"Mob City" (1x01-02): Między światami

"Mob City" (Fot. TNT)

"Mob City" (Fot. TNT)

W środę wieczorem telewizja TNT wyemitowała pierwsze dwa odcinki swojego nowego serialu "Mob City". Utrzymana w klimacie neo-noir produkcja opowiada o przestępczym światku Los Angeles po drugiej wojnie światowej. I wypada naprawdę świetnie. Spoilery.

Najpierw warto chyba napisać kilka słów o tym, czym jest neo-noir. To współczesny gatunek kina, który wzoruje się na filmach noir, popularnych w latach 40. i 50. Były to zazwyczaj thrillery psychologiczne i kryminały, podlane sosem nihilizmu, mroczne i tonące w oparach tytoniowego dymu.

Takie jest właśnie "Mob City". Bohaterowie palą jak smoki, prowadząc od czasu do czasu dyskusje na temat życia i śmierci. Do tego dochodzi oczywiście klasyczna, kryminalna warstwa - spotkania w restauracjach, eliminacja kapusiów, policyjne narady i strzelaniny. Większość akcji jest osadzona w 1947 r. w Los Angeles. Wstęp każdego odcinka cofa nas jednak w czasie do lat 20. i pokazuje urywki z wczesnego życia najważniejszych bohaterów. Różnica w estetyce między obiema przedziałami czasowymi pokazuje nam, jak bardzo zmienił się (czytaj: stoczył) świat w ciągu tych dwóch dekad.

Stworzony przez Franka Darabonta (reżysera kultowych filmów "Skazani na Shawshank" i "Zielona mila", współtwórcy "The Walking Dead") serial bazuje na książce "L.A. Noir" Johna Buntina. Przedstawia historię walki między policją Los Angeles pod przywództwem Williama Parkera (znany z "Desperate Housewives" Neal McDonough) a miejscowymi gangsterami. Walki, która nie jest czarno-biała.

Na początku pilota policjant Joe Teague (znany z "The Walking Dead" Jon Bernthal) opowiada o białych i czarnych kapeluszach. Mówi, że istnieją, ale są nieliczni. Większość to tzw. szare kapelusze - ludzie, którzy poruszają się między światami i balansują przy tym na bardzo cienkiej linie.

Teague zresztą szybko sam musi zmierzyć się z taką sytuacją. Zostaje wynajęty przez podrzędnego komika Hecky'ego Nasha (Simon Pegg) jako ochroniarz. Nash szantażuje wysoko postawionego gangstera i bardzo chce przeżyć wymianę obciążających materiałów na pieniądze. Policjant przyjmuje ofertę, ale potem Nasha zabija. Jednocześnie pokazuje, że nie nosi czarnego kapelusza - jego motywacja, zarysowana pod koniec 1. odcinka, a ujawniona w drugim, całkowicie zaskakuje, a typowa dla filmów noir szarość jest prezentowana w pełnej krasie.

Ważnym elementów filmów noir było miasto. Pełne groźnych cieni, podejrzanych typów, brudu, przypominające wnętrze pożerającej wszystko bestii, która nigdy nie przestaje być głodna. W "Mob City" jest tak samo. Wystarczy spojrzeć na widok, który roztacza się z pól naftowych pod Los Angeles, gdzie Nash i Teague czekają na gangsterów. Nash mówi: "To miasto jest takie piękne. Jak niebo pełne gwiazd. Ale tylko z daleka. Z bliska to rynsztok".

Rynsztok jest filmowany w kolorze. Nie przeszkadza to jednak w wyobrażaniu sobie poszczególnych kadrów w wersji biało-czarnej. Wszystko to okraszone jest fantastyczną muzyką - łagodnym jazzem, często instrumentalnym, czasami z dodatkiem mocnego, kobiecego wokalu.

"Mob City" nie jest typowym serialem gangsterskim. Znane postacie, takie jak Sid Rothman, Mickey Cohen i Bugsy Siegel, pojawiają się raz na jakiś czas i pozostają w tle. Nie mamy dostępu - jak np. w "Zakazanym imperium" - do szczegółów działania ich organizacji przestępczej. Przynajmniej na razie.

Nowa produkcja Darabonta to prawdziwa gratka dla miłośników historii kryminalnych - także tych niecierpliwych. Pierwszy sezon będzie składał się tylko z sześciu odcinków emitowanych parami. Finał zaplanowano na 18 grudnia.

REKLAMA