Co warto oglądać? Oceniamy nowości z listopada

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

"The Man in the High Castle"

"The Man in the High Castle" (Fot. Amazon)

"The Man in the High Castle" (Fot. Amazon)


Michał Kolanko: To miał być serial, który potwierdzi pozycję Amazona w ekstraklasie, ale mimo wielu zalet, trudno uznać adaptację kultowej powieści Philipa K. Dicka za całkowicie udaną. Problemem przede wszystkim jest scenariusz i niezbyt udane postacie pierwszoplanowe, które bardzo różnią się od swojego książkowego oryginału. Na pewno udało się wykreować przerażający, bardzo wiarygodny świat, w którym to państwa Osi wygrały wojnę i dokonały podziału Stanów Zjednoczonych.

Najciekawsze są postacie tych złych, przede wszystkim Obergruppenführer John Smith (Rufus Sewell). Po drugiej stronie barykady mamy Julianę Crain (Alexa Davalos) i Joe Blake'a (Luke Kleintank), który nie są w żadnym razie mocnymi punktami tego serialu.

Jednak wizja USA, które pod rządami nazistów nie wygląda tak, jakbyśmy się do końca tego spodziewali, jest na tyle interesująca (jeśli można użyć tego słowa), że warto zobaczyć chociaż jeden odcinek tego unikalnego serialu. Ostatecznie jednak wizja Ameryki pod rządami Niemców i Japończyków to może być za mało, żeby chcieć obejrzeć całość.

Bartosz Wieremiej: "The Man in the High Castle" nie jest aż tak dobre, jak myślałem, że będzie. Nie jest też najłatwiejszą produkcją do zapoznawania się bez przerw – to w zasadzie może być jeden z nielicznych seriali, któremu stałe miejsce w ramówce bardzo by się przysłużyło. Niemniej chce się poznawać ten alternatywny powojenny świat. Zwiedzać zakamarki, alejki i zaułki – może chociaż gdzieś tam czaić się będzie duch Philipa K. Dicka.

Minie więc trochę czasu, zanim dobrnę do końca produkcji Amazonu. Niekiedy wytrwanie będzie trudne, bo już w pierwszych godzinach część historii niemiłosiernie się dłuży. Trudno jest też wyrobić sobie zdanie o niektórych bohaterach. Chociaż chce się poznać ich motywacje, to patrząc na porządki panujące na tym świecie, przyczyn części decyzji po prostu lepiej nie znać.

Andrzej Mandel: Z “Człowiekiem z Wysokiego Zamku” mam problem. Z jednej strony, to naprawdę dobry serial, ale z drugiej, niewiele zostało w nim ze znakomitej książki. Jednak, gdyby ktoś pytał mnie o zdanie, to gorąco polecam, bo serial ma niesamowity klimat, w który wprowadza bardzo dobrze zrobiona czołówka.

Świetnie prezentuje się także cały świat, w którym to Niemcy i Japonia wygrały wojnę. W niepokojąco realny sposób nakreślono nie tylko umundurowanie (i fajnie, że nie epatuje się nimi zbyt bardzo), ale także mentalność ludzi żyjących w takim świecie. Ktoś wykonał tu kawał dobrej roboty i należy mocno go za to pochwalić.

Serial należy jednak przy tym traktować w całkowitym oderwaniu od powieści, on wykorzystał jej motywy, ale stworzone zostało coś nowego.

Marta Wawrzyn: Będę najbardziej drastyczna. Dotarłam w końcu wczoraj do finału i uważam, że serial jest mocno rozczarowujący. Oczywiście, świat przedstawiony robi piorunujące wrażenie, klimat stworzono nie z tej ziemi, a kiedy rodzina z amerykańskiego przedmieścia, prezentująca się niemal jak Draperowie, ogląda paradę w III Rzeszy podczas narodowego święta, to aż ciarki człowiekowi przebiegają po plecach. Zgadzam się też z Michałem, że czarne charaktery naprawdę tu się udały.

Ale co z tego, skoro większość z tych 10 odcinków wypełnia bezładna, łopatą pisana bieganina dwójki kompletnie bezpłciowych przedstawicieli amerykańskiej młodzieży. Frank Spotnitz chciał to zrobić po swojemu i moim zdaniem zawiódł. Niemal wszystko to, co zaproponował od siebie, jest słabe, sztampowe i albo nie trzyma się kupy, albo zwyczajnie nudzi. Losy Juliany i Joego kompletnie mnie nie obchodzą, a oboje aktorów wyciosano chyba z drewna. Żadne z nich nie udźwignęło głównej roli w serialu, więc siłą rzeczy błyszczą naziści i Japończycy z drugiego planu. Ba, nawet sprzedawca podrabianych antyków wypada ciekawiej niż ta dwójka!

Oczywiście po części krytykuję "Człowieka z Wysokiego Zamku", bo miałam wobec niego ogromne oczekiwania. Ale też uważam, że serial wypada średnio choćby w porównaniu z takim "Manhattanem", który również opowiada mocną historię związaną z II wojną światową, a jednocześnie dba o takie szczegóły, jak na przykład rozwój postaci. W "Człowieku z Wysokiego Zamku" po pierwszym planie mógłby biegać tak naprawdę ktokolwiek, efekt byłby ten sam.

Pewnie obejrzę kolejny sezon, bo jest w tym serialu wiele rzeczy, które sprawiają, że trudno go odpuścić - jak wyjątkowy klimat czy tajemnica filmów i samego Człowieka z Wysokiego Zamku. Ale to wszystko wymyślił Dick. Spotnitz nie dodał od siebie praktycznie niczego wartego uwagi, raczej zrobił, co mógł, żeby tę historię spłycić, spłaszczyć i dostosować do możliwości średnio rozgarniętego widza. Nie tędy droga, Amazonie.

Pełna recenzja "The Man in the High Castle">>>

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10