"Ostre przedmioty", czyli mroczny świat według kobiet – recenzja miniserialu HBO z Amy Adams

"Ostre przedmioty" (Fot. HBO)

0

Połączenie małomiasteczkowego kryminału, pełnego twistów thrillera i kobiecego dramatu psychologicznego - tak najprościej można opisać "Ostre przedmioty", które już widziałam całe bez finału. Ale ostatecznie nic tu nie jest takie proste.

HBO znów to zrobiło. "Ostre przedmioty" miały być hitem i za chwilę nim będą, dokładnie tak jak "Olive Kitteridge" i "Wielkie kłamstewka". Z tą wspaniałą dwójką, którą również zawdzięczamy HBO, łączy je jeszcze jedno - to także jest miniserial, który powstał na podstawie książki i któremu udało się tę książkę pod każdym względem przewyższyć. Jeśli ją czytaliście i macie o niej nie najlepsze zdanie (tak jak wyżej podpisana), będziecie zaskoczeni, jak wiele potrafią zmienić dźwięki, obrazy, doskonali aktorzy i kilka narracyjnych sztuczek, polegających czy to na przepisaniu pewnych scen od nowa, czy to innym rozłożeniu akcentów, czy też trzymaniu widzów przez pewien czas w niepewności co do tego, co właściwie widzą na ekranie.

Powieść Gillian Flynn ("Zaginiona dziewczyna") była w najlepszym razie wciągającym czytadłem, momentami mającym nawet coś do powiedzenia, ale zdecydowanie za często bazującym na najniższych instynktach czytelnika. Serial HBO to wyższa szkoła jazdy - układanka jest tu trochę bardziej skomplikowana, subtelności jest tu trochę więcej. Trochę mniejszy jest nacisk na samą przemoc, a większy na jej przyczyny i skutki psychologiczne. Zwracając uwagę widza na drobiazgi, można dokonać cudów - showrunnerka serialu HBO, Marti Noxon, która wcześniej pracowała m.in. jako scenarzystka "Buffy" i "Mad Men", dobrze to wie i potrafi stosować w praktyce.

I na tym właśnie polega siła "Ostrych przedmiotów" - to nie kolejny klimatyczny kryminał tudzież thriller, to coś więcej. Opowieść o skomplikowanych kobietach, głęboko sięgających traumach i desperackich próbach ucieczki przed życiem, którego się nie chce, choć wydaje się logicznym wyborem. Naszą heroinę i detektywkę w jednym, dziennikarkę Camille Preaker (wspaniała, delikatna i charyzmatyczna Amy Adams) poznajemy w redakcji gazety w St. Louis (nie, nie w Chicago jak w książce), kiedy szef jej przydziela nowe zadanie. Ma jechać do domu, do mieściny Wind Gap, też w stanie Missouri, gdzie doszło do dwóch potwornych morderstw. Dwie dziewczynki w wieku szkolnym zostały zabite w wyjątkowo potworny sposób, a Camille będzie musiała przyjrzeć się sprawie z bliska.

Sprawa ma jednak drugie dno i osobisty wymiar dla Camille. W miarę jak serial się rozkręca, zaczynają wychodzić na jaw kolejne jej problemy, autodestrukcyjne zapędy i niepokojące informacje na temat jej przeszłości. O ile w książce były one wyłożone bardzo bezpośrednio, w serialu pokazywane są za pomocą specyficznych wizji/flashbacków, migających przed oczami bohaterki. Informacje są dawkowane oszczędnie, tak że na początku możecie mieć problem z połapaniem się, kto jest kim, w jakim właściwie roku aktualnie się znajdujemy i co się dzieje w danej scenie. Jedyne, co mogę doradzić, to oglądać wszystko uważnie - aż z obrazów zacznie składać się całość, mroczna i tragiczna jak wszystko w "Ostrych przedmiotach".

