"The Romanoffs" to ambitna porażka, której mogliśmy się spodziewać – recenzja nowości od twórcy "Mad Men"

"The Romanoffs" (Fot. Amazon Prime Video)

0

Nadęte, rozwleczone i frustrujące, ale też mające świetną obsadę i wdzięczne momenty, dla których warto się poświęcić. Oto "The Romanoffs", serial, który będziemy oglądać i co tydzień przeklinać.

Od momentu, kiedy ogłoszono, że Matthew Weiner robi za 80 mln dolarów serial dla Amazona o ludziach, którym wydaje się, że są potomkami Romanowów, wiedzieliśmy jedno: to będzie albo gigantyczny sukces, albo równie ogromna porażka. Przeciętność po prostu nie jest wpisana w projekt, tworzony przez autora jednego z najlepszych seriali w dziejach telewizji, który nie dość że porywa się na skomplikowany temat, to jeszcze wybiera najtrudniejszy możliwy format – jakim jest antologia – i do tego zatrudnia obsadę marzeń oraz kręci całość na trzech kontynentach w siedmiu różnych krajach.

Ponieważ Serialową można bez większej przesady nazwać jednym wielkim fanklubem "Mad Men", "The Romanoffs" z miejsca wylądowało na szczycie naszej listy najbardziej oczekiwanych seriali jesieni, a potem zaczęło się wielkie ściskanie kciuków, żebyśmy mieli rację. Racji oczywiście nie mieliśmy – i dało się to przewidzieć. Ale rozmiary porażki i tak stanowią dla nas zaskoczenie.

Zimnym prysznicem okazało się przede wszystkim rozpoczynające serię "The Violet Hour", paryska pocztówka w stylu Woody'ego Allena, która jest boleśnie nudna, stereotypowa i ciągnie się w nieskończoność. Właściwie tylko przewrotne zakończenie jestem w stanie jako tako docenić, ale pewnie przynajmniej połowa widzów będzie dokładnie przeciwnego zdania. Liczba schematów, jakie tu posklejał ze sobą Weiner – który napisał ten odcinek w pojedynkę i go sam wyreżyserował, podobnie jak wszystkie inne – potrafi przyprawić o ból zębów najbardziej cierpliwego widza. A i z zakończeniem problem jest taki, że właściwie wzięło się znikąd i średnio pasowało do całej reszty. I mimo to wypadło moim zdaniem lepiej od większości poprzedzających je wydarzeń. O takich rejonach marności mówimy.

romanoffs2

Odcinek rozgrywa się w jakiejś koszmarnej wersji stolicy Francji, rodem ze wspomnień amerykańskiego turysty, który był tu jeden dzień, przebiegł sprintem po wszystkich najbardziej znanych miejscach i uważa, że teraz może już pisać przewodnik. Stereotypowość zarówno przedstawionych w odcinku miejscówek, jak i zasiedlających go bohaterów, poraża i dziwi. To naprawdę pisał ten człowiek, który przedstawił nam Dona Drapera, Peggy Olson, Joan Holloway i całą plejadę złożonych postaci z Madison Avenue? Bardzo trudno w to uwierzyć.

Główną bohaterką tej półtoragodzinnej męki jest Anushka (Marthe Keller), bogata wdowa, mieszkająca w imponującym pałacu w Paryżu. Postać z jednej strony paskudna, z drugiej ogromnie nieszczęśliwa, bo jej samotność uderza od pierwszych chwil. Jedyną jej rodzinę stanowi Greg (Aaron Eckhart), pozbawiony jakichkolwiek właściwości Amerykanin, polujący wraz ze swoją dziewczyną (Louise Bourgoin) na spadek po cioci. Kiedy nową służącą Anushki zostaje Hajar (Inès Melab), muzułmanka ucząca się w szkole pielęgniarskiej, wszystko się zmienia.

Jak łatwo przewidzieć, okropna arystokratka – oczywiście przekonana, że jest potomkinią wymarłej carskiej dynastii – najpierw obraża dziewczynę i jej wiarę na wszelkie możliwe sposoby, by w końcu zacząć doceniać jej wrażliwość, cierpliwość i inteligencję. Relacja obu pań ma parę lepszych momentów, ale niestety przez większość czasu opiera się na koszmarnych banałach. Przewidywalność i brak oryginalności co chwila kłują w oczy, a jeszcze gorzej wypadają inni bohaterowie z groteskowo szablonowym duetem Greg - Sophie na czele. "The Violet Hour" jest jak farsa, która nie jest wystarczająco inteligentna, aby zauważyć, że jest farsą.

