Urojenie zaczyna się jak każdy inny pomysł. "Legion" – recenzja finału 2. sezonu

"Legion" (Fot. FX)

0

Finałowy odcinek był idealnym podsumowaniem 2. sezon "Legionu" – choć niezapomniany w pojedynczych momentach, jako całość okazał się daleki od przekonującego. Uwaga na spoilery.

Czy David Haller jest dobrym człowiekiem, który zasługuje na miłość? To pytanie wybrzmiewa zdecydowanie najmocniej po finałowej godzinie 2. sezonu "Legionu" – podobnie zresztą jak przecząca odpowiedź, którą twórcy próbowali wbijać nam młotkiem do głowy już w zeszłym tygodniu. Jednak tak samo jak wtedy, tak i tym razem próba wypadła mocno średnio, pokazując czarno na białym tylko jedno: coś w tej historii nie gra. Na nieszczęście twórców, chodzi akurat o rzecz, którą uczynili fundamentem tego sezonu.

Tak bowiem wypada nazwać przemianę Davida (Dan Stevens) w łotra, a raczej, jak powinniśmy to widzieć, zrzucenie przez niego maski i przyznanie przed samym sobą, że zawsze było się potworem. Czy to wina gnieżdżącego się w jego umyśle od najmłodszych lat pasożyta lub problemów psychicznych, czy po prostu taka już natura bohatera, nie ma w tym momencie znaczenia. Tak przynajmniej przedstawili nam to twórcy, czyniąc naszego skomplikowanego bohatera niemalże jednowymiarowym czarnym charakterem. I jakkolwiek bolesna byłaby to konkluzja, przyjąłbym ją bez wahania (w końcu nie pierwsza to tego typu serialowa metamorfoza), o ile tylko miała ręce i nogi. Zamiast nich dostałem jednak wyraźnie postawioną tezę i nakaz jej przyjęcia, najlepiej bez zadawania pytań.

legion2

Tymczasem uciec się od nich nie da, bo "Legion" popełnił poważny błąd, próbując zbyt obcesowo zmienić nasze wyobrażenie o bohaterze w zbyt krótkim czasie. Powiecie, że robiono to przecież przez cały sezon, prowadząc Davida po wiodącej ku mrokowi ścieżce, ale sami sobie odpowiedzcie – czy w którymś momencie zostało to pokazane w naprawdę przekonujący sposób? Nie, szybko domyśliliśmy się, że potworem, który w przyszłości ma zniszczyć świat będzie sam David, potem dostaliśmy kilka jego wątpliwych działań, ale ciągle więcej było momentów, gdy wydawało się, że triumfuje w nim dobra strona. I nagle, ni stąd, ni zowąd zwrot o 180 stopni, który w "Chapter 19" potwierdzono jeszcze sceną mocną, ale absolutnie nie tak skuteczną, jak w zamyśle miała być.

Mam na myśli rzecz jasna gwałt Davida na Syd (Rachel Keller), który bez dwóch zdań zaplanowano jako przełomowy moment jego transformacji. Moment, w którym powinniśmy się wyzbyć wszelkich wątpliwości, ostatecznie umieszczając bohatera po stronie postaci niezasługujących na choćby gram sympatii. Problem w tym, że efekt wcale nie był aż tak uderzający – zwłaszcza w stosunku do użytych środków. Bo owszem, wykorzystanie Syd i ona sama mówiąca o tym potem Davidowi prosto w oczy to sceny, które oglądało się tak jak powinno, czyli z poczuciem ogromnego dyskomfortu. Jednakże w pełnym ich wybrzmieniu przeszkadzał fakt, że nijak tu nie pasowały.

legiongif1

Rozumiem zamierzenie, bo nawet każąc Davidowi mordować całe tłumy przypadkowych żołnierzy, nie udałoby się dosadniej przedstawić siedzącego w nim monstrum. Znacznie większy problem mam jednak z odczytaniem motywacji bohatera. Inaczej rzecz ujmując, trudno mi uwierzyć, że byłby do tego zdolny. W jednej chwili ze złożonego antybohatera uczyniono stuprocentowego drania, nie podpierając tego wcześniej zbyt solidnymi fundamentami. Wręcz przeciwnie, pokazywano nam niejednokrotnie, że choć David jest zdolny do prawdziwych okrucieństw i potrafi się całkiem nieźle oszukiwać, miłość do Syd była czynnikiem, który czynił z niego lepszą osobę. Po czym nagle wykoślawiono jej znaczenie, mówiąc, że była urojeniem, dla którego podtrzymania bohater jest zdolny do wszystkiego.