Ostre przedmioty

Camille na pierwszy rzut oka wygląda na zwykłą miejską dziewczynę - ma maleńkie mieszkanie, a w nim sporo butelek po alkoholu, ubiera się niedbale w ciemne bluzy i dżinsy, makijażu prawie nie nosi i tylko długie, rozpuszczone rude włosy przypominają, że kiedyś mogła zostać Southern belle. Ale koniec końców wybrała inny plan na życie, którego główny element był jeden: wyrwać się stąd. W książce wyrwała się do Chicago, w serialu do St. Louis - różnica to raczej z gatunku subtelnych, bo wielkiej kariery ani tu, ani tu nie zrobiła, choć jest już po trzydziestce (tak, Amy Adams gra postać o dziesięć lat młodszą). Liczy się to, że udało jej się uciec.

To, czemu tak bardzo tego chciała, zaczynamy rozumieć bardzo szybko, kiedy jej własna matka, uwielbiana przez całe miasteczko Adora (Patricia Clarkson) wita ją w progu chłodnym pytaniem: "Gdzie się zatrzymałaś?". Camille, która przed chwilą w aucie nakładała na usta szminkę, aby jej się przypodobać, niepewnie odpowiada, że miała nadzieję zostać na kilka dni tutaj. Na co matka, że dom nie jest przystosowany do przyjmowania gości.

A wiedzcie, że nie mówimy o byle jakim domu, tylko o prawdziwym wiktoriańskim pałacu, jak z epoki "Przeminęło z wiatrem". Mentalność też specjalnie się nie zmieniła od tamtych czasów - w Mind Gap stoi sporo wielkich domów, które przypominają zamki, czarnoskórzy służący są na porządku dziennym, a dziewczętom każe się nosić śliczne, różowe sukienusie i kokardy we włosach. Bo wiadomo, prędzej czy później - raczej prędzej - będą musiały złapać męża. Wszystko to sprawia wrażenie trochę urokliwe, ale głównie koszmarne, tak że nie musimy nic wiedzieć o przeszłości Camille, by w pełni rozumieć, czemu tak bardzo chciała uciec z tego parnego, dusznego, klaustrofobicznego miejsca.

Kręcony częściowo w Kalifornii, a częściowo w Georgii serial perfekcyjnie oddaje klimat amerykańskiego Południa, choć nie tak głębokiego, jak to znane np. z "Czystej krwi". Specyfikę tego miejsca widać i czuć dosłownie w każdym kadrze. Seksizm, rasizm i kilka innych -izmów to tutaj niemal religia. Na lokalnych imprezach powiewają konfederackie flagi, nie brakuje obskurnych barów serwujących najlepszego burbona (Maker's Mark, czyli product placement, który popieramy), panie noszą pastelowe sukienki i gotowe są zaspokajać męskie pragnienia, a panowie zbijają bąki, na zaspokojenie czekając. Dzieci z kolei nudzą się, wygrzewają w słońcu i zdecydowanie za wcześnie odkrywają własną seksualność oraz inne zakazane rozrywki, gdzieś pomiędzy bieganiem po lesie a bawieniem się lalkami.

ostre-przedmioty-amma

Dokładnie taka jest przyrodnia siostra Camille, Amma (cudowna Eliza Scanlen, która dała radę wyróżnić się w pełnej gwiazd obsadzie), trzynastolatka, która pokazuje w serialu tysiąc twarzy, czasem na przestrzeni kilku minut. Grzeczniutkie dziewczątko w słodkiej sukience, bawiące się bardzo specyficznym domkiem dla lalek. Mały wamp, wykorzystujący swoją nowo odkrytą seksualność do osiągania celów. Ukochana córeczka swojej mamusi, pieszczona, niańczona i przytulana. Wredna, bezczelna dziewucha, która potrafi nieźle uprzykrzyć życie koleżankom. Imprezowiczka, gotowa spróbować wszystkiego, byle zawsze być cool. Inteligentna nastolatka, która też chciałaby stąd uciec, jak jej starsza siostra. A większe jednak są szanse, że za dziesięć lat będzie bawić własne dzieci i obsługiwać męża, jak koleżanki Camille. Tak po prostu wygląda tutaj życie.

