaznaczyc ze "3 sciany" mojego domu zajmuja regaly z ksiazkami a 4 sciana to seriale.
    Az sam sie dziwie gdzie trzymam cala reszte...

    • Katarzyna Kozłowska

      Tak to już jakoś jest, że jak człowiek zafascynowany słowem pisanym, to prócz książki niewiele mu do życia potrzeba.

    • LuKe

      No ja się z tą 100% adaptacją nie do końca zgodzę, serial jest bowiem jakąś wariacją na temat powieści. W serialowym "Terrorze" pozmieniano bardzo dużo. Oczywiście, że adaptacja nie musi być wiernym odzwierciedleniem bazowej powieści, ale poplątano tu postaci i całkowicie zmieniono zdarzenia.
      Rozumiem powody, dla których kierowano się takim wyborem: budżet, liczba odcinków na jakie się zdecydowano, skonsolidowani bohaterowie (aby byli bardziej rozpoznawalni dla widza) i co tu dużo mówić ograniczenia realizacyjne - bo są w powieści fragmenty, które najzwyczajniej w świecie bardzo trudno byłoby przełożyć na język filmu. Mam tu np. na myśli pewien fragment Lady Ciszy i potwora.
      Nie twierdzę, że mi się serial nie podobał. Cechuje go wysoka wartość realizacyjna, ale nie mam poczucia, że osiągnięto tu pełny potencjał. Mimo wszystko zabrakło mi w tej historii i większej dramaturgii i większego nacisku na mistycyzm i pełniejszego wglądu w psychikę postaci. Nie rozumiem dlaczego elementy z postaci Irvinga przypisano Goodsirowi, fragmenty historii Croziera - Hodsonowi i generalnie zastosowano wiele roszad nie tylko na zasadzie inni bohaterowie robią inne rzeczy, ale także zlepianie ze sobą historii kilku postaci i przenoszenie takiej hybrydy na któregoś z bohaterów. Żałuję np. że nie zaprezentowano nam proroczych wizji Croziera. Wizja dwóch ciał na łodzi była bardzo wymowna i w sumie powinna się znaleźć w serialu bowiem autor powieści napisał ją w oparciu o autentyczne znalezisko łodzi z dwoma ciałami (jednym roztrzaskanym) w anturażu kilku przypadkowych przedmiotów.
      Nawet wizualnie, choć jest naprawdę dobrze, zabrakło mi większej ilości realizacyjnych perełek. Takich jak skradający się kot w pierwszej scenie drugiego odcinka, chłosta Hickeya, schodzenie pod wodę (w książce czegoś takiego chyba nie było), Lady Cisza śpiewająca pieśń, Hickey mówiący: "Broń", zbrodnia Hickeya na Irvingu i dziesiątki innych scen, które były po prostu świetne. Moim zdaniem dało się tę historię jeszcze podrasować wizualnie i emocjonalnie. Bo wyszło dobrze, ale tak troszeczkę "poprawnie". Scena ze spotkaniem Irvinga z eskimosami wypadła niemal identycznie jak w powieści (żałuję, że nie trwała ciut dłużej).
      Dla mnie : Porządna czwórka dla tej produkcji. Książka mimo wszystko jest zdecydowanie lepsza :)

  • wiesiaz

    The Terror obejrzałam z polecenia Zygmunta Miłoszewskiego. Był gorący kwiecień.. Nie żałuję. Głosowałam na ten serial na SERIALOWEJ. Żałuję tylko jednego: że nie czytałam książki...

    • Artur Kruk

      Nic straconego.

  • BMR

    Bardzo trafiona recenzja- nic dodać, nic ująć. Myślę że także widzowi, który znakomitego pierwowzoru literackiego nie czytał, serial zapadł głęboko w pamięć. Skojarzenia z "Dżumą" Camusa czy "Władcą much" Goldinga nasuwały się same- myślę, że nie tylko mnie. Rewelacyjna ekranizacja fantastycznej książki; pozostaje mieć nadzieję, że dane nam będzie częściej się tak zachwycać.

  • Ewa

    Nie sądzę że został tu pokazany upadek cywilizacji. Croziera powiedział wyraźnie Hickeyowi że wszystkim wszystko wybaczy tylko nie Hickeyowi. Czyli że rozumie jak krucha natura ma człowiek i co ekstremalne warunki, choroby, głod, robia z ludzmi. Croziera czuł że zawiódł jako kapitan. W chorobie majaczył ich nazwiska wyliczał kto przeżył a kto nie. Przy końcu odcinka głaskał po głowie lub przytulał kolejno znalezione trupy towarzyszy. Miał ich utrzymać przy życiu a sam przeżył. Myślę że poczuł że już należy do arktycznego świata i nie uwolni od brzemienia tego co widział i przeżył a zakłamana, klasowa Anglia mu w tym nie pomoże.

    • LuKe

      Właśnie taka była wymowa książki. Imperializm w natarciu i chaos i zniszczenie jaki ze sobą niesie.