Końcówka zaskoczyła mnie o tyle, że nie do końca pasowała do tonu reszty odcinka i ani przez sekundę nie wyglądała na odpowiednio wypracowaną pod względem emocjonalnym. Zadziałała jednak na zasadzie sympatycznego zaskoczenia. Ale całość zapisze mi się pewnie w pamięci jako podróbka Allenowskich filmów – tych najgorszych, które zapominało się pięć minut po wyjściu z kina.

Zapamiętam też na pewno z tego odcinka najdurniejszy wątek z jajkiem Fabergé, jaki kiedykolwiek próbowano sprzedać na ekranie. Kiedy Anushka opowiada jego historię Hajar, ta zachowuje się, jakby właśnie pierwszy raz w życiu usłyszała o jednym z najsłynniejszych dzieł sztuki złotniczej w dziejach. W co trudno uwierzyć, bo dziewczyna wygląda na oczytaną i ciekawą świata. Za to twórca "The Romanoffs" najwyraźniej uważa rosyjskie jaja za mało znane, skoro sprzedaje je jako rewelację. Czy nie można było wymyślić czegoś oryginalniejszego?

romanoffs1

Wpadek związanych z nieznajomością realiów historycznych jest zresztą więcej, ale o tym będzie za chwilę. Na razie ustalmy jedno: "The Romanoffs" to serial, który opowiada banalne historie w nieciekawy sposób, z takim namaszczeniem jakbyśmy co chwila odkrywali tutaj, nomen omen, Amerykę. Odtwórczość, schematyczność, fatalne dialogi, brak jakiejkolwiek oryginalnej treści, zero emocji, a wszystko to sprzedane w opakowaniu ambitnego dramatu, tj. porządnie zagrane, zrealizowane jak film kinowy i dopracowane wizualnie. Taki jest odcinek "The Violet Hour", najgorszy, jaki tylko mógł zostać wybrany na początek.

Jeśli go przetrwacie, przekonacie się, że dalej jest już lepiej. Co jednak nie stanowi największego osiągnięcia w dziejach świata, bo lepiej od "The Violet Hour" wypada w zasadzie wszystko, co widziałam w tym tygodniu. A zdziwilibyście się, jak dużo okropieństw mieści się w moim stałym harmonogramie.

"The Royal We", czyli odcinek nr 2, w przeciwieństwie do swojego wyjątkowo miernego poprzednika, ma już kilka zalet. Główną stanowi Kerry Bishé w roli Shelly, żony, która tkwi w średnio udanym małżeństwie z niejakim Michaelem Romanoffem (Corey Stoll). Wszystko zaczyna się od sceny u terapeutki, która uświadamia nam, że życie tej kobiety to definicja frustracji, a ona nie do końca jeszcze to widzi ("definicja frustracji" to tak przy okazji mogłoby być hasło reklamowe "The Romanoffs"). Ciągle podrzuca mężowi propozycje wspólnych rozrywek, a ten tylko kręci nosem.

W końcu oboje zgadzają się, że wezmą udział w rejsie organizowanym przez Romanov Family Society. Niestety, w ostatniej chwili okazuje się, że on nie pojedzie, bo musi wziąć udział w procesie jako ławnik. Ona jedzie sama i ogląda w lekkim szoku wszystkie te dziwy, które robią ludzie przekonani o swoim królewskim pochodzeniu, a także poznaje przystojniaka o imieniu Ivan (Noah Wyle). Tu pojawia się mocny zgrzyt historyczny, bo mężczyzna ów okazuje się Polakiem z pochodzenia. Czy Weiner, który w czasach "Mad Men" sprawdzał, jaka pogoda była danego dnia, żeby odpowiednio ubrać bohaterów, naprawdę nie rozumie, czemu w Polsce nie nazywa się dzieci imieniem Iwan? Rosja, Polska, wszystko jedno. Ech.

romanoffs4

Pomijając jednak ten brak zrozumienia dla trudnych relacji polsko-rosyjskich, w "The Royal We" zgrzytów jest stosunkowo niewiele, zwłaszcza w tej części, która opowiada o rejsie Shelly. Bishé gra jak z nut, pokazując pogubienie bohaterki i jej stopniowe uświadamianie sobie, czemu ci wszyscy przebierańcy wokół wyprawiają aż takie cuda i co to ma wspólnego z jej mężem. Szacowny małżonek tymczasem wkręca się w niebezpieczny flirt z niejaką Michelle (Janet Montgomery), Brytyjką, która z jakiegoś powodu też jest ławniczką w tym samym procesie.

