Serialowe hity i kity - nasze podsumowanie tygodnia

"Pose" (Fot. FX)

0
1 2 3 4 5 6

W tym tygodniu rządzi u nas "Pose" - nowy serial Ryana Murphy'ego. Doceniamy także "Opowieść podręcznej", "Patricka Melrose'a", "Cloak & Dagger" i wręczamy pierwszy w historii kit "Westworld".

HIT TYGODNIA: Nieustająca autodestrukcja Patricka Melrose'a

"Patrick Melrose" (Fot. Showtime/Sky)

"Patrick Melrose" (Fot. Showtime/Sky)

W "Mother's Milk" powróciliśmy do znajomej posiadłości na południu Francji i mimo że okoliczności oraz czas są zupełnie inne niż poprzednio, nie dało się nie zauważyć pewnych podobieństw. Bo choć okrutnego Davida Melrose'a już nie ma, a jego syn nie ucieka się do fizycznej przemocy wobec swoich bliskich, destrukcyjne zapędy Patricka i tak odbijają się na wszystkich dookoła.

A zwłaszcza na małym Robercie (Marcus Smith), który wygląda jak lustrzane odbicie swojego ojca, bez słowa obserwując, jak dorośli nie radzą sobie ze swoimi problemami. Patrick może wszak powtarzać, że zrobi wszystko, by przekazana mu przed laty trucizna nie przeszła na kolejne pokolenie, ale słowa jedno, a czyny drugie. Żona (Anna Madeley) i dzieci są więc tylko zasłoną, zza której wyglądają popełniane raz po raz błędy. Nadużywanie alkoholu i leków, romans z przyciągającą niczym porzucony nałóg Julią (Jessica Raine), konflikt z umierającą matką (Jennifer Jason Leigh) – wszystko to różne odsłony pogrążania się w coraz większej otchłani, z której nie widać wyjścia.

Jak na dłoni można natomiast dostrzec to, że Patrick doskonale wie, że stopniowo przemienia się w swojego ojca. Zdaje sobie sprawę, że to on jest źródłem toksycznego jadu toczącego jego rodzinę, a jednak nie potrafi nic z tym zrobić. Gardzi sobą, lecz wciąż podąża tą samą ścieżką, niszcząc wszystko wokół siebie. I choć można się za to na niego irytować, dzięki kreacji Benedicta Cumberbatcha (zupełnie innej niż na początku serialu, ale ciągle znakomitej) wyraźniej odczuwa się obezwładniającą bohatera bezradność. Nie mam pojęcia, czy istnieje dla niego nadzieja, ale jakkolwiek by się ta historia miała skończyć, równie fascynującego portretu przegrywającego z własnymi słabościami człowieka ze świecą szukać. [Mateusz Piesowicz]

1 2 3 4 5 6
  • ROB-i

    Na wstepie mala niespodzianka jaka mi w tym tygodniu zgotowal Netflix-jeden z najbardziej oczekiwanych powrotow (finalow) roku wielce mnie rozczarowal a mowa tu oczywiscie o ostatnim epizodzie "Sense8",po prostu mi sie nie podobal.
    Do niewypalow z tego tygodnia jeszcze dorzuce "Succession",bo to straszne nudziarstwo.
    A na plus na pewno "Pose" we wszystkich kolorach teczy od Ryan'a Murphy'ego oraz..."Opowiesci Podrecznej" ktore jak dla mnie byly najbardziej emocjonalnym odcinkiem z dotychczasowych.
    Na koniec nie kit ale tez nie hit czyli "Condor" (lub jak kto woli "3 Dni Kondora"),mam nadzieje ze bedzie z tego przynajmniej "guilty pleasure" ale poczekamy zobaczymy,bo wiem ze produkcje tego typu maja tendencje "skrecac" w malo atrakcyjne rejony.

