Rudzielec, co się absurdom nie kłania. "Ania, nie Anna" – spoilerowa recenzja 1. sezonu

"Ania, nie Anna" (Fot. Netflix)

0

W Netfliksie można już oglądać nową serialową wersję "Ani z Zielonego Wzgórza", a nasza krótka opinia na jej temat brzmi: warto. Po więcej zapraszam do recenzji całego sezonu. Uwaga na spoilery.

Serial, o którym zdążyliśmy już nieco napisać przy okazji kanadyjskiej premiery (to wspólna produkcja Netfliksa i CBC) doczekał się właśnie międzynarodowej dystrybucji, dorabiając się po drodze trochę dłuższego, ale bardzo pasującego tytułu. Poza tą zmianą jest jednak "Ania, nie Anna" tą samą produkcją, która urzekła mnie na samym początku i o której zdania nie zmieniłem przez cały sezon. Choć nie, właściwie to nieprawda. Po zobaczeniu wszystkich 7 odcinków (pierwszy jest podwójny i trwa 90 minut) całość podoba mi się jeszcze bardziej niż wcześniej.

Przede wszystkim muszę skorygować pewne detale, o których wspominałem poprzednio. Pisałem m.in., że serial trzyma się wiernie książki autorstwa Lucy Maud Montgomery, co jest w dużym stopniu prawdą, ale… nie do końca. Twórczyni nowej wersji, Moira Walley-Beckett ("Breaking Bad", "Flesh and Bone"), uwzględnia bowiem w swojej wizji najistotniejsze elementy powieści, ale im dalej w sezon, tym wyraźniej widać, że nie boi się fabularnych eksperymentów. Miłośnicy oryginału mogą się więc zdziwić, że w serialu brakuje pewnych jego fragmentów (choćby pamiętnej przygody Ani z farbowaniem włosów), a niektóre wątki zostały poważnie okrojone kosztem innych, czasem zupełnie nowych.

Pod względem wierności literze powieści ustępuje więc "Ania, nie Anna" znacznie bardziej kanonicznej adaptacji Kevina Sullivana z 1985 roku, jednak trudno uznać to za wadę. Wręcz przeciwnie, okazało się, że pomysły scenarzystki "Breaking Bad" pasują do świata Ani Shirley jak mało co. Z jednym tylko zastrzeżeniem – musimy zaakceptować, że tutejsza bohaterka dość znacznie różni się od swojego literackiego pierwowzoru.

anne4

Czy to oznacza, że otrzymaliśmy raczej wariację na temat "Ani z Zielonego Wzgórza" zamiast pełnoprawnej ekranizacji? Nie, bo twórczyni jest bardzo świadoma wagi klasyki, z jaką przyszło jej się zmierzyć i tego, że zbyt odległa adaptacja może nie przypaść do gustu jej miłośnikom. Przyjęła więc najlepszą możliwą postawę i zaserwowała nam "Anię", która książkę w kilku miejscach aktualizuje, ale nigdy jej nie wykoślawia.

Na czym właściwie polega "aktualizacja" w przypadku opowieści, której akcja toczy się pod koniec XIX wieku na kanadyjskiej Wyspie Księcia Edwarda? Z pewnością nie na zmianie fundamentów historii – ta jest bowiem klasyczna i znający ją w jakiejkolwiek formie w żadnym momencie nie będą zdziwieni tym, dokąd prowadzi. Sam jej przebieg może być już jednak pewnym zaskoczeniem, bo serialowi twórcy pochwalili się kilkoma własnymi pomysłami. I muszę przyznać, że żaden z nich nie wydaje się chybiony.

Znaleziono bowiem złoty środek pomiędzy swego rodzaju odświeżeniem ponad stuletniego materiału źródłowego na potrzeby współczesnej telewizji, a zachowaniem jego ducha. Nieistotne, czy chodzi o wprowadzanie zupełnie nowych postaci jak Jerry (poprawka: słusznie zwracacie uwagę w komentarzach, że Jerry pojawił się w książce, lecz jego rola była marginalna), pomocnik rodziny Cuthbertów, grany przez Aymerica Jetta Montaza; czy sekwencji, które wyraźnie miały dodać całości dynamiki. W obydwu przypadkach miałem wrażenie, że wszystko, co widzę na ekranie, równie dobrze sprawdziłoby się na kartach powieści – trudno chyba o większy komplement.

anne6

Zwłaszcza że "Ania, nie Anna" momentami poczyna sobie naprawdę odważnie, wchodząc na terytoria, po których boją się stąpać twórcy, wydawałoby się, znacznie poważniejszych seriali (i nie tylko). Czym innym jest wszak dodanie do opowieści pożaru, przy okazji którego bohaterka dowodzi swej odwagi i trzeźwego umysłu (swoją drogą wyjaśnienie, że wie, co należy robić z instrukcji przeciwpożarowej, bo w sierocińcu nie było wiele do czytania, jest absolutnie rozbrajające), a zupełnie czym innym podejście serialu do tak pozornie banalnej sprawy jak miesiączka.