Znów, obie historie toczą się raczej przewidywalnym torem, ale fantastycznej końcówki z Kerry Bishé nie przewidziałam ani przez moment i za nią daję serialowi plusik. A także za to, że tym razem było wreszcie w całej tej stereotypowości jakieś drugie dno. Jakaś próba odpowiedzi na pytanie, czemu niektórzy z tych ludzi zachowują się jak chodzące szablony – i zarazem przyznanie, że tak, faktycznie w "The Romanoffs" pełno jest szablonowych bohaterów i zachowań.

Parę błyskotliwych momentów wiosny jednak nie czyni. Serial Amazona jest frustrujący, a przy tym zbyt zadufany w sobie, żeby chciało mu się wybaczać niedociągnięcia. To produkt wielkiego ego jego twórcy, któremu wydawało się, że ma do powiedzenia coś odkrywczego o tym, jak "wszyscy kwestionujemy to, kim jesteśmy i kim mówimy, że jesteśmy". Skończyło się na pretensjonalnych bzdurkach, w których trudno rozpoznać rękę showrunnera "Mad Men". Problem stanowi nie tylko średniej jakości scenariusz, z reżyserią jest podobnie. W "The Romanoffs" nie ma ładnych, dopracowanych kadrów, jakie pamiętamy z "Mad Men". Wszystko wygląda zaledwie poprawnie. Nie ma też ciekawych postaci czy klimatu, który zostawałby z widzem na dłużej.

A wydawało się, że kto jak kto, ale akurat Weiner – mistrz telewizji w odcinkach, a nie "dziesięciogodzinnych filmów", które tak lubią twórcy netfliksowi – jest w stanie stworzyć antologię, złożoną z ośmiu historii, mających pewne punkty styczne. Trochę na tej zasadzie działało przecież "Mad Men", gdzie każdy odcinek był swego rodzaju zamkniętym rozdziałem, opowiadającym konkretną historię, będącą jednocześnie częścią czegoś większego. To telewizja, za którą tęsknię, zwłaszcza od czasu zakończenia "Pozostawionych". I bardzo się ucieszyłam, kiedy okazało się, że twórca "The Romanoffs" wynegocjował z Amazonem emisję odcinków co tydzień. Teraz tylko wypada westchnąć: i na cóż mi się to zdało.

romanoffs3

Planujemy dalej oglądać ten męczący serial, ale cotygodniowych recenzji nie będzie. Nie ma to najmniejszego sensu, bo interpretacje tych prościutkich historyjek da się zamknąć w każdym przypadku w dwóch, trzech akapitach. I nie wierzę, żeby miało być lepiej. Dwa odcinki "The Romanoffs", które widziałam, wymagają jeśli nie przepisania, to przynajmniej gruntownego przemontowania i skrócenia o pół godziny. Wszystko wskazuje na to, że Weiner wpadł w tę samą pułapkę, co Charlie Brooker na Netfliksie, który rozciąga niektóre odcinki "Black Mirror" bardziej, niż przyzwoitość nakazuje. Przy czym nawet jeśli symptomy choroby bywają podobne, "The Romanoffs" dzielą od "Black Mirror" lata świetlne.

Nie sądzę, żeby Amazon zamówił kolejny sezon. A Weiner jak najszybciej powinien wrócić do pisania o przeżyciach własnych, a nie rosyjskich arystokratów. Jak wielu fanów "Mad Men", przeczytałam dokładnie artykuł "Vanity Fair", w którym powróciły zarzuty molestowania seksualnego. I mogę powiedzieć dwie rzeczy: wierzę Kater Gordon, scenarzystce "Mad Men", która mówi, że Weiner kiedyś polecił jej się rozebrać, bo zawdzięcza mu karierę. Wierzę też jemu, kiedy tłumaczy się, że tej sytuacji nie pamięta, ale nie wyklucza, że mogła się zdarzyć. Myślę, że dla niego to mógł być głupi żart, który wyleciał mu z głowy następnego dnia. Dla niej to coś, co zdefiniowało całe jej życie i spowodowało odejście z zawodu, niedługo po tym jak dostała nagrodę Emmy razem ze swoim szefem.

