Serialowa alternatywa: "The Letdown", czyli komedia macierzyńska bez znieczulenia

"The Letdown" (Fot. ABC/Netlix)

0

Pozbawione sentymentalizmu spojrzenie na problemy młodej matki, a przy tym udana, dobrze zagrana, ucząca empatii komedia o adaptowaniu się do nowej sytuacji. Oto australijskie "The Letdown".

U nas znowu Australia, ale trudno się dziwić, skoro Netflix tak chętnie promuje udane seriale właśnie stamtąd. I chociaż ani recenzowane przez nas we wrześniu "Sisters", ani "The Letdown", które przedstawiamy dziś, nie mogą wynagrodzić nam utraty genialnego "Please Like Me", to są dowodami, że na rodzinne dramaty i komedie z tej części świata warto zwrócić uwagę.

"The Letdown" liczy zaledwie siedem półgodzinnych odcinków, ale w tak krótkim czasie opowiada sporo i na ważny temat. Towarzyszymy głównie Audrey (Alison Bell, równocześnie współautorka serialu obok Sarah Scheller), która niedawno urodziła dziecko i zmaga się z tym, jak bardzo rzeczywistość odbiega od wyidealizowanych marzeń o zajmowaniu się ukochanym maleństwem.

Dobrym pomysłem jest umieszczenie części akcji w ramach grupy wparcia dla młodych rodziców. Dzięki temu serial wprowadza kilka postaci, które są w podobnej sytuacji co Audrey, a równocześnie bardzo się od głównej bohaterki różnią. Warto zainteresować się właściwie wszystkimi członkiniami grupy, ale szczególnie doceniłabym historię Barb (Celeste Barber), która potrafi z bycia gospodynią domową zrobić coś godnego zazdrości, i Marthy (Leah Vandenberg), która chciała mieć dziecko bez późniejszych kontaktów z dawcą nasienia, a potem wszystko się skomplikowało. Na dodatek twórczynie serialu w do tej grupy dorzucają jednego ojca, Rubena (Leon Ford), który odwraca stereotypowe myślenie o domowych obowiązkach.

Mimo pokazania początkujących rodziców będących w różnej osobistej i majątkowej sytuacji "The Letdown" rzadko uderza mocno w ton społecznego zaangażowania. Kwestie pomocy finansowej oraz partnerstwa przewijają się cały czas, ale najczęściej naturalnie wpisują się w opowieść o konkretnych ludziach i ich sposobach adaptacji do nowych okoliczności.

Macierzyństwo nie jest tu może pokazane tak drastycznie jak w filmie "Tully" czy w świeżym "The Cry" BBC, ale "The Letdown" nie unika trudnych tematów. Świetnie wypadają sceny uświadamiające, jak matki są przez wszystkich oceniane i jak próbują sprostać nierealistycznym wymaganiom. Skupiono się też na tym, jaki wpływ pojawienie się dziecka ma na panujący dotychczas układ między rodzicami. Nieporozumienia między Audrey i jej partnerem Jeremym (Duncan Fellows) z jednej strony są indywidualne, dobrze zakorzenione w motywacjach postaci, a z drugiej strony nieźle pokazują pewne uniwersalne mechanizmy.

Bohaterowie "The Letdown" to ludzie nieidealni. Więcej nawet: potrafią nieznośnie irytować. Audrey po porodzie zmaga się z obniżeniem samooceny, czym zamęcza otoczenie, nieraz psując innym dobrą zabawę. Jednak to bohaterka, z którą nietrudno się utożsamiać, nie tylko młodym matkom. Bell świetnie oddaje poczucie osamotnienia Audrey w nowej roli, liczne lęki, krańcowe wyczerpanie, ale i przebłyski tego, kim ta postać była przed urodzeniem Stevie – i kim chciałaby być, kiedy już przyzwyczai się do nowej sytuacji.

The Letdown

W poruszaniu podręcznikowych tematów związanych z trudnościami na początku macierzyństwa (niepewność, zmęczenie, zdradliwa fizjologia, problemy w związku, różnice w wychowaniu i religii, ingerencje teściowej, utrata dawnych przyjaźni) "The Letdown" nie bawi się w łagodzenie trudności. A przy tym na szczęście nie jest wyłącznie realistycznym obrazem życia młodych matek, bo pozostaje udaną komedią. Oczywiście jedną z tych, w których często czujemy zażenowanie wobec sytuacji, w jakich znajdują się bohaterowie, raczej nieoszczędzani przez scenarzystki.

