"American Horror Story: Apokalipsa" to Ryan Murphy, jakiego znamy i lubimy – recenzja finału

"American Horror Story: Apokalipsa" (Fot. FX)

0

"American Horror Story: Apokalipsa" okazało się jedną z najfajniejszych niespodzianek jesieni. I choć końcówka jest trochę zbyt prościutka, doceniam zgrabną całość. Uwaga na spoilery.

"American Horror Story" to jedyny taki serial, który co sezon zaczynam i prawie zawsze porzucam w trakcie, znudzona, zniesmaczona albo poirytowana nadmiarem fabularnych bzdurek. "Apokalipsa" dołączyła do dwóch sezonów, które wcześniej udało mi się skończyć ("Murder House" i "Coven"), i choć dziełem wybitnym absolutnie nie jest, będę ją miło wspominać. Zwłaszcza elementy komediowe, które często pokazywały, jak świat – nasz świat, nie ten z serialu – pogrąża się w różnego rodzaju absurdach.

"Apokalipsa" to jedna wielka satyra na współczesne społeczeństwo, poczynając od Hollywood, celebrytów i zajętych oglądaniem czubka własnego nosa pięknych ludzi z Kalifornii, a kończąc na przerysowanym obrazie Doliny Krzemowej i wpływowych bogaczach rządzących światem przy udziale Antychrysta. Satyra celna, trafna i zrobiona z fantazją. A także świetnie zagrana, m.in. przez Leslie Grossman, Cody'ego Ferna, Sarah Paulson, Joan Collins, Emmę Roberts i Evana Petersa.

ahs02

Samą fabułę "Apokalipsy" można bardzo łatwo streścić: Michael Langdon (Fern) z pomocą innowatorskiej firmy z Doliny Krzemowej i setki najpotężniejszych ludzi świata postanawia wysadzić ów świat w powietrze, a czarownice próbują go powstrzymać. Z pierwszego odcinka wynika, że nie udało im się tego dokonać, tysiąc bomb nuklearnych zrobiło swoje i świata, jaki znaliśmy, już nie ma. Zostały tylko koszmarne zgliszcza i szczury poukrywane w tajemniczych bunkrach.

Ale... jest jeszcze Mallory (Billie Lourd), nie żadna pogardzana asystentka rozpuszczonej bogatej pannicy, tylko potężna młoda czarownica, która może cofnąć się w czasie i wszystko naprawić, jeśli tylko zostaną spełnione pewne warunki. To ona stanowi tutaj klucz do wszystkiego – tak było od początku, od momentu kiedy zobaczyliśmy ją w bunkrze w przebraniu szarej myszki.

Ponieważ dziewczyna nie ma jeszcze wystarczającej mocy, do apokalipsy dochodzi, a czarownice miesiącami czekają na okazję, żeby zaatakować Outpost 3, gdzie umieściły pod przykrywką Mallory razem z Coco (Grossman), jak w filmie szpiegowskim. Potem zaś sprawy się komplikują, bo panie nie dają rady Antychrystowi, przynajmniej dopóki Cordelia (Sarah Paulson) nie poświęca swojego życia, a Mallory nie przejmuje jej funkcji i mocy. Wtedy już wszystko co złe można odwrócić, cofnąć się czasie, przejechać Antychrysta i żyć długo i szczęśliwie, jak gdyby nic się nie stało.

ahs01

To banalnie wręcz prosta historyjka, co ma swoje wady, ale ma też jedną, ważną zaletę: scenariusz wreszcie jest sprawnie napisany, płynie aż miło i nie zawiera irytujących dziur fabularnych. Tak, to świat oparty na dziwnych regułach, ale spójny i na swój sposób logiczny, aż do samego końca, kiedy dowiedzieliśmy się, jaką rolę miała do spełnienia dwójka najbardziej bezbarwnych bohaterów sezonu – Timothy (Kyle Allen) i Emily (Ashley Santos). To rodzice nowego Antychrysta. Historia zatoczyła koło, świat został uratowany, ale zło nie znikło na zawsze, przeciwnie, od razu zmartwychwstało.

Tydzień temu nie wierzyłam, że uda się ten sezon zamknąć w 45-minutowym finale, teraz widzę, że to żaden problem. Choć nie wszystko po drodze wypadło porywająco, ostatecznie wyszła spójna historia, bardzo w stylu Ryana Murphy'ego. Nie dzieło wybitne, nie serial, który odmieni nasze życie, tylko błyszczący, ładnie opakowany cukiereczek, mający w sobie wszystko to, za co kochamy produkcje tego twórcy. Lekkość, humor, świetne postacie, sporo diagnoz społecznych. I prawie zero horroru, co w tym przypadku absolutnie nie jest zarzutem.