W wywiadzie dla "Vanity Fair" twórca "Mad Men" przypomina słynną scenę z 4. sezonu, w której Peggy Olson wścieka się na Dona Drapera, że przyjął nagrodę za reklamę opartą na jej pomyśle i nawet nie dostrzegł jej udziału. "To twoja praca: ja ci daję pieniądze, ty mi dajesz pomysły!" - oznajmia Don. "Nigdy mi nawet nie dziękujesz!" - krzyczy w emocjach Peggy. I wtedy pada z jego strony to koszmarne: "Po to są pieniądze!".

Widziałam tę scenę tysiąc razy, po raz pierwszy jeszcze w czasach, kiedy byłam zupełnie jak Peggy. Osobiście odbierałam ją również później, kiedy już przemieniłam się w Dona (czytaj: szefa, który ma sporo na głowie) i też przestałam dziękować, a zaczęłam wrzeszczeć, że po to są pieniądze. To bardzo prawdziwa sytuacja. A czemu jest prawdziwa? Bo Matthew Weiner, jak sam mówi, też na jakimś etapie był każdym z tej dwójki. Ja mogę potwierdzić, iż takie momenty, pokazane na ekranie w uczciwy sposób, trafiają do widzów właśnie dlatego, że są oni w stanie zobaczyć w nich siebie, czasem w najgorszej wersji. Na tym polega siła serialowych dramatów z antybohaterami w centrum uwagi.

Trudne, niejednoznaczne relacje w pracy, także oparte na nierówności płci, to coś, o czym dawny twórca "Mad Men" ma wiele do powiedzenia. Romanowowie to temat kompletnie mu obcy, zarówno w sensie nierozumienia niuansów historycznych, jak i braku umiejętności wczucia się w sytuację tych ludzi. To widać. Z "The Romanoffs" bije sztuczność, także emocjonalna, bo autor wziął się z jakiegoś powodu za temat, który mu nie leży. A mógł po prostu opowiedzieć raz jeszcze historie, które są mu świetnie znane, ponieważ w jakiejś wersji sam je przeżył.

Dobrych seriali o skomplikowanych relacjach w miejscu pracy cały czas brakuje. Wielka szkoda, że scenarzysta, który nie tylko potrafi je pisać po mistrzowsku, ale też przyznaje, że ma sporo za uszami jako szef, z tej tematyki zrezygnował i zajął się kopiowaniem kiepskich filmów Woody'ego Allena oraz wygłaszaniem największych banałów historycznych, jakie tylko można sobie wyobrazić.

"The Romanoffs" jest dostępne w serwisie Amazon Prime Video. Kolejne odcinki co piątek.

  • Iwona

    Na razie zmęczyłam odcinek nr 1 i od biedy można tu znaleźć (po odrzuceniu marzeń o sensach, indywidualnym stylu i braku klisz) jedną zaletę - dość ładne kompozycyjnie i kolorystycznie kadry. Nawet w wielu scenach zadbano o to, by motywy kolorystyczne się powtarzały. Tyle, że ta zaleta w chwili gdy w sumie nic innego nie gra (bo jest głupio, banalnie i jakoś tak konturowo), staje się dowodem na ogromne grafomaństwo twórców.

    Są różne drogi tworzenia filmów. Czasem twórcy odpowiadają sobie na pytanie: dla kogo robię film? Może tutaj im wyszło, że dla ludzi, którzy przez ostatnie 140 lat byli w hibernacji (albo innych zaświatach) i nie wiedzą co to jest film, jakie motywy przemielono już na n-tą stronę, i nie znają Faberge? Tylko tak ten odcinek ma jakiś sens i może nawet się broni!

  • Iwona

    Obejrzałam odcinek nr 2, który rzeczywiście jest produkcją z cyklu - kto nie zna Iwana Nowaka niech pierwszy rzuci kamieniem. No więc rzucam! Plusem jest na pewno obsada (Kerry Bishe - tęskniłam!), która całkiem zgrabnie radzi sobie ze wszystkimi niedoskonałościami scenariusza i jakimś cudem wprowadza do tej opowieści naturalność i autentyczność emocji. Ale całość wygląda jak film przygotowany po to by na jakimś festiwalu filmów dramatycznych zgarnąć nagrodę sponsorowaną przez Ambasadę Rosyjską dla filmu wykorzystującego najbardziej znany motyw muzyczny.
    W.J.Has gdy usłyszał, że Wajda robi "Pana Tadeusza" powiedział "Po co taki film?" I to jest piękne, wyczerpujące temat pytanie. I smutne jest to, że można je odnieść do tak ogromnej większości tegorocznych seriali z tym kolosem na czele.

