Nominacje do nagród krytyków - TCA Awards 2018. "Obsesja Eve" i "The Americans" rządzą w tym roku

"Killing Eve" (Fot. BBC America)

0

Amerykańscy krytycy telewizyjni podali swoje typy do tytułów najlepszych seriali i aktorów tego sezonu. Jak zwykle doceniono sporo świetnych, a przy tym niszowych produkcji.

Nagrody krytyków rządzą się własnymi prawami, tj. często wygrywają seriale, które nie mają szans na rozdaniu Emmy. W 2015 i 2016 roku doceniono "The Americans", rok temu było bardziej konwencjonalnie, bo wygrała "Opowieść podręcznej". Jak będzie teraz? The Television Critics Association właśnie ogłosiło nominacje do TCA Awards, które w tym roku rozdane zostaną już po raz trzydziesty czwarty.

Najwięcej, bo aż pięć nominacji we wszystkich najważniejszych kategoriach zdobyła "Obsesja Eve". Cztery nominacje zgarnęło "The Americans", a po trzy - "Atlanta", "The Good Place", "Opowieść podręcznej", "Barry" i "The Marvelous Mrs. Maisel". Zabójcza rywalizacja szykuje się m.in. w kategorii Indywidualne osiągnięcie w serialu dramatycznym, gdzie walczyć będą nie tylko Sandra Oh i Jodie Comer, ale także Matthew Rhys i Keri Russell. I nie da się nagrodzić wszystkich!

Stacja, która ma najwięcej nominacji w tym roku, to FX (10). Zaraz za nią znalazł się Netflix (9), NBC (7), BBC America i HBO (po 6). Pełną listę nominowanych, razem z programami typu talk-show czy reality, znajdziecie tutaj.

Nagrody TCA zostaną rozdane w sobotę 4 sierpnia, galę poprowadzi Robin Thede. A oto lista nominowanych seriali.

Program roku
"The Americans", FX
"Atlanta", FX
"The Good Place", NBC
"The Handmaid's Tale", Hulu (zwycięzca z 2017 roku)
"Killing Eve", BBC America
"This Is Us", NBC

Wybitne osiągnięcie w dramacie
"The Americans", FX
"The Crown", Netflix
"The Good Fight", CBS All Access
"The Handmaid’s Tale", Hulu (zwycięzca z 2017 roku)
"Killing Eve", BBC America
"This Is Us", NBC

Indywidualne osiągnięcie w dramacie
Jodie Comer, "Killing Eve"
Darren Criss, "The Assassination of Gianni Versace: American Crime Story"
Elisabeth Moss, "The Handmaid’s Tale"
Sandra Oh, "Killing Eve"
Matthew Rhys, "The Americans"
Keri Russell, "The Americans"

Wybitne osiągnięcie w komedii
"Atlanta", FX (zwycięzca z 2017 roku)
"Barry", HBO
"GLOW", Netflix
"The Good Place", NBC
"The Marvelous Mrs. Maisel", Amazon
"One Day at a Time", Netflix

Indywidualne osiągnięcie w komedii
Pamela Adlon, "Better Things"
Rachel Bloom, "Crazy Ex-Girlfriend"
Rachel Brosnahan, "The Marvelous Mrs. Maisel"
Ted Danson, "The Good Place"
Donald Glover, "Atlanta" (zwycięzca z 2017 roku)
Bill Hader, "Barry"

Wybitne osiągnięcie w kategorii film/miniserial
"Alias Grace", Netflix
"The Assassination of Gianni Versace: American Crime Story", FX
"Howards End", Starz
"Patrick Melrose", Showtime
"The Tale", HBO
"Twin Peaks: The Return", Showtime

Wybitny nowy program
"Barry", HBO
"Counterpart", Starz
"GLOW", Netflix
"Killing Eve", BBC America
"The Marvelous Mrs. Maisel", Amazon
"Mindhunter", Netflix

  • LuKe

    Nie przypadł mi do gustu "Killing Eve" - miałka historia, w zasadzie żadna (nic się nie wyjaśniło w przeciągu ośmiu godzin show), aktorstwo karykaturalne (zwłaszcza ta wymuszona kreacja Oksany, ale nie tylko jej), schizofreniczny ton opowieści - serial nie wie czym che być - komedią, dramatem, a może jakimś lesbijskim love story? Motywacje bohaterek od czapy. No i to ha ha ha zabijanie ludzi - jakież to śmieszne - boki zrywać. Trochę mi się kojarzył z "Orphan Black".

    • BMR

      Całkiem się z Tobą nie zgadzam (surprise, surprise ;). Ale mam wrażenie, że w przypadku wybranej przez serial konwencji jest logiczne, że albo Ci ona pasuje od pierwszego momentu, albo się do niej w ogóle nie przekonasz. Jak mawiał pewien anegdotyczny mężczyzna: "Gusta są rozmaite- i bardzo dobrze, bo inaczej każdy by chciał mieć moją żonę za żonę".