  • rosco

    Jeśli chodzi o "Westworld" to mam pytanie do Pana Mateusza. Niech się Pan zastanowi, czy jest Pan rozczarowany "Westworld", czy swoimi oczekiwaniami wobec "Westworld" ?

    Na wstępie zaznaczam, że ja tak dokładnie (tudzież więcej niż 1x każdego odc) tego serialu nie oglądam i do mojego TOP20 ever to on by się pewnie nie złapał. Dlatego nie piszę tego jako jakiś szalony fanboj.

    Ok, to zacznę od tego, że "Westworld" to dla mnie serial w gruncie rzeczy dość prosty. Od początku było jasne, że będziemy głównie dążyć do tego, aby hosty zaczęły myśleć za siebie i zbuntowały się przeciwko swoim twórcom. To trzon tej opowieści. Niektórzy błędnie w moim odczuciu patrzą tu na bigger picture. Zawsze mają z tyłu głowy pytania: czym jest park? gdzie jest park? jak duży jest park? To nie ma (przynajmniej teraz) znaczenia. Trzeba myśleć etapowo.

    Premierowy sezon urzekał tym jak umiejętnie była ta historia prowadzona, jak dawkowała reveale i jak operowała trzema - moim zdaniem - głównymi tajemnicami. Dwoma pierwszoplanowymi (Wyatt i plan Forda) i jedną drugoplanową (Labirynt).
    Nie postrzegam ujawnienia tożsamości Człowieka w czerni jako tajemnicę, acz sprytny myk związany z niechronologicznym prowadzeniem akcji. Taki bonus if you will :)

    Wiedzieliśmy, że 2 sezon będzie (jak pierwszy) 10-odc serialized drama, 10 godzinnym filmem z początkiem, środkiem i (otwartym) końcem. Od premiery wiemy, że znów mamy miszmasz chronologiczny, który toczy się na przestrzeni mniej więcej 2 tyg (od masakry do obudzenia się Berniego na plaży i jego dalszych przygód), którego Bernard jest głównym wspólnym mianownikiem. Od początku wiemy, gdzie to się wszystko skończy, w tej całej tajemniczej Dolinie, która jest moim zdaniem - podobnie jak Labirynt w sezonie 1 - tajemnicą zaledwie drugoplanową.

    Jakie są zatem pierwszoplanowe tajemnice? Nie ma ich w 2 sezonie. Częściej niż rzadziej okazuje się, że widz wie więcej niż bohaterowie i moim zdaniem taka jest intencja Nolana i spółki. Pokazanie buntu i efektu planu Forda to główny motyw przewodni tej serii, co jest koleją rzeczy zwyczajnie naturalną. Ostatnich 3 odc oczywiście nie widziałem i mogę się mylić, ale Dolina okaże się zapewne jakimś perfidnie zwyczajnym elementem, który będzie służył jako zwieńczenie skomplikowanych i pełnych wyrzeczeń działań poszczególnych bohaterów. Bo to oni są tu najważniejsi. Pokazanie ich drogi od marionetek do tych, którzy przejmują kontrolę. Oczywiście 7 odc zasygnalizował, że nad wszystkim nadal pełną władzę ma Ford i jego gra jest w toku, ale trudno jeszcze wyrokować jak to się rozwinie.

    Ostatnie zastrzeżenie mam do Pana opinii, że 2 sezon pełen jest enigmatycznych i pompatycznych rozmów, które nic nie przekazują i są wydmuszką. No nie do końca moim zdaniem. Jak już wspomniałem, mimo tego, że mamy znów zabawy z chronologią to z reguły w tym sezonie wiemy albo więcej albo tyle samo co bohaterowie. Jedyną osobą, która nie ma pojęcia co się tu wyprawia jest Bernard. Ford go tak sfiksował (co, raz jeszcze zaznaczę, wiemy od premiery), że ten musi układać na bieżąco strzępki informacji w logiczną całość. Te dywagacje o których Pan wspomina, przytoczy mi Pan jedną, w której nie uczestniczył Bernard. Ford jego (nie widza) torturuje (czy też bawi się z nim) i mówi do niego zagadkami. Zagadkami, na które odpowiedź widz już zna (jak choćby to, że park "nie służył kodowaniu hostów, ale dekodowaniu gości").