Camille, choć stąd pochodzi, nie znajduje wspólnego języka właściwie z nikim, z wyjątkiem przyjezdnego detektywa, równie "wielkomiejskiego" co ona (bo aż z Kansas City!) i równie niechętnie patrzącego na wszystko i wszystkich w Wind Gap. Na imię mu Richard, gra go Chris Messina, szybko zaczynają ich łączyć wspólne interesy i to właściwie wszystko, co powinniście o nim wiedzieć.

To nie jest serial o mężczyznach - jeśli się pojawiają, grają co najwyżej role statystów w życiu kobiet albo coś im psują, wychodząc w ten czy inny sposób na seksistowskich palantów. Siłą "Ostrych przedmiotów" są skomplikowane bohaterki i pokręcone, toksyczne relacje między nimi, nie tylko rodzinne. Powrót Camille do domu oznacza konfrontację po latach z matką, której nie chciała więcej oglądać - a którą wszyscy wokół postrzegają zupełnie inaczej - i zapoznanie się z młodszą siostrą, równie pogubioną co ona, choć będącą jeszcze dzieckiem.

Pierwsze odcinki, skupiające się na ich poplątanych od początku do końca stosunkach i niezdrowych emocjach, to coś, od czego trudno się oderwać. Obserwując to, co się dzieje z tą trójką kobiet, połączonych więzami krwi, łatwo zapomnieć, że gdzieś tam jest jakaś zagadka kryminalna - tyle tu rzeczy nieoczywistych, trudnych, bolesnych. "Ostre przedmioty", zanim zamienią się w rasowy kryminał, są doskonałym dramatem psychologicznym i portretem relacji matki i córki, a także dwóch sióstr, opartym na drobnych, gestach, spojrzeniach, niedopowiedzeniach i subtelnościach, obecnych bardziej nawet w grze aktorskiej niż słowach.

ostre-przedmioty-adora

Patricia Clarkson jest bez mała genialna jako matrona, która spędziła całe życie w pałacu, z mężem i dziećmi, nigdy w życiu nie brudząc rąk pracą (jak zresztą większość bohaterów serialu - pracują tylko detektywi, barmani i powiedzmy, że Camille). To chodząca perfekcja; piękna, eteryczna, troskliwa istota - taka, w której mężczyźni się podkochują i w którą kobiety najchętniej by się zmieniły. Camille jako jedyna widzi ją zupełnie inaczej, jako sfrustrowaną despotkę, która rujnuje wszystko i wszystkich. Ale czy ktokolwiek tutaj może traktować serio tę ponurą zjawę, która ubiera się na czarno, upija się co noc i wygląda, jakby przegrała wszystko w życiu?

W miarę jak akcja się rozwija, staje się jasne, że dziennikarkę z St. Louis, która wróciła do domu stawić czoła własnej matce i wszystkim okolicznym plotkarom, czeka trudne zadanie. I że to przede wszystkim właśnie Adora będzie utrudniać jej pracę, jak to tylko możliwe.

"Ostre przedmioty" to brutalna, bezlitosna, mocna jak diabli opowieść o matkach, córkach, żonach - kobietach, których głównym zadaniem w życiu jest bycie kobietami. Opowieść, która ucieka od banalnych diagnoz i prostych oskarżeń, skupiając się na zagłębianiu się w psychikę swoich trudnych do rozwikłania, ukrytych pod różnymi maskami, najczęściej bardzo nieszczęśliwych bohaterek. W kobiecej obsadzie wyróżnia się jeszcze Elizabeth Perkins, serialowa Jackie, wiecznie pijana koleżanka Adory, która od zawsze miała słabość do Camille. Z budowaniem skomplikowanych postaci męskich bywa tu różnie, ale na pewno zwrócicie uwagę na Alana (Henry Czerny), wiecznie milczącego, odgrodzonego od świata słuchawkami ojczyma Camille, i wąsatego szefa policji Vickery'ego (Matt Craven), człowieka dość tradycyjnego, ale w sumie przyzwoitego. Jak wielu facetów tutaj, co wcale nie świadczy o nich tak dobrze.

ostre-przedmioty-camille

Miniserial HBO wyciska z książki Gillian Flynn tyle, ile tylko się dało, tworząc z tych samych elementów całość dużo dojrzalszą, subtelniejszą i bardziej zniuansowaną. Na początku to układanka, z której rozproszonych fragmentów sami będziecie musieli poskładać prawdę o Camille, później kawał porządnego (melo)dramatu w kobiecej obsadzie, a w końcu połączenie kryminału i thrillera, którego rozwiązanie może Was zaskoczy, a może wyda się w pełni logiczne (a może jedno i drugie naraz).