To nie tak, że nie ma w tym logiki. Rozmowa Davida z Davidem i Davidem, jego przewrotne zrozumienie hasła o miłości, którą trzeba ocalić i wiara w szczęśliwe zakończenie za wszelką cenę, a także powtarzane do znudzenia przemowy Jona Hamma o jajku – wszystko to sprawia, że patrząc na finałowe rozstrzygnięcia na chłodno, da się je zrozumieć. Tylko co nam z tego zrozumienia, skoro jednocześnie cała sprawa wygląda na sztuczną i wymuszoną koniecznością dość banalnego postawienia historii na głowie w finale?

Z punktu widzenia całego serialu było to pewnie niezbędne, bo logicznym wydaje się teraz albo pójście na całego i zrobienie z Davida arcyłotra, albo jego powrót na jasną stronę mocy. Jednak patrząc tylko przez pryzmat 2. sezonu, jego konkluzja jest najzwyczajniej w świecie płytka i wymuszona. Zamiast wiarygodnych argumentów dla jej poparcia dostaliśmy tylko kilka wątpliwych hipotez, a na koniec jeszcze zbiorową amnezję, bo trudno mi inaczej wytłumaczyć to, że w jednej chwili zamieniono Farouka (Navid Negahban) z wcielonego zła w ostatnią nadzieję ludzkości. Wiem, że namieszał w głowie kilkorga bohaterów, ale na litość, są chyba jakieś granice? Przecież to się ociera o czysty absurd.

legion1

O ile więc kompletnie nie kupuję ścieżki, jaką obrali w tym sezonie twórcy, by doprowadzić nas do głównego celu, o tyle on sam jest już jak najbardziej do przyjęcia. Co więcej, w porównaniu choćby z zakończeniem poprzedniej odsłony serialu, ta wygląda znacznie bardziej zachęcająco, obiecując jazdę bez trzymanki, jakiej nawet w "Legionie" dotąd nie było. David i Lenny (Aubrey Plaza) wspólnie podpalający świat, który nie chciał przyjąć ich punktu widzenia? Mnie nie trzeba zachęcać ani chwili, zwłaszcza, że doskonale wiem, do czego jest zdolna wyobraźnia Noah Hawleya.

Widzieliśmy to zresztą również tutaj, gdy już na wstępie otrzymaliśmy bitewną rock operę w wykonaniu Dana Stevensa i Navida Negahbana, którzy zamienili "Behind Blue Eyes" w coś, od czego dosłownie przechodził dreszcz. Raczej nie zaryzykuję wiele, stwierdzając, że była to najbardziej pomysłowa konfrontacja dwójki komiksowych przeciwników, jaką w życiu widziałem i choć potem poszło to wszystko w takim, a nie innym kierunku, trudno będzie nie wracać do tej wyjątkowej sekwencji pamięcią. Gdyby tylko fabularnie "Legion" nadążał za pomysłowością swojego twórcy, świat byłby piękniejszy.

legiongif3

Inna sprawa, że narzekanie i tak nie zmienia faktu, że serial FX to wciąż jedna z najlepszych rzeczy, jakie ma nam do zaproponowania współczesna telewizja. Nawet wtedy, gdy przesadnie wierzy w moc wizualnych środków do napędzania fabuły i zapomina o najprostszej metodzie, jaką jest zwykłe opowiadanie historii swoich bohaterów. Tych "Legion" posiada tak wyjątkowych, że przykro się robiło, patrząc, jak niektórzy z nich zostali w tym sezonie potraktowani.

Najlepszym przykładem państwo Bird, którzy ledwie zdążyli wypłynąć na powierzchnię, a już się z nimi pożegnaliśmy w uroczej, słodko-gorzkiej transmisji nadawanej prosto ze znajomej bryły lodu. Mimo wszystko nie przesądzałbym, że to koniec ich historii (kto wie, jaki przeskok czasowy nam zafundują twórcy w kolejnym sezonie), ale jeśli tak, to przy ograniczonym czasie, jaki z nimi spędziliśmy, i tak wypadł nieźle.

