"Black Mirror: Bandersnatch" to inteligentna zabawka, z którą spędziłam kilka godzin. Ale czy odmieni seriale?

"Black Mirror: Bandersnatch" (Fot. Netflix)

0

"Bandersnatch" to koszmar nie tylko dla Chidiego z "The Good Place". Możecie zabić swojego bohatera albo zmusić go do morderstwa. I poczuć się, jakby to wszystko była Wasza wina.

Jest rok 1984, w radiu można usłyszeć "Relax" Frankie Goes to Hollywood, a młodzi programiści, tacy jak Stefan Butler (Fionn Whitehead, "Dunkierka"), chcą tworzyć własne gry wideo, coraz bardziej skomplikowane i prowadzące w coraz bardziej niepokojące miejsca. Zgodnie z fanowskimi przewidywaniami, osią fabuły "Black Mirror: Bandersnatch" jest niewydana gra pod tym samym tytułem. Charlie Brooker w jakimś sensie próbuje odpowiedzieć, dlaczego skończyła ona na półce, a firma, która ją stworzyła, zakończyła działalność. Ale jasnej odpowiedzi w tym przypadku być nie może.

Nie może jej być z kilku względów, w tym także dlatego, że to pierwszy interaktywny odcinek "Black Mirror" – i serialu telewizyjnego w ogóle, jeśli pominąć słabiutką "Mozaikę". W zależności od tego, jakich dokonacie wyborów, tak skończy Stefan i jego Bandersnatch.

Brytyjski twórca dał nam do wyboru mnóstwo różnych wersji tego samego koszmaru, oferując po drodze całą tonę fajerwerków. Począwszy od wdzięcznych bzdurek, jak wybór płatków na śniadanie i kasety, której będziemy słuchać w autobusie, poprzez odjechane tripy, decyzje trudne pod względem moralnym czy rewelacyjną przemowę na prochach o tym, że wszyscy żyjemy w koszmarnej grze, aż po możliwość sprawdzenia, co by było, gdybyśmy dokonali innych wyborów – wyreżyserowane przez Davida Slade'a ("Metalhead") "Bandersnatch" to pomysłowe cudeńko, z którym można spędzić cały wieczór i wciąż nie mieć dość.

Pewne elementy oczywiście są stałe: Stefan zawsze trafia do mającej wielkie ambicje firmy Mohana Thakura (Asim Chaudhry, "People Just Do Nothing"), spotyka w niej swojego idola, słynnego twórcę gier wideo Colina Ritmana (Will Poulter, "The Little Stranger"), i rozpoczyna pracę nad własną grą na podstawie powieści szalonego geniusza Jerome'a F. Daviesa (Jeff Minter). Gra prędzej czy później zaczyna doprowadzać go samego do szaleństwa, a to, w jakiej wersji tego horroru wylądujecie i na którym dnie skończycie, jest już Waszą sprawą.

"Black Mirror: Bandersnatch" (Fot. Netflix)

Ja na przykład za pierwszym razem wciąż uparcie na wszystko mówiłam "nie", co przez pewien czas działało świetnie, ale niestety też czasem bywało frustrujące, bo Charlie Brooker w końcu mnie zmuszał do powiedzenia "tak" (cóż, nie da się uniknąć konfrontacji z problemami z dzieciństwa). Spędziwszy jakieś cztery godziny z "Bandersnatch", mogę jednak potwierdzić, że nawet jeśli czasem będziecie irytować się po drodze – na przykład kiedy ten nie tyle odcinek, ile po prostu gra każe Wam wrócić do początku, bo zabrniecie w ślepą uliczkę – to zawsze będzie mieć to sens. Brooker pomyślał o wszystkim.

"Bandersnatch" to inteligentna zabawka, która sprawi, że raz po raz będziecie się uśmiechać, patrząc na to, co wyprawiają twórcy (co symbolizuje Pac-Man? czy Netflix to planeta? czy sceny walki sprawiają, że od razu robi się ciekawiej?). Torturowanie głównego bohatera robi się szczególnie interesujące, kiedy dochodzi do tego absolutnie cudowny metakomentarz – biedaczek orientuje się, że ktoś nim steruje, i w specyficzny sposób zaczyna przełamywać czwartą ścianę.