Showrunnerka Marti Noxon i reżyser Jean-Marc Vallée ("Wielkie kłamstewka") stworzyli razem kolejny znakomity miniserial HBO w oscarowej obsadzie. To i owo dopisali, zmienili, pominęli. Postawili na obrazy i dźwięki w tym samym stopniu co na słowa. Idealnie dobrali obsadę i wyważyli poszczególne elementy tej opowieści. Kazali Camille jeździć autem po miasteczku i słuchać głośno muzyki (czego zresztą nauczyła ją znajoma z przeszłości, grana przez Sydney Sweeney z "Everything Sucks!" i "Opowieści podręcznej"), Ammie i jej koleżankom - założyć wrotki, a Adorze cierpiętniczo wzdychać i niemalże omdlewać z boleści. W efekcie powstało może nie telewizyjne arcydzieło, ale bardzo dobry serial, który wciąga od początku do końca, tworząc po ludzku poplątany świat.

Okraszone muzyką sekwencje rodem z koszmarnego snu, flashbacki i narkotyczne wizje budują klimat "Ostrych przedmiotów", zamieniając zarówno kryminalną część historii, jak i tę część, która dotyczy powrotu do domu i mierzenia się z traumami z przeszłości, w coś więcej niż kolejny serial do obejrzenia i zapomnienia. Produkcja HBO to przede wszystkim studium charakterów i wnikliwy obraz ludzkich tragedii, a dopiero potem kryminał czy też thriller - i właśnie to stanowi o jej wyjątkowości.

"Ostre przedmioty" startują w HBO 9 lipca o godz. 20:10. Pierwszy odcinek od rana będzie dostępny w HBO GO, kolejne co poniedziałek.

***

Na koniec ogłoszenie parafialne. Uważamy, że "Ostre przedmioty" to jedyny serial tego lata, który zasługuje na opisywanie co tydzień. Problem polega na tym, że ja przeczytałam książkę i obejrzałam siedem odcinków z ośmiu - czyli wiem dokładnie, co i dlaczego zmieniono, znam też zakończenie i nie jestem pewna, czy potrafię z przekonaniem udawać, że nie wiem, co będzie dalej. Dlatego serial będzie recenzował Mateusz, który specjalnie dla Was (!) nie obejrzał screenerów ani nie przeczytał książki. Będzie oglądać i komentować serial na bieżąco razem z Wami, a ja spróbuję się nie wtrącać.

Tych z Was, którzy znają książkę, prosimy o powstrzymanie się od podrzucania pod recenzjami niechcianych spoilerów. Wszelkie tego typu komentarze będziemy usuwać. Dziękujemy za zrozumienie i życzymy udanego serialowego lata - które właśnie zaczyna się na dobre!

  • Zdzisław Dyrman

    Nie przepadam za Amy Adams i za amerykańskimi produkcjami ale po tej recenzji czuję się zachęcony żeby dać temu serialowi szansę.