Pisałem już poprzednio o widocznym tu realistycznym podejściu, ale nie zdawałem sobie wtedy jeszcze sprawy, w jakim kierunku pójdzie ono dalej. Mroczna przeszłość Ani okazała się zaledwie początkiem i w gruncie rzeczy banałem, przynajmniej w porównaniu do tego, co nadeszło potem. W sumie spodziewałem się bowiem wszystkiego, łącznie z zamianą historii w ponury dramat, ale z pewnością nie tego, że będziemy świadkami rozmów rudowłosej bohaterki z Marylą czy jej przyjaciółkami w szkole o cyklu menstruacyjnym! Obyśmy się tu dobrze zrozumieli – jestem tym równie mocno zaskoczony, co zachwycony.

anne2anne3

Mówimy wszak o jednym z nielicznych tematów, które w kulturze, zwłaszcza popularnej, ciągle stanowią tabu. Zwykle pomijane milczeniem, czasem ukryte za mniej lub bardziej wyszukanymi alegoriami, a jeśli już poruszane otwarcie, to najczęściej w komediowym tonie. Z tym większym niedowierzaniem przyjąłem fakt, z jak niesamowitą łatwością i inteligencją wpletli to w tutejszą fabułę twórcy, jednym posunięciem dodając swojej Ani więcej życia, niż miały wszystkie jej poprzednie wcielenia razem wzięte. Jest tu bardzo ludzka obawa przed nieznanym, jest zrozumiałe poczucie wstydu, jest i szczypta humoru oraz matczynej troski. Najprościej rzecz ujmując, jest po prostu normalnie (także w tym względzie, że po kilku chwilach przechodzimy nad sprawą do porządku dziennego), co dla większości twórców stanowi niedościgniony wzór do naśladowania. A to wszystko w ekranizacji "Ani z Zielonego Wzgórza"!

Trudno nie docenić takiego podejścia, tym bardziej, że "Ania, nie Anna" prezentuje je również w innych tematach. To, co w opisach i recenzjach przedstawia się jako feministyczne zacięcie, jest po prostu przystającą do współczesności postawą i serialowymi aspiracjami, które nie powinny nikogo dziwić. Nikt nie tworzy sztucznego świata, powieść nie zostaje wywrócona do góry nogami, a granice zdrowego rozsądku nie zostają przekroczone. Owszem, Ania ma wyrazisty charakter i potrafi twardo walczyć z niesprawiedliwością, ale żadna z niej twarz rewolucji. Pewnie, że pod przykrywką dziecinnych złośliwości czy całkiem dorosłych uprzedzeń można dostrzec odbicie rzeczywistości, lecz nie stanowi tu ono celu samego w sobie.

Serial porusza bowiem kwestie uniwersalne, ubierając je w zgrabną fabułę - atrakcyjną, zrozumiałą i przystosowaną do wymagań współczesnego odbiorcy. Oczywistym jest przecież, że ten nie kupiłby historii osadzonej nie tylko fabularnie, ale i myślowo w XIX wieku (albo na początku XX, kiedy Montgomery napisała książkę). Pewne rzeczy musiały więc ulec zmianie, za to inne mogły pozostać takie same. Jak to, że Ania jest po prostu skrzywdzonym dzieckiem, rozumiejącym świat na swój własny, niewinny sposób, dzięki któremu dostrzega mnóstwo jego absurdów. Te natomiast twórcy traktują z dawką zdrowego humoru i dystansu (uwielbiam choćby sposób, w jaki Maryla podchodzi do rad oferowanych jej przez miejscowego pastora), czym z pewnością dają do myślenia, ale absolutnie nie stawiają serialu na żadnych barykadach.

anne5

Dzięki temu cała historia sprawia wrażenie lekkiej, choć przecież nie brak w niej dramatycznych momentów, a sugerując się zakończeniem, w kontynuacji (nie ma jeszcze zamówienia) będzie ich jeszcze więcej. "Ania, nie Anna" stawia na realizm, a nawet flirtuje z naturalizmem, ale koniec końców widzom zawsze udziela się pozytywna postawa głównej bohaterki. Ta bowiem, w kreacji absolutnie cudownej Amybeth McNulty, wręcz zaraża energią, w odpowiednich momentach bawiąc i wzruszając.