Niezależnie od tego, czy wkręcicie się w sprawdzanie różnych możliwości, czy przyjmiecie taką wersję, jaką dostaliście za pierwszym razem i na tym skończycie, interaktywna formuła nigdy nie jest w przypadku "Bandersnatch" tylko sztuką dla sztuki. Sama historia, której podłoże stanowi książka Jerome'a F. Daviesa i gra Stefana – dające czytelnikowi/graczowi różne opcje do wyboru – jest stworzona do tego, żeby widzowi również dać kilka opcji. Podejmujesz decyzję i w zależności od tego, co wybrałeś, idziesz do kolejnego punktu. I dalej, i dalej, i jeszcze dalej. A co by było, gdybyś dokonał innego wyboru? I czy rzeczywiście masz wybór czy to tylko iluzja?

"Black Mirror: Bandersnatch" (Fot. Netflix)

Brooker kpi z nas, przynajmniej kilka razy udowadniając każdemu z widzów/graczy, że tak naprawdę nie ma wyboru. Wybór już został dokonany, światem rządzi fatalizm. Ale... może jednak jest inaczej? Może jeśli spróbowalibyśmy cofnąć się jeszcze bardziej i zmienić którąś z dawniejszych decyzji (te nieszczęsne płatki!), nasze życie uległoby drastycznej poprawie? A może prawdą jest, że żyjemy jednocześnie w kilku różnych narracjach i to, co robimy, nie ma większego znaczenia? "Bandersnatch" jest jak sprytna, wielowarstwowa gra na ekranie. I dużo, dużo więcej.

Znajdziecie tu tonę nawiązań do literatury i popkultury, w tym samego "Black Mirror" (Metl Hedd!), komentarz społeczny, teorie spiskowe, czarny humor i tradycyjne Brookerowskie zrzucanie koszmarów na nasze biedne głowy. Znajdziecie sporo przyzwoitego aktorstwa – tu wyróżniłabym zwłaszcza Willa Poultera i jego przemowę na haju. Znajdziecie pytania, które balibyście się zadać drugiemu człowiekowi, ale Brooker nie ma z tym problemu. A wszystko to zapakowane w papierek, któremu trudno się oprzeć – horror science fiction w klimacie retro. Londyńczycy są w stanie rozpoznać sklepy z lat 80., a my możemy się cieszyć, że wrócił klimat z "San Junipero". "Bandersnatch" wygląda i brzmi, jakbyśmy cofnęli się w czasie i znaleźli się w krainie z nostalgicznego snu.

Ale klimat, intertekstualność i nowatorska w przypadku seriali zabawa z widzem w konsekwencje to jedno, a fabuła to drugie. Gdyby oceniać sam scenariusz, bez pełnej fajerwerków otoczki, "Bandersnatch" wypadłby już tak sobie. Historie o autorach, którzy tak bardzo zatracili się w stworzonych przez siebie światach, że aż popadli w szaleństwo, to nic nowego. Były już takie – zarówno te prawdziwe, jak i fałszywe. Brooker prochu nie wymyślił. Nie wymyślił też szczególnie wyjątkowych postaci ani nie dał im aż tak interesujących historii. Przeżywanie emocji razem ze Stefanem również może okazać się trudne, w momencie kiedy wiemy, że to tylko gra, która różnie się może skończyć, a więc nic nie dzieje się "naprawdę".

"Bandersnatch" oferuje wiele cudów, ale nie oferuje historii, która byłaby tak wyjątkowa, angażująca na czysto fabularnym poziomie i miałaby podobny ładunek emocjonalny co "San Junipero", "The Entire History of You" albo "Be Right Back". To wdzięczna kpina, zmuszająca nas do ruszenia szarych komórek (i nie tylko) podczas seansu. To także idealne połączenie formy z treścią – wątpię, żeby ktoś szybko był w stanie to powtórzyć, jeśli zacznie się moda na tego typu zabawy. Bo tutaj zrobiono to naprawdę perfekcyjnie, dopasowując tematykę do nietypowej formy.

"Black Mirror: Bandersnatch" (Fot. Netflix)

Ale szczerze mówiąc, nie chciałabym, żeby za pięć czy dziesięć lat wszystkie seriale tak wyglądały. Tak, to prawda, że mamy za sobą rok, w którym telewizyjnych produkcji było więcej niż kiedykolwiek, a jednocześnie nie tak łatwo wskazać choć jedno dzieło wybitne. Można odnieść wrażenie, że wszystkie oryginalne historie zostały już opowiedziane, teraz twórcy będą tylko się powtarzać i uciekać się do różnego rodzaju postmodernistycznych zabaw. Zabaw, których obserwowanie bywa świetną sprawą. Spędziłam właśnie kilka godzin, sprawdzając, co się stanie, jeśli popełnię samobójstwo, zabiję kogoś innego albo odmówię zmierzenia się ze straszną historią z dzieciństwa. To było ciekawe doświadczenie i w sprzyjających okolicznościach mogłabym je powtórzyć.