  • LuKe

    Na początku napiszę, że bardzo lubię Amy Adams i podoba mi się muzyka w serialu. Pierwszy odcinek oglądało mi się bardzo płynnie - nie nużył mnie. Sama historia natomiast wygląda na dość standardową. Chodzi mi o to, że nic mnie w tym odcinku nie zaskoczyło. Można wręcz powiedzieć, że po zwiastunie spodziewałem się dokładnie takich postaci, takich wątków i takich relacji. Pisałem nawet, że zarys fabuły przypomina niektóre motywy z ubiegłorocznej "Grzesznicy". Być może Camille wychowała się w zamożnej rodzinie, a Adora jest mniej zdewociała, ale mamy ten sam motyw apodyktycznej matki, spolegliwego męża i dwóch sióstr, z których młodsza była chorowita i zmarła w jakichś okolicznościach. Oczywiście już w pierwszym odcinku dostajemy przesłanki ku temu aby sądzić, że Camille czuje się odpowiedzialna za jej śmierć, a przynajmniej sądzi, że całe miasto zrzuciło na nią tą odpowiedzialność. Nie od parady Camille traktuje osobiście coś tak prozaicznego jak napis "brudas" na swoim zakurzonym samochodzie. Prościej mi będzie napisać wrażenia i spostrzeżenia w postaci punktów więc - here we go ;) :
    - Alkohol w pierwszym odcinku leje się strumieniami i trochę to razi, bo jest to już do bezmiaru wymęczona cecha. Ja wiem, że kobiet alkoholiczek jest sporo, ale mam wrażenie, że twórcy usiłują zrobić z bohaterki Amy Adams taki damski odpowiednik męskiego stereotypu detektywa z problemami. Sarah Linden w "The killing", w tym roku bohaterka "Seven Seconds" i wiele wiele innych szło i idzie tym samym, łatwym tropem. Ja wiem, że niektórzy ludzie w kryzysowych momentach sięgają po alkohol, ale o wiele oryginalniejsza byłaby postać, która tego nie robi - bo to nie jest jedyna opcja dla ludzi z problemami. Nie podoba mi się również mało odpowiedzialny element "drink and drive". W pierwszym odcinku co najmniej w trzech sytuacjach widzimy jak Camille wsiada lub zamierza wsiąść do samochodu po alkoholu i jechać. OK to tylko postać, w dodatku z traumą, ale nie jest też jakąś nieograniętą dziewuchą bez mózgu - więc to również trochę razi. Bo nawet fakt, że czuje się odpowiedzialna za śmierć siostry powinien skłonić ją do refleksji nad odpowiedzialnością za życie innych ludzi, nawet jeśli sama ma autodestrukcyjne zapędy i chce ZNIKNĄĆ. A może bohaterowie muszą tyle pić, bo przecież reklamują absoluta - co najmniej czterokrotnie w trakcie odcinka.
    - W pewnym momencie moją uwagę przykuła trzęsąca się kamera i od tamtej pory zaczęło mi to trochę działać na nerwy, zwłaszcza, że momentami trzęsie się aż za bardzo. Być może kamerzysta też ma problem z alkoholem ;) Nie mam nic przeciwko filmowaniu z ręki ale momentami kamera trzęsie się tak, że ucina kawałek głowy Amy Adams, by za chwilę znów zmieścić ją w kadr.
    - W otwierającej serial scenie nie spodobał mi się trick z muzyką słyszalną tylko w jednej słuchawce, zwłaszcza, że to był ten cudowny niepokojący główny motyw muzyczny, który o wiele fajniej zabrzmiałby w stereo. Rozumiem, że to aluzja do jednej słuchawki Amy Adams w uchu (tak mi się przynajmniej wydaje), ale dla osoby oglądającej na słuchawkach wrażenie było zbyt odciągające uwagę od dość intensywnej i tajemniczej przecież sceny.