Jak to w serialach Murphy'ego bywa, nie zabrakło błyskotliwych dialogów i wdzięcznych one-linerów, a także humoru sytuacyjnego. Frances Conroy wymiatała jako Myrtle ("Moje włosy są wieczną tajemnicą, której nigdy nie da się w pełni zrozumieć"), niestety już po raz ostatni, bo jej śmierci jednak nie odwrócono. Cudowna okazała się tajemnica okropnej Coco – oczywiście, że to przemiła dziewczyna, której w ramach kamuflażu przeszczepiono osobowość Madison! Ta z kolei miała rewelacyjny moment w bunkrze z karabinem maszynowym i potem drugi, kiedy robiła za szofera. Mallory dokonała wielu rzeczy wielkich, ale przede wszystkim zapamiętamy, jak widowiskowo przejechała Michaela Langdona. Docenić należy także powrót Angeli Bassett w roli Marie Laveau, królowej voodoo we własnej osobie.

ahs00

To był sezon, w którym rządziły silne kobiety, najseksowniejszy Antychryst, jakiego kiedykolwiek widzieliśmy na ekranach, i grupka ulubionych aktorów Ryana Murphy'ego. Jasne, można się czepiać, że tego było za dużo, a tamtego za mało, ale koniec końców oglądanie "American Horror Story: Apokalipsa" stanowiło czystą frajdę. Nawet jeśli prawie nic z tego, co widzieliśmy, nie wydarzyło się naprawdę, bo zostało wymazane przez Mallory.

Świat istnieje dalej, dwójka nudnych ludzi została rodzicami czystego zła w nowym wydaniu i tylko sabat z Nowego Orleanu zauważył pewne zmiany. Myrtle nie została przywrócona do życia, ale na dobre wróciła Misty, a i Madison ma obiecane wyjście z piekła. Z kolei Queenie dostała ostrzeżenie, żeby jednak nie zamieszkiwać w pewnym hotelu w Los Angeles.

Czekam na kolejny sezon i liczę na więcej Cody'ego Ferna – także w innych serialach Murphy'ego. Odtwórca roli Michaela Langdona w "American Horror Story: Apokalipsa" i Davida Madsona w "American Crime Story: Versace" to jedno z największych tegorocznych odkryć aktorskich. Dla niego obejrzę wszystko, prawdopodobnie nawet drugi "Kult". Ale liczę na to, że jednak nie będę musiała i za rok "American Horror Story" powróci w co najmniej przyzwoitej formie.

ahs03

  • BMR

    Od początku tego sezonu trwałam w zachwycie- bynajmniej nie dlatego, że serial jest wybitny ale dlatego, że ósmy sezon dla odmiany się Murphy'emu naprawdę udał. Co było miłą niespodzianką po męce, jaką nam fundował co najmniej od trzech sezonów; zastanawiam się, czy na sukces Apokalipsy nie składa się, co najmniej na równi z Codym Fernem kontrast między tym sezonem a fatalnymi Roanoke i Kultem. Fabularnie- o dziwo- wszystko się spięło. Rzeczy, które zobaczyliśmy w finale były konsekwencją tego, co działo się od pierwszego odcinka. Naprawdę fajnym zabiegiem okazało się porzucenie mniej więcej liniowej narracji jakoś w połowie trzeciego odcinka, cofnięcie historii o trzy lata wstecz i dopowiedzenie jej (z wycieczkami narracyjnymi w przeszłość) dokładnie do momentu, w którym została porzucona, ze stojącym na schodach Antychrystem w tragicznym smokingu, którego (zdaniem Myrtle) w przeciwieństwie do świata nie dało się nijak uratować. Historia zatoczyła zgrabne, eleganckie koło- i nawet ten ogonek w postaci najnudniejszych Adama i Ewy (czy też raczej Adama i Lilith) w historii jestem w stanie wybaczyć, skoro oznacza pojawienie się na progu niani z piekła rodem, brawurowo odgrywanej przez samą Kathy Bates.
    Podobno American Horror Story ma zaklepane jeszcze co najmniej dwa sezony; pozostaje mieć nadzieję, że Murphy ma na nie pomysł równie dobry, co na ten właśnie zakończony.

    • Iwona

      Eh, czyli muszę ten sezon jednak nadrobić ;-)

      • BMR

        Jeśli zaliczasz się do tych osób, które co sezon z nadzieją zabierały się za ASH, żeby tę nadzieję pogrzebać po dwóch-trzech odcinkach- albo w ogóle porzuciły w pewnym momencie ASH uznając, że mają lepsze rzeczy do roboty niż czekanie, aż Murphy'emu w końcu się uda- musisz nadrobić. Koniecznie. Dobrze by było, żebyś widziała też była całość "Murder House" i "Coven", bo w "Apokalipsie" są bezpośrednie powiązania fabularne.
        Myślę, że "Apokalipsę" będzie się binge'ować nawet lepiej, niż oglądać po odcinku co tydzień- historia tym razem jest naprawdę spójna.