Nie zmienia to jednak najważniejszej rzeczy: od seriali oczekuję przede wszystkim tego, że powiedzą mi coś, czego jeszcze nie wiedziałam o sobie samej. Albo szerzej – o życiu, człowieku, sprawach najprostszych i najbardziej skomplikowanych jednocześnie. Czysta rozrywka ma swój urok, ale na dłuższą metę nie jest dla mnie interesująca. Treść nie może pełnić służebnej roli wobec formy, w każdym razie nie dłużej niż przez godzinę (pozdrowienia dla ekipy "Legionu"!).

Jeśli kolejni twórcy będą mierzyć się z interaktywnymi historiami, będę oczekiwać po ich dziełach przynajmniej tyle co po "Bandersnatch". Jakiegoś metapoziomu, komentarza, mającej drugie dno zabawy z widzem. Tego, żeby udowodnili, że taka forma nie została wybrana, "bo tak". Charlie Brooker to wszystko zrobił. Zaśpiewał, zatańczył, zbiera zasłużone oklaski. Nie za głębię scenariusza, tylko za to, jak pięknie z nas zakpił. Mam jednak nadzieję, że za chwilę nie będzie wysypu kolejnych produkcji w stylu "Mozaiki", gdzie nic takiej formy nie usprawiedliwiało. To raczej nie zmieni serialowego krajobrazu na lepsze.

"Black Mirror: Bandersnatch" jest dostępne w serwisie Netflix.

  • Iwona

    Rzeczywiście tu ta ingerencja widza się pięknie sprawdza, jest mądra, wielopoziomowa i też dobitnie mi pokazała, że mnie takie produkcje absolutnie nie interesują :) Mnie ciekawi wizja artysty, on mnie na prowadzić w nieznanym kierunku, on ma mi zostawiać miejsca puste i on mi ma dużo rzeczy utrudniać, a nie ma mi dawać prawa (pozornego czy też nie) wyboru ;-) Ale ponieważ żyjemy w świecie, w którym miliony ludzi oglądają jak inni ludzie grają w gry komputerowe, to jest duża szansa, że obecni nastolatkowie taką formę pokochają.

    Btw, na naukowych konferencjach odnośnie filmów przyszłości kilka lat temu mówiono już o tym, że ingerencja widza w fabułę będzie tym, co kiedyś będzie bardzo popularne, ale o tej ingerencji mówiono w inny sposób. Zakładano, że widz nie może dostać możliwości wyboru, tylko bardziej myślano o tym, by podczas seansu czytać emocje odbiorcy i na tej podstawie dokładać mu bodźców czy też dawać najlepszej (pewnie najbardziej kompensujące) zakończenie.

    • Dokładnie, mnie też to absolutnie nie interesuje :) Znaczy mogę obejrzeć coś takiego jako ciekawostkę i pozachwycać się całą tą skomplikowaną konstrukcją. Bo to robi wrażenie, że tam nie ma dziur, co sprawdzałam do drugiej w nocy. Ale koniec końców po to oglądam seriale i filmy, a także czytam książki, żeby poznać wizję artysty, która ma być wyjątkowa. To jego historia, nie moja, co oznacza, że zakończenie też ma być jego, nie moje. Interaktywne historie to ciekawostka, którą usprawiedliwia tylko jedno - tematyka, która idzie z tym parze.

      W tym przypadku tak jest i OK, pewnie za samo to Bandersnatch wygra nasz ranking seriali grudnia (chyba że pokona go jedyny odcinek The Good Place). Ale nie mam żadnej ochoty np. na kryminały z dwiema różnymi wersjami tego, kto zabił - nie tylko takie kiepskie jak Mozaika. To nie ma żadnej mocy - jeśli coś mogło się wydarzyć tak albo inaczej, to równie dobrze mogło nie wydarzyć się wcale. Co innego zakończenie otwarte - wtedy do końca świata mogę kłócić się o to, co moim zdaniem się wydarzyło, a co nie, bo zawsze mi się wydaje, że jest więcej przesłanek za jednym niż za drugim.