    - Na pewno na plus są wszystkie te szybkie wstawki retrospekcyjne (choć ponownie nikt tu Ameryki nie odkrywa). Podobają mi się natomiast te sceny, w których widzimy jakieś postacie, w drugim, a nawet trzecim planie. Bo są zrealizowane tak, że nie mamy pewności czy to rzeczywistość, czy wspomnienie. Np. dziewczynki na rolkach między budynkami. Przez moment myślałem, że to wspomnienie Camille, a to w realu była jej przyrodnia siostra z koleżanką.
    - Amy Admas wygląda świetnie :)
    - Rzucił mi się na oczy gest matki. Przykładanie dłoni nie tyle do skroni, co do rzęs/oka. Symbol jakichś migrenowych historii zwiastujących chyba, że "mama nie czuje się najlepiej i to jest Wasza wina".
    - Camille przywitała się ciepło jedynie ze służącą. Już czuję, że ta postać będzie miała jakąś rolę do odegrania. Coś wie. Zastanawia mnie czy w XXI wieku naprawdę istnieją w USA domy, w których ma się czarnoskórych służących poubieranych w służebne ciuszki i robiących za sługusów bogatych państwa. Rozumiem, że okoliczności są inne i pewnie dobrze jej płacą, ale mimo wszystko jest w tym stosunku pracy coś nieodpowiedniego - ta otoczka.
    - Szef Camille, to szef Patricii Arquette z serialu "Medium". Ze sceny rozmowy przez telefon można wywnioskować, że łączy go i jego czarnoskórą żonę jakaś bliższa relacja z bohaterką. Troszczą się o nią i wiedzą o jej kulawej psychice. Kaszel szefa z kolei sugeruje, że byc może z jego zdrowiem jest nie najlepiej - rak płuc?
    - Część dialogów wydała mi się zupełnie nienaturalna. Nie brzmią jak słowa wypowiadane przez zwykłych ludzi. Zwłaszcza w relacji z panem przyjezdnym detektywem. Camille zdaje się też kiepsko wywiązywać ze swojej dziennikarskiej roli. Zdaje się nie mieć odpowiedniego podejścia do swoich rozmówców. Na razie wychodzi jej tylko szantaż.
    - Odnalezienie zwłok nowej ofiary było troszkę mało realne. Biały dzień, w miejscu, które wyglądało jak centrum miasteczka. No i szeryf, który pierwsze co zrobił, to zapaskudził miejsce zbrodni swoimi odciskami palców - o ile nie zacierał jakichś śladów, to mało profesjonalne zachowanie.
    - Domek dla lalek (taki, który się składa, a nie bawi nim) to mimo wszystko dość wynuszone hobby dla dziewczynki. Rozumiem, że wpisuje się w tą lukrowaną narrację perfekcyjnego południowego życia, w kontrze do podskórnego mroku, ale wygląda mało przekonująco.
    - Nie wiem jaki klimat ma amerykańskie Południe, znam je tylko z filmów, nie potrafiłbym więc napisać, czy serial "perfekcyjnie je oddaje". Moim zdaniem oddaje stereotypowe wyobrażenie o Południu.
    - Niepokoi mnie też opis Marty odnośnie mężczyzn. Rozumiem, że grają drugie skrzypce i jestem z tym OK, ale jeśli okażą się tylko palantami, nieudacznikami i nośnikiem wszelkiego zła, to serial wyląduje w śmietniku. Takiej wersji feminizmu nie trawię.
    - Coś mi jednak świta, że skoro kobiety są siłą napędową serialu, to w okół nich będzie się wszystko kręcić. Pierwsza ofiara nie została zgwałcona, a ojciec ofiary oskarża o śmierć córki "pedała". No cóż, mnie to równie dobrze wygląda na działania kobiety. Po pierwszym odcinku moją główną podejrzaną jest nieletnia przyrodnia siostra Camille i jej koleżanki. Motyw - pójscie śladami Camille (może sądzi, że Camille zabiła siostrę), wyrwanie się z pastelowego kłamstwa i uwięzi, eksplorowanie własnych granic. Wydaje mi się, że może być zepsuta i mieć skłonności w kierunku psychopatii.