Podkreślanie znakomitego castingu może być już nudne, ale nie sposób tego uniknąć, bo 15-letnia aktorka jest duszą i sercem serialu, w którym przecież pełno świetnie dobranych wykonawców. Amybeth McNulty bije jednak wszystkich, praktycznie nie pozwalając oderwać od siebie wzroku. Przekonuje zarówno trzymając się książkowej wersji swojej postaci (fenomenalnie odgrywa egzaltowaną postawę Ani, zwłaszcza w duecie z Dalilą Belą jako Dianą Barry), jak i wtedy, gdy wychodzi poza te ramy, dodając dziewczynie autentyzmu. Najkrócej rzecz ujmując, jest po prostu idealnie dopasowana do roli, czego nie dostrzegli chyba tylko netfliksowi spece od marketingu.

Widzowie zauważą to jednak bez problemów, doceniając szczerość i bezpretensjonalność, jakiej serialowi może pozazdrościć wielu konkurentów. Ta historia najzwyczajniej w świecie bawi i chwyta za serce, nie stosując przy tym wcale szczególnie wyszukanych chwytów, lecz stawiając na najprostsze rozwiązania. Brzmi banalnie, ale porcja szczerych wzruszeń i zwykłych emocji przy oglądaniu to dziś tak rzadkie zjawisko, że "Ani, nie Annie" naprawdę trudno się oprzeć.

  • maja

    Cudowna jest ta Amybeth. Jakby urodziła się tylko po to, żeby zostać Anią z Zielonego Wzgórza. Ogólnie bardzo dobrze dobrano aktorów. Mateusz i Maryla są rewelacyjni. I moja ulubienica, pani Linde, wspaniała:) Fajnie też wypada tandem Ania - Diana. I ten uroczy Gilbert aach. Ale jednak najlepsza Ania. Girlpower w najlepszym wydaniu. Taka "bohaterka na dzisiejsze czasy", mimo że niedzisiejsza.
    Odcinek z miesiączką był chyba moim ulubionym a to już chyba o czymś świadczy. Trochę mi się to zlewało wszystko, jak jeden piękny długi film. Idealny serial do bingewatchingu notabene.

  • Bartosz

    A drugi sezon zaklepany?

  • Nannah

    Cudowni bohaterowie (Gilbert! Ania!) i duch powieści.
    Ale ja mam mimo wszystko problem z tym odejściem od fabuły. Bardziej by mi się podobało gdyby "udoskonalenia" pozostały na poziomie tych z pierwszych odcinków - przyjęcia Ani do społeczności, motyw z "myszką", menstruacją czy kołem postępowych matek. Ale zmieniać jeden z fundamentalnych elementów?
    Nic nie poradzę, że relacja Ani i Gilberta jest tym jednym czego w Ani nigdy bym nie zmieniała a tu mimo wszystko zostało to trochę pogrzebane. Cały ten wątek z sieroctwem Gilberta i jego wyjazdem... Tak trochę poczułam się oszukana. Tym bardziej że zostały dodane w zamian ciężkie wątki (próba samobójcza, serio?)
    A Ania i następne powieści to przecież nie sam prosty materiał, wręcz przeciwnie.
    Na pewno spróbuję obejrzeć następny sezon jeśli będzie, ale trochę zawiodłam, że znowu ktoś majstruje nadmiernie w dobrym materiale (tak samo jak Sullivan i jego przekombinowane kontynuacje)

  • Zuza

    Jeśli dobrze pamiętam, postać Jerry'ego w książce istniała, tylko był bardzo rzadko wspominany. Bardzo lubię jak wykorzystali tą postać; dali nam możliwość zobaczenia Ani w relacji braterskiej co sprawia, że Ania wydaję się postacią jeszcze bardziej wielowymiarową. Podoba mi się również zmiana jaką wprowadzili w relacji Ani z Gilbertem. Nasz Avolea Ace wydaje się bardziej dojrzały, świadomy świata i ludzi. Uwielbiam też serial za te wszystkie małe drobnostki, które sprawiły mi tyle szczęścią, np. piosenka Ani o Kordelii, Klub Powieściowy, czy nawet to, że Dalila Bela również ma dołeczki w policzkach jak Diana. Czekam na zamówienie 2 sezonu. I oczywiście panie Mateuszu - idealna recenzja.