  • Panna

    Dziwne, ale oba odcinki ogladalo sie bardzo dobrze. Sa troche za dlugie, troche stereotypowe, a jednak to jedna z najlepszych ostatnio widzianych produkcji dla mnie. Na ignorancje Amerykanow troche staram sie przymknac oko. Na pewno wiedza niej niz my i nie sa w stanie przekazac "rosyjskiej duszy", mgli zatrudnic kogos rosyjskiego pochodzenia przy produkcji.

    • BMR

      Sprowokowana Waszymi opiniami, obejrzałam pierwszy odcinek. Straszna guma do żucia dla oczu, logiki w tym nie ma za grosz, ale ogląda się dobrze. Takie to "potoczyste" oglądadło na długie, jesienne wieczory; i chyba, na całe szczęście, nie aspiruje do miana czegoś ambitnego i przewspaniałego.

      • Iwona

        Mnie się wydaje, że w zamyśle to ma być dość mądre ;-)

        ps. guma do żucia dla oczu rządzi! :)

  • rosco

    Mnie w trakcie czytania tej recenzji przestał kompletnie obchodzić serial, a bardziej skupiłem się na tym co okropnego musiała przeżyć w ciągu ostatnich 5 lat Marta Wawrzyn ("Mad Men" S04 to 2013 rok), że wyzbyła się empatii i szacunku w codziennym życiu, nikomu za nic nie dziękuje, krzyczy na ludzi i ma w nosie co oni czują.

    Zarabiasz na życie oglądając seriale, podróżując, rozmawiając z ludźmi ze świata telewizji. Oczywiście nie będę tu kompletnym ignorantem - jestem pewien, że jak każda praca, jest tu też obecny stres. Ale mimo wszystko.

    W ogóle nie rozumiem też dlaczego ten tekst nagle zmienił całkowicie swój fokus i skupił się na życiu osobistym Weinera i jego problemach z molestowaniem, które de facto próbujesz koślawo usprawiedliwiać porównując jego wymówki do swojego własnego życia.

    Cieszę się, ze napisałaś, że swojego zachowania choć przez chwilę żałujesz. Ale nie musiałabyś niczego żałować, ani czuć się źle, jakbyś poćwiczyła choć ciut cierpliwość i nabyła nieco pokory.

    Jest to chyba najdziwniejszy tekst jaki kiedykolwiek zobaczyłem na tej stronie.

    • Dziękuję bardzo za dobre rady. Ale nie wiesz, czym jest praca przez 365 dni w roku, po kilkanaście godzin na dobę, przy ciągłym zastanawianiu się, czy aby na pewno wystarczy ci pieniędzy, żeby to mogło działać za tydzień, za miesiąc i za rok, dopóki tego nie zaczniesz robić. To jest najlepsza rzecz na świecie i najgorsza rzecz na świecie jednocześnie. To coś bardzo uzależniającego i wykańczającego. Nie wyzbyłam się empatii ani szacunku do ludzi i myślę, że relatywnie rzecz biorąc, są gorsze media i miejsca do pracy niż Serialowa (w naszej branży wrzeszczenie na ludzi z powodu upierdolonego stołu to norma, możesz chociażby popytać ludzi, co się dzieje teraz w WP i dlaczego wszyscy odchodzą). Ale jest to bardzo trudne, bywają spięcia i zachowuję się wtedy jak każdy szef w tej branży. Gdybym była facetem, byłabym twardym szefem. A że jestem kobietą, to oczywiście, że masz ze mną problem, bo napisałam, że potrafię zachować się jak Don Draper.

      Matthew Weiner jest człowiekiem, który to rozumie, bo prowadzenie produkcji serialu, który nie miał nigdy świetnej oglądalności, to też była ciągła wojna o przetrwanie. O czym mówi w artykule dla "Vanity Fair". Kiedyś świetnie o tym pisał, i dalej powinien to robić. Taka mniej więcej jest relacja jednego i drugiego. A odniesienia do tego artykułu pojawiły się w wielu recenzjach. O tym się mówi, ja to chciałam powiedzieć od jakiegoś czasu, znalazłam miejsce, powiedziałam, kropka. Nie ma potrzeby przeinaczać moich słów ani tworzyć dziwnych teorii na temat tego, jak wygląda moje życie.

      Ale jeśli ktoś sobie wyobraża, że życie osoby, która prowadzi serwis internetowy - który musi przede wszystkim na siebie zarobić, żeby przetrwać, i mówimy o ogromnych pieniądzach - to oglądanie seriali, podróżowanie po świecie oraz rozmawianie z ludźmi, to naprawdę powinien pomyśleć jeszcze raz.