To też pokazuje, że emocjonalny potencjał tkwi w tym serialu ogromny, trzeba go tylko odpowiednio wykorzystać. Są znakomici wykonawcy (przy wszystkim, co nie wyszło w wątku Davida, Danowi Stevensowi trudno cokolwiek zarzucić, a i Rachel Keller pokazała tutaj klasę), jest drugi plan czekający, aż ktoś w końcu po niego sięgnie, jest wreszcie oprawa, która potrafi wynieść na wyżyną najprostszą opowieść – co udowadniano fantastycznie w poprzednim sezonie i w paru momentach tego. Teraz, gdy Hawley ma wreszcie Davida tam, gdzie chyba od początku chciał, pozostaje liczyć, że skupi się na całej reszcie. Myślę, że nie ma potrzeby się o to modlić, ale trzymanie kciuków raczej nie zaszkodzi.

legiongif2

  • Dan Stevens jest świetny w każdej wersji, także jako diabeł o błękitnych oczach, ale nawet on nie był w stanie przykryć tego, jak niewiarygodnie wypadła ta przemiana. Końcowa interwencja pod hasłem "pójdziesz do psychiatryka albo cię zabijemy" to jakiś absurd, podobnie jak wypuszczenie Farouka, który sterował w tym sezonie niemal wszystkimi, co na tym etapie powinno być jasne także dla nich. Wyglądało to jakby całą tę gromadkę, włącznie z widzącym wszystko człowiekiem z koszem na głowie, dopadło zbiorowe urojenie, a wyglądali wcześniej na całkiem inteligentne bestie. Rozumiem, że #MeToo, ale ani tego specjalnie nie uwiarygodniono, ani nie wymazuje to licznych win Farouka.

    Efekt jest taki, że mam ochotę kibicować Davidowi i Lenny w podpalaniu świata - jako dwójce ludzi, których ten świat od zawsze traktował niesprawiedliwie i właśnie zrobił to po raz kolejny - a chyba nie o to chodziło Hawleyowi i spółce. David miał być łotrem, jest antybohaterem skrzywdzonym przez scenarzystę łopatologicznym potraktowaniem. Zazdroszczę Hawleyowi różowego korka do wanny, gigantycznego widelca i paru innych cudów. Nie każdy tak potrafi. Ale niestety historia została poprowadzona źle - nie dość że była rozwleczona, to jeszcze płytka na każdym możliwym froncie. Nie wiem, jak mu się udało tego dokonać jednocześnie.

    • BMR

      Miałam takie wrażenie, jakby Hawley i reszta tak bardzo skupili się na rozwałkowywaniu tej historii we wszelkich możliwych kierunkach w trakcie sezonu (który do mniej więcej rozdziału 15 był moim zdaniem świetny), że nie starczyło... skupienia?czasu? pomysłu? na pociągnięcie głównego wątku w wiarygodny dla widza sposób. Chyba trochę padł "Legion" ofiarą własnego sukcesu z sezonu pierwszego; twórcy zabrali się za drugi sezon z takim wrażeniem, że można przez 11 godzin opowiadać środek historii bez skupiania się na motywie przewodnim; krowa, niebieskooka Lenny, riksza na pustyni, widelec, różowy korek, a tak na marginesie to David stał się Zły, do zobaczenia w sezonie trzecim. No więc nie, nie można- efekt jest dokładnie taki, że teraz też trzymam wszystkie kciuki za Legiona i Lenny.

    • Iwona

      Przyłączam się do kibicowania Davidowi i Lenny w spaleniu wszystkiego, problem w tym, że nie bardzo wierzę w tego Davida i w to, że mu się będzie chciało cokolwiek palić, bo Hawley w finale zrobił z niego jakiegoś stworka trochę bez woli, trochę bez mózgu i absolutnie bez jakiejkolwiek zakorzenionej konsekwencji. "Czemu coś zrobiłeś? Nie wiem, bo powiał wiatr" jest cool, ale u Kurosawy, a nie u Howleya, gdzie jednak sukces całości polegał na tym, że oprócz asocjacji, iluminacji i twórczego latania w kosmos (zwanego dużym widelcem czy pięknym różowym korkiem) dostawaliśmy świetną, niezwykle emocjonalną i pięknie, subtelnie zagraną historię o relacjach międzyludzkich, nigdy prostych i zawsze nieoczywistych.