    Serial po pierwszym odcinku mnie wciągnął - bardziej jego zagadka kryminalna i tajemnice niż bohaterowie, którzy moim zdaniem na razie nie pokazali w warstwie psychologicznej niczego odkrywczego. Wręcz przeciwnie pełno tu kalek i stereotypów.

    Nie czytałem książki, nie wiem co będzie dalej, a więc chętnie pobawię się w rozszyfrowywanie zagadki.

    • Tak, ciągle są na Południu takie wielkie domy z czarnoskórą - albo coraz częściej meksykańską - służbą. Nie są one jednak normą - więcej tam raczej widać biedy rodem z "Justified". Bogactwo rodziny Camille wynika stąd, że mają biznes, którym zresztą nikt z nich nie zajmuje się osobiście.

      Co ciekawe, to serialowe miasteczko - choć "Ostre przedmioty" kręcono w Georgii - wygląda niemal identycznie jak to, w którym sama kiedyś mieszkałam w Missouri. To moje niby było większe, ale to bez znaczenia, czy mieszka tam 10 czy 50 tys. ludzi, bo to sprawia tak samo depresyjne wrażenie. Tam się zupełnie inaczej buduje. Nie jest to takie zbite budownictwo jak u nas, tylko domy porozrzucane na dużej przestrzeni, więc w sumie wszystko jedno, gdzie to ma granice administracyjne. "Centrum" jest miniaturowe, ma dosłownie kilka ulic. Jak masz szczęście, to jest tam kino - zwykle jednak do takiego przybytku trzeba jechać ileś mil autostradą, do centrum handlowego. Jest też zwykle porozrzucanych na tej przestrzeni sporo barów, do których nie da się dostać inaczej niż autem - dlatego nikt się nie dziwi, że ludzie piją, a potem wsiadają za kółko. Normy dotyczące spożycia są tam inne niż w Polsce, to raz. Dwa, na tych drogach jest po prostu pusto. Szansa, że Camille wjedzie w drzewo, jest większa, niż że komuś wyrządzi krzywdę.

      To wszystko jest bardzo specyficzne - po paru dniach w tym miejscu nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, bo nie miałam (i nie mam) prawa jazdy, a autobusów tam nie uznają. Bardzo dobrze został ten świat oddany w serialu, zresztą nic dziwnego - Gillian Flynn jest z Kansas City, czyli tamtejszej "metropolii", dla mnie też przerażająco nudnej i niezbyt pięknej (mają wieżowce, jak w Warszawie). Ludzie nawet w miastach jeżdżą autami zamiast chodzić.

      St. Louis to miejscowość najbliższa naszemu rozumieniu miasta, mająca swoje urokliwe miejsca, ale wciąż - to nie jest wielki sukces, że Camille wyrwała się właśnie tam. Uciekła i nie zajechała daleko w moim odczuciu (w książce jest Chicago, mam wrażenie, że zmieniono to właśnie po to, żeby podkreślić, że uciekła, ale nie odniosła sukcesu w życiu).

      • LuKe

        To już takie rzeczy około serialowe, ale po prostu naszły mnie takie myśli podczas oglądania. Z tą pomocą domową to zdaję sobie sprawę, że połowie Hollywood jakaś meksykanka sprząta i gotuje, a meksykanin obrabia ogródek. Ale nie ma tu takiej otoczki jak w serialu. Te osoby nie mają zazwyczaj specjalnych uniformów i są traktowani jak normalni pracownicy świadczący usługę. Relacja w serialu (przynajmniej w obrazku) ma jednak feeling służby, a nie pracownika. A "służący" w XXI wieku niesie jednak negatywne konotacje.

        Wiesz Marta, to, że ktoś jest skądś (autorka powieści) jeszcze nie znaczy, że nie ulega pokusom pokazania czegoś w sposób stereotypowy. Ja np, nie mieszkam w Polsce Smarzowskiego czy Szumowskiej, a mieszkam na umiarkowanej prowincji i wiele rzeczy z ich świata przedstawionego jest mi zupełnie obca. Gdyby mi ktoś kazał uchwycić atmosferę mojej mieściny, to nie wiem czy udałoby mi się to zrobić bez żadnych przekłamań i popadnięcia w oklepany wizerunek.

        ALE skoro posiadasz tę wiedzę i przeżyłaś to na własnej skórze, nie będę udawał, że wiem lepiej ;) Także zawierzam Ci w tej kwestii całkowicie i bez ironii.