      • Iwona

        Dokładnie. Jakbym chciała tworzyć własne historie to bym kręciła filmy czy coś ;-))

        Jeszcze jedna rzecz...ja też przez to, że musiałam dokonywać tych wyborów, miałam problem z tym żeby jakoś spójnie poczuć klimat tej opowieści i się na niej skoncentrować. Oczywiście z jednej strony wiem, że to była jakaś celowość, jakiś poziom "gry z milionem żyć", który nam oferuje ta produkcja, ale z drugiej strony to nie powinno być tak, że moje emocje są zupełnie gdzieś obok i seansem kieruje tylko ciekawość.

        • Dokładnie tak - to był bardzo poszatkowany seans, co wykluczało jakiekolwiek emocje. Czasami pozwalałam, żeby wybór dokonywał się sam, wychodząc z założenia, że może to mnie bardziej doprowadzi do tego, "co autor miał na myśli". Denerwowały mnie sytuacje, kiedy mój wybór okazywał się nie mieć znaczenia. A najbardziej się zirytowałam, kiedy już dobrnęłam do końca tej zabawy po chyba czterech godzinach i okazało się, że najlepsze zakończenie trafiłam na samym początku (to z Pearl). Wszystkie kolejne były jakąś wersją tego samego trollingu.

  • Panna

    Moze to i rewolucyjny pomysl, ale ja obejrzalam ten odcinek jak leci, nic ciekawego pod wzgledem samej historii.

    • Znaczy co, w ogóle nie klikałaś, kiedy kazali Ci wybierać? Ani razu?

      • Panna

        Tak, widocznie losowo mi wybrali sami :-)

        • Bo tak działa, tylko nie znam nikogo, kto by tak zrobił. Z ciekawości: ile trwał seans i jakie miałaś zakończenie?

          • Panna

            Chetnie sie1 h 33 min, skonczylo sie na game over. Chetnie sie kiedys zabawie tymi innymi wyborami, nie mialam czasu, a chciala zobaczyc, o czym to :-)

  • Maciej Witek

    Fabuła może nie jest jakaś nadzwyczajna, ale w formie paragrafowej sprawdza się świetnie. Wybory są integralną częścią historii, a meta wątek(i) z Netfliksem to czyste złoto.
    Warto dodać jak fajnie i prosto to zostało przygotowane. Na jednym i tym samym urządzeniu oglądasz i dokonujesz wyborów (nawiasem mówiąc Black Mirror działa lepiej od innych interaktywnych produkcji na Netflix, Minecraft np miał ten problem, że kwestie dialogowe urywały się w momencie dokonania wyboru). Bandersnatch to bardzo ciekawy i moim zdaniem udany eksperyment.

    Czy potrzebne nam są takie produkcje? Oczywiście nie, od interaktywności mamy gry i nie sądzę, żeby potrzeba było cokolwiek zmieniać. Ale czy takie produkcje mają rację bytu? Oczywiście, że tak. Interaktywne filmy/seriale w stylu gier od Telltale Games, w których to na pierwszym planie jest historia,a gracz/widz ma iluzoryczny wpływ na jej przebieg? To jest jak najbardziej do zrobienia i nie potrzeba do tego całej magii Charliego Brookera.

    Po trzecie, tego typu interaktywne produkcje, to świetna sprawa dla producentów tego typu treści. Łatwo sobie wyobrazić ile Netflix zebrał danych o naszych preferencjach - w jakie decyzje klikaliśmy w jakiej kolejności (i jak szybko).
    Inna sprawa, to oczywiście piractwo. Czy Bandersnatch hula po torrentach? Może nie doceniam ludzkiej kreatywności, albo przeceniam netfliksowe oprogramowanie, ale nie wydaje mi się żeby w tej chwili piraci byli wstanie zapewnić tej samej klasy interaktywne doświadczenie co Netflix.

    PS. Wklejam diagram z możliwymi wyborami z odcinka. Nie wiem czy to są absolutnie wszystkie możliwe wybory, ale ktoś się napracował i można sprawdzić jaką ścieżkę się wybrało, a której jeszcze się nie widziało. Tylko uwaga na spojlery!