    Anyway, dla mnie to dość jasna i klarowna ścieżka jaką obrał ten sezon. Ukazanie próby dążenia hostów pełnej autonomii nad swoją egzystencją i uzyskania daru jaki przysługuje tylko ludziom - posiadania jednego życia. Ciekawe czy wysadzenie Kolebki wystarczyło. A Bernie jest jak my podczas seansów sezonu 1 i zapewne w finale w końcu rozkmini co Ford próbował ukryć, odkryje klucz do jakiegoś przełomu, który napędzać będzie sezon trzeci.

    Pozdrawiam

    • Mateusz Piesowicz

      Odpowiadając na pytanie: ani jedno, ani drugie. Bynajmniej nie jestem rozczarowany "Westworld" - wręcz przeciwnie, mogę zapewnić, że jestem jedyną osobą w redakcji Serialowej, która broni tego sezonu, gdzie tylko jest to możliwe (a bywa to trudne) i wciąż uważam go za stosunkowo udany. Byłem natomiast jak najbardziej rozczarowany tym konkretnym odcinkiem, co oczywiście wiąże się z moimi oczekiwaniami.

      Co do nich, to raczej nie są wysokie, bo wymagam wciągającej historii, której zalety widać gołym okiem, a wady nie sprawiają, że mam ochotę rzucić to wszystko i wyjechać wiadomo gdzie. Te drugie w tym odcinku przeważyły - stąd i krytyczna opinia wobec niego. Nie wobec całego sezonu, z tym się na razie wstrzymuję.

      Nie mogę się zgodzić tylko z jednym - z traktowaniem serialu jak 10-godzinnego filmu. Moim zdaniem nigdy nie ma to najmniejszego sensu (nawet gdy twórca się przy takim postawieniu sprawy upiera - jak choćby David Lynch przy ostatnim "Twin Peaks"), a w przypadku produkcji emitowanych w tradycyjnym modelu, czyli raz na tydzień, jest już wręcz absurdalne. Jasne, sezon ma początek, środek i koniec, ale co z tego wynika? Mam się w takim razie wstrzymać z oceną 7. odcinka, dopóki nie zobaczę go na tle całości? Bzdura.

      Serial jest o tyle bardziej skomplikowanym (oczywiście w tym kontekście) medium od filmu, że wymaga od twórców, by opowiadali zajmująco nie tylko większą całość, każąc nam czekać na efekt końcowy, ale i jej poszczególne części, nawet wtedy, gdy nie wiemy, dokąd one prowadzą. Na tym polega trudność - jak opowiedzieć ten akurat fragment tak, żeby miał swój własny, unikatowy charakter, a jednocześnie stanowił niezbędny element całego sezonu? Czy skoro jest tylko 1/10 długaśnego filmu, to musi się trzymać jakichkolwiek zasad? Gdybyśmy w to brnęli, doszlibyśmy do absurdu, że poszczególne odcinki w ogóle nie potrzebują jakiejkolwiek struktury - są przecież tylko mechanicznie oddzielanymi fragmentami długiego montażu.

      Tak, sezon jest odrębną całością i jak najbardziej można na niego w ten sposób patrzeć. Ale absolutnie nie może to stanowić argumentu w ocenie poszczególnych odcinków. Ten omawiany tutaj był według mnie, jak na standardy tego serialu po prostu kiepski. A jeśli chodzi o przykład na to, jak można świetnie połączyć odrębny charakter pojedynczego odcinka z większą całością, to wystarczy rzucić okiem na kolejną godzinę "Westworld". W stu procentach spełnia moje oczekiwania :)

      Również pozdrawiam.