        Natomiast picie i prowadzenie, pomimo różnic kulturowych jest dla mnie jednak wielkim no no i nic go nie usprawiedliwia. Fakt, prawo dopuszcza wyższe stężenie alkoholu we krwi od 0,0 do 1 promil (zależy do stanu czy hrabstwa). Prawo nie powinno mieć tu wiele do gadania tylko zwykła ludzka odpowiedzialność za siebie, a najważniejsze za innych (bo o tym zdaje się pijani kierowcy nie pamiętają). Także bez względu na szerokość geograficzną, nie podoba mi się, że główna bohaterka serialu utrwala patologiczne nawyki. No chyba, że twórcy zafundują jej w którymś odcinku wypadek, z którego wyciągniew wnioski :)

    • Jaerk P

      Luke, twoja recenzja recenzji jest dłuższa od recenzji:-). Ja bym umarł gdybym miał napisać tyle słów. Ale dobrze się to czyta. Też nie znam książki. Pierwszy odcinek mnie wciągnął (bardzo). Dwa powody tego wciągnięcia:
      1. Głębia psychologiczna bohaterów
      2. Ogólnie pojęty klimat. Tak jak ty nie znam Południa ale mam jakieś takie wyobrażenie, że życie tak tam wygląda. Pustawe, smętne ulice. Dawno przeminięta "chwała" i znaczenie tych regionów Stanów.

      Ps. Wczoraj nadrobiłem zaległe odcinki Sukcesji. Serial na który czekałem - wszyscy tam są w jakimś stopniu źli. Dobrze się to ogląda.

      • LuKe

        To nie recenzja recenzji (no może w jednym punkcie ;)), tylko wrażenia z odcinka. Co do długości, no cóż - grafomania :D
        Klimat - tak. Psychologia postaci na razie taka powiedzmy archetypowa, ale z szansami na rozwój, także jestem pełen nadziei. Wiem, że coś się dzieje w głowach postaci, ale jeszcze nie wiem czy dzieje się satysfakcjonująco. Pierwszy odcinek atrakcyjny w odbiorze.

        P.S. Odnośnie porównań do słabej "Grzesznicy", zapomniałem dodać seksualne fascynacje dziewczyn. Bohaterka "Ostrych przedmiotów" też w szałasie/chatce widziała wyuzdane zdjęcia pronograficzne, do których, jako już dorosła osoba, wraca pamięcią podczas autoerotyzmu. Bohaterki "Grzesznicy", zwłaszcza ta młodsza schorowana siostra miały bzika na punkcie pornografii.

        • Jaerk P

          A przy okazji szukam czegoś ciekawego do obejrzenia na netflixie. Hiperprodukcje mam obejrzane. Tylko nie polecaj mi Riverdale. Odpuściłem w połowie IIej serii.

          • LuKe

            Ja nikomu nic nie polecam, sam też poleceń nie przyjmuję, bo zazwyczaj są zupełnie nietrafione, także kombinuj sam :D:D:D
            Mnie się podobał "Alienista" (zaczyna hulać po 3 odcinku) ale doskonale wiem, że sporej części ludzi ten serial nie podejdzie w ogóle.

          • Jaerk P

            Ok. Spojrzę.

  • Iwona

    Będę mieć z tym serialem drobny problem związany z tym, że niestety znam dzieło pani Flynn. Tym samym wiem, że w kilku momentach będzie rozczarowująco, ale po pilocie wiem też, że pani Flynn oglądając serial ma prawo poczuć się niezłą pisarką, którą raczej niestety nie jest.

    W pilocie twórcy wyciągnęli absolutne maksimum z wątłego potencjału jaki daje pierwowzór literacki. Mamy świetne postaci kobiece, każda inna, każda inaczej zagrana, każda ma swoją tajemnicę. Amy Adams gra bardzo subtelnie, wydobywa postać z własnych przeczuć, nie ma wątpliwości że w tej postaci skrywana jest ogromna trauma i jeszcze większa rozpacz, które są nieodzownie związane z trwałością pamięci. Patricia Clarson pokazuje niebywały estetyzm sceniczny, tam jest troska o każdy gest, każdy ruch. Świetnie wypadają starcia tych dwóch typów aktorstwa, to pięknie napędza fabułę. I choćby dla tej dwójki warto to oglądać, tym bardziej że one tam będą miały co zagrać.