    PS2. Co do nie wybierania żadnych opcji, to chyba jednak Brooker z ekipą jednak wszystkiego nie przewidzieli. Sam tego nie testowałem, ale czytałem jakąś dyskusję na internecie, w której ktoś pisał, że nie dokonywał żadnych wyborów i odcinek/film tego nie uwzględniał. A przecież opcja sterowania bohaterem de facto nie miała wówczas miejsca.
    https://uploads.disquscdn.com/images/0caca02dba078c6713ff214b4942918c530af5b2e5bd283f49a8b48d7a3bd7f7.jpg

  • MietWWa

    Netflix ostatecznie dopiął swego: zamienił doskonałą produkcję w mózgotrzepa dla gimbazy. Do tej pory powstrzymywali się i kontynuowali tradycje Channel 4 robiąc takie rigcze jak świąteczny odcinek z Panem Hammem. Porównajmy sobie teraz skalę tamtej wizji i poziom rozkmin jakie tam funkcjonowały i przerażały miliony (dla mnie jedna z najbardziej przerażających rzeczy jakie widziałem "w tv") do jakiegoś gimbaziarskiego widowiska o pryszczatku likwidującym starego kryształową spopiołą. No dramat...
    Teraz zestawmy to z tematami w innych odcinkach: polityka, manipulowanie opinią publiczną, pranie mózgu (odcinek o żołnierzach mordujących cywili), uzależnienie od technologii, problem oceny społecznej (odcinek z lajkami), stosunki dzieci-rodzice, śmierć w świecie technologii (San Junipeiro) i w końcu sprawy pozornie bardziej błahe - wirtualna rzeczywistość, czyli m.in. odcinek o testowaniu gier komputerowych - pory pełne, kalesony do prania, rozkmina przeogromna. Inny przykład lżejszy: odcinek parodiujący Star Treka. Również znakomity. Były odcinki słabsze, ale na tle tego co zobaczyłem wyglądają na niemal wybitne. Koło 40 minuty pomyślałem, że może jeden-dwa odcinki są gorsze od tego: murzyny na rowerach oraz ewentualnie ten na Islandii. Ale po tym, gdy pojawiła się wersja w której wybiera się Netflixa i okazuje się, że jest częścią serialu z XXI wieku... O mój Boże... Wtedy ta Islandia wydała się arcydziełem. Sprowadzenie tego do pastiszu to już dowód jakiejś bezradności w budowaniu historii. Przecież Łepkowska zrobiłaby to inteligentniej.
    Całość jest słaba fabularnie, temat do zamknięcia w 45 minut. Wszystkie wątki zgrane: szaleństwo twórcy, autoagresja, alternatywne rzeczywistości i brak kontroli nad swoim życiem (polecam Ricka i Mortyego gdzie takie tematy są w każdym odcinku, a do tego z beką. Gdy postacie w kreskówce zakopują swoje własne zwłoki w ogródku i podmieniają się z bytami z innego wszechświata to jak na tle takich inb wygląda typ dostający szału bo mu gra na ZX Spectrum nie działa XD Nota bene lenistwo twórców jest koszmarne skoro nie potrafią choćby minimalnie zarysować odbiorcy dlaczego ta gra, powieść i pomysł pryszczatka to taki rigcz).
    Gdyby to chociaż wizualnie było ciekawe, a jest całkowicie wtórne i drugorzędne na tle innych wizji lat 80. Słodki Jezu, jak to wygląda na tle Halt and Catch Fire...
    I dochodzimy do truskawki na stercie fekaliów. Czyli pozornych wyborów: płatków i muzyki. Jak mawiał Stalin: takiej demokracji jak w ZSRS nie było jeszcze nigdzie. Wszystko sprowadza się do typa rzucającego spopiołą w normickiego starego. Kurła, a może o to chodziło żeby tym konsumentom seriali pokazać: widzicie biedaki: możecie se wybierać ale my i tak zrobim swoje.Jeśli są tak cyniczni to jestem w stanie dać 2 gwiazdki na 6. Jeśli nie to jedną. Z drugiej strony prymitywizm pokazania bezalternatywności jest tak wyraźny, że chyba tylko autystyk nie dostrzegłby tego.
    Prawdopodobnie najgorsza rzecz w tym roku. Może nawet gorsza niż House of Cards bo w wypadku tej feministycznej wydmuszki było oczywiste że to skończy się tragedią, a tu atmosfera była jakby Orson Welles robił sequel Obywatela Kane'a.
    Idę obejrzeć odcinek Deadwooda - produkcji z czasów gdy ludzie telewizji nie defekowali na odbiorców taką szmirą tylko szanowali ich inteligencję. Sądzę, że niebawem w serialach będę miał ten sam problem, który mam w kinie: prawie nie mam czego oglądać, bo raczej na komiksy dla stulejarzy nie chodzę.