  • rosco

    Hawley jest dobry, ale bez przesady. Myślał, że potrafi dosłownie na przestrzeni 2 odc zrobić to na co Vince Gilligan potrzebował 60 odc w "Breaking Bad". Tak nagła zamiana Davida z bohatera w złoczyńcę-gwałciciela to pomyłka niszcząca solidne wrażenie jakie robił ten sezon aż do epka z alternatywnymi liniami czasowymi. Potem już było niestety zwyczajnie słabo. Kwintesencja przerostu formy nad treścią.

  • imeks

    Dywizja postąpiła idiotycznie. Z zewnatrz wygląda to tak: prosili Dawida o pomoc, wykorzystując wszystko, tkaże jego uczucie do Syd. Kiedy wypełnił sowje zadanie próbowali go zabić (Syd), zamknąć u czubków i sprzymierzyli się z osoba która go kontolowała od niemowlęctwa i zabiła jego siostrę (jedną z niewielu osób w jego życiu które były po jego stronie). Wszyscy którzy mieli być jego przyjaciółmi zdradzili go.
    Każdy by się wpienił.
    A secundo - nie wkurza się i nia antagonizuje kogoś superpotężnego. Jak masz opcję zrób wszystko by był po twojej stronie.
    Tertio - w czymże to Dawid jest takim łotrem? Skąd przekonanie, że stał się teraz zły? Na pewno jest wściekły, ale każdy by był. To co zrobi teraz to wielka niewiadoma. Od niemowlęctwa był indoktrynowany przez superłotra by stać się potworem i wciąż sie temu opierał. Teraz PONOWNIE został skrzywdzony. Jedynie Lenny nie skrzywdziłą go z własnej woli.
    Dywizja powinna stąpać ostrożnie, jak będzie go ściagać, będzie eskalacja. Jak będzie go próbowac zranić, odplaci im z procentem. A im ciężej go zranią tym bardziej popchnią na druga stronę.

  • Tadeusz Biernat

    A może jest tak że to nie Dawid stał się zły, tylko jego najbliżsi zaczęli go za takiego uważać. Najpierw mamy Melanię o której Oliver mówi do Farouka "mamy ją" potem mamy Syd, która zostaje przekabacona przez Melanię. I jest też miłość która miała wszystko przezwyciężyć, a którą Syd podeptała. I mamy Davida "dałem wam szansę". Dla mnie to teraz Syd stała się tą złą która zdradziła Davida. A tak na marginesie nadal ma rękę. Z niecierpliwością czekam na sezon 3.

  • Michał Woźnicki

    Kocham ten serial ale mam dokładnie ten sam serial z tezą finałową, że Davida mamy uznać na złoczyńcę. Wszystko mi tu nie pasowało, tym bardziej, że obok siedzi najgorszy ze wszystkich Farouk. Chyba rzeczywiście Noah Hawley chciał dojść do tego punktu za wszelką ceną, bo jakoś za szybko to przyszło. Z drugiej strony dużo mówiło się o chorobach psychicznych w tym sezonie i ich wielu wymiarach. Tutaj finałowa konfrontacja to typowy obraz osoby, dla której to wszyscy wokół oszaleli, a jak to o takiej osobie świadczy to wiadomo. Ale nie...nie potrafię jakoś przyjąć tego złego Davida na klate. W tym momencie, jeśli na prawdę stanie się on villainem to dla mnie wina powinna spaść na całą tę grupę z Syd na czele, przez sposób w jaki to załatwili i doprowadzenie Davida to szewskiej pasji...
    No i kurczę ten Farouk siedzący z nimi. Coś czuję, że to wszystko jego sprawka, a urządzenia doktorka znów zawiodły.

    • Michał Woźnicki

      Swoją drogą, początkowa sekwencja z walką...cud miód!