      • LuKe

        Konwencja konwencją - choć nigdy nie śmieszy mnie zabijanie ludzi "dla rechotu" (uważam to zawsze za głupotę - nie mam nic przeciwko tylko wtedy kiedy zabijani są draniami. Dranie między sobą mogą się zabijać ile wlezie i w jakiejkolwiek konwencji, natomiast jeśli zabijane są osoby przypadkowe lub takie, o których nic nie wiemy i w dodatku ma to być "funny" to uważam ów proceder za niesmaczny, a nawet na poziomie etycznym po prostu niewłaściwy). Generalnie mam problem z antybohaterami. Nie oglądam Barry'ego ale czytałem ostatnio jakiś artykuł, w którym coś właśnie było o (Barrym i Killing Eve), że zostały tam przekroczone jakieś granice. Że Barry po finale nie ma żadnych "redeeming qualities" jako "bohater". I że telewizja przeskakuje rekina w antybohaterstwie i czy na pewno jest to coś fajnego. Dla mnie nie jest.
        Ale pomijając konwencję to "Killing Eve" jest serialem o niczym. Intryga, która ewentualnie mogła to wszystko jakoś spiąć do kupy - okazała się jałowa i zagrano widzowi na nosie. Oglądaj nas dalej - to być może ci powiemy o co chodzi. Po finale jesteśmy w zasadzie w punkcie wyjścia. Jedyną rzeczą na plus mogły być tutaj emocje. Ale niestety na tym poziomie tu również panuje pustynia. Jedynym co zadziałało to było momentami napięcie i niepokój. Najlepsza pod tym względem była scena ucieczki Franka z samochodu. Zabójstwo w dyskotece natomiast było strasznie ograne i ten melodramatyzm na końcu, kiedy nikt nie zwraca uwagi że zakrwawiony człowiek osuwa się na ziemię - szalona zabawa zabawą - ale ta scena była bardzo nierelana - efekciarska.
        Tak jak cały serial. Mam wrażenie, że ostatecznie ma to być jakaś pokręcona laurka LGBT :D
        Oczywiście masz prawo do własnego zdania i przedstawiam tylko swój punkt widzenia.

        • BMR

          Ale bierzesz poprawkę na to, że Villanelle jest (przynajmniej moim zdaniem) psychopatką? Zresztą Eve- przynajmniej odrobinę- także.

          • LuKe

            I właśnie dlatego nie ma z kim sympatyzować. Antybohaterowie to nie bohaterowie, więc czymkolwiek by się zajmowali jest bez znaczenia, bo mnie nie obchodzą. Villanelle jest strasznie irytująca, naprawdę nie widze "kunsztu" aktorstwa tej pani - jak dla mnie rola całkowicie przeszarżowana, psychopatka - poziom egzaminów wstępnych do szkoły aktorskiej (i to też nie koniecznie w wykonaniu kogoś utalentowanego).

          • BMR

            To prawda- jeśli widz ma potrzebę sympatyzowania z którymś z bohaterów, niewątpliwie konwencja "Killing Eve" mu nie podejdzie.
            I też prawdą jest, że Villanelle jest zagrana w sposób przeszarżowany; nie każdy taki pomysł na zagranie psychopaty "kupi".
            Inna sprawa, że ja strasznie lubię Jodie Comer; i to nie tyle w związku z jej rolą w "The White Princess", co w "Doctor Foster".

          • LuKe

            A można nie mieć takiej potrzeby? Dla mnie to kwintesencja kina.
            Nie znam tych seriali i tej pani, więc nie mam dla niej sympatii pochodzącej z innych rzeczy :)
            Jesli nie sympatyzujesz z postaciami, to "Killing Eve" naprawdę nie ma w sobie absolutnie niczego, czym można się zająć w zastępstwie.

          • michax

            Rozumiem że skoro dla Ciebie jedną z kwintesencji kina jest sympatyzowanie z bohaterem co zrozumiałe to domyślam się, że nie oglądałeś żadnego serialu z antybohaterem albo nie skończyłeś, żeby wymienić np. Breaking Bad. Napisałeś, że w Killing Eve przekroczono pewne granice bo giną niewinni, ale pamiętam, że w Breaking Bad też ginęły niewinne osoby z winy Waltera White'a. Może nie tyle on osobiście zabił, ale przez jego decyzje ginęły dzieci, młodzież z rąk innych osób lub przez zaniechanie pewnych działań (piszę specjalnie bez zdradzania szczegółów). Można wymienić też np. Dextera (choć on zabijał samych morderców jak mnie pamięć nie myli i nie kojarzę by niewinną osobę zabił, ale mogę się mylić) czy The Shield oraz wiele innych seriali z gangsterami jak np. Sopranos, Gomorra. A co z serialami i filmami gdzie główny bohater jest sympatyczny, a przynajmniej nie jest antybohaterem, a z czasem ewoluje w antybohatera? Takie produkcje też nie oglądasz? Najlepszy przykład to właśnie Walter ale też choćby Michael Corleone, który przecież nie chciał być gangsterem, a wiadomo jak skończył. Też można wymienić głównego bohatera The Shield, który jest jednocześnie protagonistą i antagonistą serialu:-)