    • Mateusz Piesowicz

      Dzięki za zwrócenie uwagi na Jerry'ego, rzeczywiście pojawił się w książce, której, jak widać, nie pamiętam tak dobrze, jak mi się wydawało ;)

  • RaQeNoPe

    Pierwowzoru niestety nie znam ale wiedziałem, że chcę zobaczyć ten serial jak tylko pojawiły się pierwsze trailery. Obejrzałem i wsiąkłem. Piękna historia z ciekawymi wyrazistymi bohaterami, jeszcze piękniejszymi krajobrazami. Urocza Amybeth McNulty jako Ania jest niesamowita. Cichym bohaterem dosłownie i w przenośni był Jerry, który także łatwo w życiu nie ma. Jak wszyscy czekam na drugi sezon bo to chyba formalność prawda?

  • Aga Bartoszewska

    Uwielbiam "Anię...." i z przyjemnością, po wielu latach powróciłam do jej historii. Tylko dlaczego przeryczałam wszystkie odcinki? No zgroza:) Ryczałam jak bóbr i nie mogłam się opanować :) Cudowny film! Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy (zapas chusteczek juz mam) :p

  • Anna Burza-Grzybowska

    Dopiero teraz obejrzałam cały sezon, pewnie nikt tego nie przeczyta, ale czuję, że muszę się podzielić ;-) Jako wielka ex-wielbicielka Ani z Zielonego Wzgórza (przeczytałam serię z 15 razy minimum, ale za ostatnim razem doszłam do wniosku, że Ania jest irytująca i chyba już jestem za stara na tą powieść) pamiętam książkę prawie na pamięć i moim zdaniem film znacznie się różni od powieści. W niektórych momentach jest to irytujące, w innych całkiem ciekawe. Filmowa Ania jest przede wszystkim bardziej smutna i bardziej działa mi na nerwy. Niemniej też bardziej wiarygodna psychologicznie. Trudno sobie wyobrazić, by Ania po przejściach jakie miała, była taką pogodną, szczebioczącą istotką jaką była w książce. Podobało mi się też przedstawienie jej pierwszych miesięcy w Avonlea - to musiało tak wyglądać mimo że w pierwszym tomie powieści o Ani nie było to zbytnio opisywane (chociaż w książkach o dorosłej Ani nawet ona wspominała o złośliwościach rówieśników i plotkach sąsiadów). Nie podobały mi się te fragmenty, gdzie próbowali zrobić z tego film przygodowy: bezsensowna ucieczka Ani, pogoń Mateusza za nią, próba samobójcza (! i to jak motywowana: że z ubezpieczenia Ania i Maryla będą miały pieniądze, nie wiem jak w XIX wieku, ale obecnie samobójstwo wyklucza wypłatę ubezpieczenia) czy też napaść rzezimieszków na Jerrego a potem wynajęcie przez nich pokoju na Zielonym Wzgórzu. Wątek Gilberta też poprowadzony jakoś tak bez sensu - podróż po świecie???? Seriously?
    Natomiast aktorzy dobrani są super. Właściwie nie mam zastrzeżeń do żadnej z postaci. Gilbert przeuroczy ;-)

    • W skrócie: Pomysły ubogacające opowieść są ciekawe, ale za dużo w tym dramy (szczególnie, ze nowe wątki wyglądają tak, że najpierw mamy dramę, a potem kolejną, która ma ratować sytuację Ani wynikłą z wcześniejszej dramy), opowieść nieco poszatkowana - za mało płynności w tym, Ania jak dla mnie nieco zbyt agresywna (szczególnie początkowe wybuchy złości) - to jednak wysoce subiektywna opinia, ostatni odcinek kończy się wpół opowieści co nijak pasuje do Ani. Znacznie lepiej poprowadzona została adaptacja Serii niefortunnych zdarzeń włącznie z końcową sceną dopinającą całość, ale obiecującą kontynuację.
      Mimo to - warto. Czekam niecierpliwie na kolejny sezon.