        • Iwona

          Mam całkiem dobrą pozycję startową, bo pierwsze 6 sezonów oglądałam na bieżąco i nie tknęłam dopiero sezonu nr 7 - skutecznie odwiodła mnie od tego recenzja na serialowej i brak czasu ;-)

  • michax

    Marta, a jak oceniasz drugi sezon? Pytam, bo uważany jest za jeden z najlepszych i to już od czasu emisji. Mogę się mylić, bo pamięć już nie ta, ale pamiętam, że nigdy nie spotkałem się z krytyką "Asylum", nie tylko wśród znajomych, ale ogólnie w internecie jak czytam to głównie opinie takie, że Asylum to najlepszy sezon. Dla mnie to też najlepszy sezon. Zaraz za nim stawiam Murder House i Roanoke, które było fajną zabawą horrorami w stylu Blair With Project i wyśmianiem różnych programów telewizyjnych. Obok nich mogę postawić Apokalipsę. Sabat lubię, ale jednak uważam za słabszy sezon, który nie do końca wykorzystał swój potencjał. Freak Show mnie strasznie nudził i jedyne co pamiętam to clowna, który był przerażający. W Hotelu podobała mi się strona wizualna, ale nic więcej nie pamiętam, poza tym, że też się strasznie nudziłem. Najgorszy jest Kult, mam traumę przez ten serial do dzisiaj:-D Ale nawet dobre sezony mają problem z zakończeniem które nie zamykają wszystkich wątków. Chyba jedynie w Asylum udało się, mimo przeładowania wątkami jak w prawie każdej serii jako tako zamknąć (na tyle na ile pamiętam) całość. Co do finału Apokalipsy to dobry odcinek, ale też trolling bo chyba wszyscy czekali na walkę z Antychrystem a finał tego wątku jest jaki jest. Zresztą ten sezon już w tytule ma zawarty trolling, bo Apokalipsy w ogóle w serialu nie ma:-)

    • Z Asylum widziałam chyba tylko dwa pierwsze odcinki, bo akurat ten sezon autentycznie mnie przerażał. Nie jestem w stanie oglądać takich rzeczy. Także nic o nim nie sądzę, ale wierzę, jeśli mówisz, że był dobry. Chociaż wydaje mi się, że Serialowa miała z nim jakiś problem - tyle że to też była inna Serialowa. Mieliśmy różnych dziwnych recenzentów na samym początku, sporo osób przekonanych, że muszą iść pod prąd, bo inaczej ich głos nie zostanie usłyszany :)

      • michax

        Ja mam tak, że mnie chyba nigdy żaden horror serialowy i filmowy, nawet te co uwielbiam nie przeraziły. No może jedynie Egzorcysta Friedkina. Ale może dlatego, bo wychowałem się na horrorach i SF, miałem z 10-15 lat jak oglądałem takie produkcje jak filmy Sami Raimiego, Petera Jaksona (nim nakręcił WP), Carpentera, Alien Scotta, itd. Więc nawet nowe horrory, które uwielbiam jak Hereditary i The Witch, to dla mnie przede wszystkim rozrywka, ale bać to na filmach się raczej nie boję. Oczywiście podskakuję jak są jump scary, ale to każdy chyba podskakuje na takich scenach, i filmy trzymają mnie w napięciu, ale żeby bać się to tylko Egzorcysta na mnie tak działał.

        Wieki temu widziałem Asylum, ale pamiętam, że 2 sezon był mocny, nie tylko pojechany jak każdy, tylko mocny. Zaciekawiło mnie co napisałaś o drugim sezonie jak odbierany był na serialowej. Więc poszukałem i znalazłem recenzję premiery 2 serii autorstwa Pawła Rybackiego, która jest plus, a nie na minus. Recenzji następnych odcinków, czy podsumowania sezonu już nie szukałem, więc może później recenzent miał problem z Asylum (albo się autor recenzji zmienił).

        Sprawdziłem też z ciekawości jak oceniliście premierę Roanoke i też na plus jest recenzja autorstwa tym razem Marcina Rączki. A najlepsze, że ja prawie odbiłem się od 6 serii, tak mi się pilot tej serii nie podobał jak cały Kult z zeszłego roku, a nie zrezygnowałem, bo ja z seriali nie rezygnuję co oglądam już kilka lat, ale później było tylko lepiej. Jestem w mniejszości ale uważam, że akurat Roanoke to był też dobry sezon.

    • Panna

      Dla mnie najlepsze Murder House i Asylum wlasnie. Apokalipsa miala swietne odcinki i byla spojna fabularnie, ae to rozwiazanie na koniec, ze wszystko odwrocili, bylo jakies takie zbyt slodkie, nie przypadlo mi do gustu

  • Hazel

    Serio, ten sezon tak fajnie się oglądało, że na taką bzdurę jak cofnięcie się w czasie, żeby powstrzymać apokalipsę - rozwiązanie wyjęte żywcem z Doktora Who - nie mrugnęłam nawet okiem. Po naprawdę średnim Kulcie ten sezon był fantastyczny. Może to dlatego, że oglądałam w większości bohaterów, których już dobrze znam, może to dlatego, że Ryan połączył swoje najlepsze sezony, może dlatego, że historia była spójna, a aktorzy dali z siebie wszystko. Może wszystko razem wzięte. Życzę, żeby Murphy miał więcej takich pomysłów.