Miewa też "The Letdown" przebłyski absurdalnego humoru, a najbardziej wyróżniają się pod tym względem wstawki z poznanym przez Audrey dilerem narkotyków (Patrick Brammall, "Glitch"). Ale i wątek kościelny wypada świetnie, a z polskiej perspektywy pozostaje zazdrościć tak otwartego podejścia australijskiego kleru. Dialogi zgrabnie oscylują między zabawnymi a głębszymi psychologicznie. Na wyróżnienie zasługuje tu odcinek "Mother Nature", w którym Audrey wyjeżdża ze swoją niekonwencjonalną matką (Sarah Peirse) do twardo stąpającej po ziemi babci (Maggie Kirkpatrick). Wprowadzenie rozmów trzech pokoleń ciekawie poszerza perspektywę – i tak już szeroką dzięki koleżankom Audrey z grupy matek.

The Letdown

"The Letdown" to przede wszystkim opowieść o przyzwyczajaniu się do bycia rodzicem i odkrywaniu, że nie ma na to jednej idealnej recepty. Ale to też serial o samoakceptacji i o przeżywaniu życia takim, jakie jest, a nie takim, jakie ktoś sobie kiedyś wymyślił. Audrey musi przejść od rywalizacji, kto ma lepszy wózek i czyje dziecko dłużej śpi, po zrozumienie, że często sama jest swoim największym wrogiem. A wokół niej na różne sposoby uczą się czegoś także inni ludzie.

Ten australijski serial nie jest całkiem równy, niektóre odcinki wciągają bardziej, inne bywają monotonne. Warto dać szansę całości, bo im dalej, tym ciekawiej, chociaż chwilami wątków i postaci jest trochę za dużo, więc nie wszystko dostają tyle czasu, na ile zasługują. Nie ma tu większych eksperymentów formalnych, a wszystko toczy się dość powoli. A jednak ten niepozorny serial pokazuje bez znieczulenia sprawy, o których wygodniej milczeć (przez co wpędza się w kompleksy kolejne pokolenia młodych rodziców).

Podejrzewam, że dla widzów, którzy są lub byli na miejscu Audrey i Jeremy'ego, "The Letdown" może być dobrym wsparciem czy wręcz zadziałać niczym katharsis. Dla reszty natomiast to całkiem niezły seans, w rozrywkowej formie pozwalający z trochę większą empatią spojrzeć na świat.

"The Letdown" dostępne jest na Netfliksie.

  • BMR

    Byłam pewna, że Serialowa prędzej niż później zauważy "The Let Down" (mnie się udało odkryć go przez przypadek jakiś czas temu- Netflix nie przykładał się jakoś szczególnie z jego promocją). To jest taki serial, którego siła tkwi w autentyzmie- i postaci i problemów i sposobu pokazywania tych problemów. Nawet jeśli ktoś nie jest rodzicem- podświadomie wyczuje, że tak to właśnie może wyglądać; nie uśmiechnięta, wymakijażowana mama, pochylającą świeżo ułożone u fryzjera włosy nad zadowolonym z życia bobaskiem, tylko ubrana w co-tam-wyschło-na-suszarce kobieta z krwi i kości, często zmęczona, ale przez to nie mniej kobieca. Bo takie jest często życie- zamiast pięknych ludzi, prowadzących w pięknych wnętrzach bardziej lub mniej intelektualne rozmowy życie jest pełne ludzi pełnych wad i niedoskonałości. A przez to- bardziej ludzkich i bliższych widzowi.

    • Hazel

      Tak przy okazji - Superstore miało ostatnio świetny odcinek na temat matek. Żal mi było biednej Amy, która po urodzeniu dziecka wyglądała jak cień samej siebie. Nie wiem czy oglądasz więc nie będę dalej spojlerować..

      • BMR

        Zaczęłam "Superstore" ale zarzuciłam- nie siadł mi jakoś od razu, a że byłam wtedy na etapie nadrabiania od początku "Supernatural", to sama rozumiesz ;) Ale nie wykluczam, że kiedyś wrócę; powiedz mi, czy to ma ciągłość fabularną, czy (jak to często w przypadku takich sitcomów bywa) gdzie wskoczę, to będzie?

        • Hazel

          Zdecydowanie ma ciągłość fabularną, podobnie jak np. B99. To znaczy wydaje mi się że pierwszy sezon miał kilka naprawdę dziwnych/średnich odcinków, ale drugi sezon był już naprawdę solidny. Teraz jestem na bieżąco i ten sezon jest imo naprawdę dobry (po jak dla mnie tragicznym finale drugiego sezonu). Dla mnie nie Superstore nie umywa się do B99, ale mimo to miło się to ogląda do obiadu. Ja wciągnęłam się na tyle, że obejrzałam całość w kilka dni.

  • Justyna M

    Super, ze poruszaja taka tematyke, zawsze to jakis krok do przodu w uswiadomieniu spoleczenstwa (a przede wszystkim kobiet!) na temat macierzynstwa.