      • rosco

        Ok, w gruncie rzeczy to na tę odpowiedź mógłbym zareagować pisząc jedynie "fair enough", ale dodam jeszcze dwie rzeczy.

        Pierwsze co muszę podkreślić - fakt, że jesteś kobietą i twardą szefową jednocześnie to nie jest coś co mi choć trochę przeszkadza i teraz to ja żałuję, że w ogóle doszło do sytuacji, że muszę się z takiej oczywistości tłumaczyć.

        Druga sprawa - i myślę, że to może być główny powód, dla którego w ogóle poczułem ten bodziec, aby coś tutaj napisać - to Twoje odniesienia do branży, w której pracujesz i co może sprawia, że dowodzisz swoimi ludźmi tak, a nie inaczej. Myślę, że nie jest to żadne pocieszenie, gdy o swoim miejscu pracy sądzi się, że "są gorsze miejsca".

        Szkoda, że w mediach panuje taka atmosfera. Ja pracuję w gastronomii, w miejscu, gdzie pracowników jak na lekarstwo a odwiedzających mnóstwo. Jest często spora presja. A, że w takich warunkach można mieć szefa wymagającego i wyrozumiałego jednocześnie wiem, bo takiego mam. Trzymaj się i życzę sukcesów w dalszym budowaniu i prowadzeniu serwisu.

        • I Serialowa też pewnie kiedyś będzie takiego miała, ale trzeba dużo przejść i bardzo zmądrzeć, żeby dojść do momentu, kiedy rozumiesz, że nie każdy kryzys dnia codziennego to koniec świata. Jeśli Don Draper jest jakimś wyznacznikiem - a serio uważam, że jest, bo to postać napisana po mistrzowsku przez kogoś, kto po prostu sam to przeszedł - to jeszcze tak z pięć lat i będzie lepiej.

          Branża medialna o tyle ma coś tutaj do rzeczy, że ona w jakiś sposób "wychowuje" ludzi, którzy w niej pracują. Zwykle wchodzisz w to, kiedy jesteś jeszcze na studiach, bo zawsze chciałeś to robić. Zanim jesteś w stanie stworzyć coś własnego i zacząć czymkolwiek kierować, przechodzisz przez koszmar z szefami, którzy każdego dnia ci mówią, jak bardzo jesteś do niczego i dziwią się, że nie chcesz pracować po 15 godzin na dobę (pytania o to, czy planuję zajść w ciążę, też były, i to jak miałam 22-23 lata. Starszym dziennikarkom, które udowodniły swoją przydatność, wolno zachodzić w ciążę, w przypadku młodych to zwykle skutkuje końcem kariery). Potem tylko patrzysz, jak się w nich zamieniasz, i świadomość tego wiele nie zmienia. Ten świat po prostu tak funkcjonuje, a fakt, że często brakuje pieniędzy, nie pomaga.

          Prowadzenie produkcji serialu jest bardzo pod wieloma względami podobne. Też pracujesz non stop, nie wiesz, co cię spotka jutro, i najczęściej brakuje ci pieniędzy, żeby zrobić to tak jak chcesz. Z Weinerem akurat nigdy nie miałam przyjemności porozmawiać, ale np. panowie z Halt and Catch Fire opowiadali mi historie, które wyglądały jak żywcem wyjęte z mojego życia (w serialu zresztą też takie były). Brakuje mi tego na ekranie. Dobrych seriali o branży gastronomicznej zresztą też brakuje, ale to już inna historia.

  • Justyna M

    A ja na poczatku bylam przekonana, ze bedzie to serial historyczny! :(

  • Łukasz

    Według mnie serial został potraktowany zbyt ostro. Pierwszy odcinek to faktycznie średniak który nie zachwyca ale też nie jest całkowitą porażką. Zgadzam się że przypomina filmy Allena. Za to drugi był według mnie świetny.
    Pośród tych wszystkich minusów zabrakło mi pochwał dla tego co na pochwały zasługuje - świetne lokacje, stroje, muzyka. Budżet wysoki o to widać na każdym kroku, zwłaszcza w drugim odcinku w scenach z rejsu. Trzeciego póki co nie widziałem ale natknąłem się już na pochwalne opinie więc wygląda na to że jest coraz lepiej, może po prostu źle wybrano pierwszy odcinek. Na to gorąco liczę bo tematyka i koncept dla mnie bardzo ciekawa