          • LuKe

            Naprawdę niewiele jest filmów, w których "sympatyzowanie" z bohaterem nie jest zasadniczą kwestią (inaczej wydarzenia w które są zaangażowani bohaterowie nie mają najmniejszego znaczenia i sensu). To sympatyzowanie nie musi oznaczać "lubienia", może oznaczać kibicowanie, odnajdywanie siebie w jakichś niuansach. Niewiele jest filmów, w których ważniejsza od samych bohaterów jest akcja lub idea. Owszem zdarzają się, ale żeby to się udało, film musi być naprawdę dobry. Oczywiście, że w jakichś sensacyjniakach polegającyh na biegaj, strzelaj, skacz - trudno utożsamiać się z jakimiś kartonowymi postaciami. Ale nawet w bombastycznym sensacyjniaku - jeśli jest dobrze zrobiony - kibicujemy protagoniście.
            Z wymienionych przez Ciebie produkcji widziałem tylko "Breaking Bad". Po "the Sopranos" nigdy nie sięgnę właśnie dlatego, że wiem, iż to nie jest serial dla mnie. Po pierwsze obsada jest za stara i za brzydka ;) a po drugie nie mam ochoty oglądać serialu, w którym mam się fascynować mafijną rodziną i nie wiem... kibicowac im? Patrzeć jacy to sympatyczni z nich dranie? Poza tym formuła mafijnych produkcji jest dla mnie zawsze taka sama i nie jest to gatunek, który lubię. Ale np. tegoroczna "McMafia" mi się umiarkowanie podobała. Nie wiem jak będzie w drugim sezonie - jeśli Alex na poważnie wstąpi na ciemną stronę mocy - może będę miał z tym problem. Ale jest tak jak napisałem wyżej - jeśli źli wykańczają się nawzajem to jestem z tym OK. Tylko trochę nie za bardzo rozumiem sens oglądania takich porachunków - no poza oczywiście dreszczykiem emocji - których równie dobrze mogą mi dostarczyć filmy z postaciami, na których mi autentycznie zależy.
            Fascynacja "Dexterem" mnie ominęła - nie widziałem ani sekundy tego show. Z rzeczy, które wymieniłeś widziałem tylko "Breaking Bad" i zawsze powtarzam, że choć doceniam sporo aspektów tej produkcji to jestem daleki od fanatycznych zachwytów i nazywania tej produkcji "kultową". Wracając do antybohaterów - tak nie cierpię Waltera White. W ostatnich dwóch sezonach strasznie mnie irytował. Strasznie!!! Kibicowałem w tym serialu Pinkmanowi, bo wydaje mi się, że był bardziej ofiarą okoliczności niż prawdziwym antybohaterem no i oglądałem po to aby wreszcie ktoś dorwał głównego bohatera. Jego zadzieranie z coraz to nawymi grupami przestępczymi z czasem nużyło. To w jaki sposób zakończył się "Breaking Bad" też nie wywołuje we mnie cienia sympatii dla upadłego Wlatera White'a. Jeśli serial miał pokazać upadek człowieka, to się udało i to jest warte obejrzenia. A więc możemy założyć, że w tym serialu ważniejsza była idea niż bohater.
            Co do zabijania na ekranie. Napisałem, że nie akceptuję formy "na wesoło". Sytuacja w "BB" kiedy zastrzelono przypadkowego dzieciaka na rowerze nie była śmieszna. Była dramatyczna. W horrorach, thrillerach, dramatach - nie mam nic przeciwko uśmiercaniu ludzi na ekranie - jeśli widzę dramatyczne następstwa takich zdarzeń. Jeśli widzę czyjeś przerażenie, żal, histerię, poczucie winy lub jeżeli sprawcą jest postać, która jest ewidentnym antagonistą i jest na przykład psychopatą i nie muszę mu kibicować, bo ma swoje miejsce w historii i utożsamiam się z jego przeciwnikami - to jestem z tym OK.
            W "Killing Eve" mordowanie ludzi jest "śmieszne" i to mi bardzo nie pasuje!
            Dam ci przykład filmu, który strasznie mnie poirytował pod względem antybohaterstwa. "Hell or high water" (Aż do piekła.) Mamy tam dwóch braci, którzy rabują banki. Wszystko było cacy, dopóki nie padły pierwsze śmiertelne strzały w kierunku przypadkowych osób. A już patetyczna scena poświęcenia się brata dla brata była tak absurdalna, że nie mogłem uwierzyć w to, co twórcy filmu próbują mi "emocjonalnie" wcisnąć. Według nich - miałem chyba czuć jakieś emocje typu - WOW ale się poświęcił, co za miłość, co za oddanie, ale koleś WOW. To była jedna z najgorszych scen jakie dane mi było oglądać od dłuższego czasu i całkowcie skreśliła dla mnie ten film.
            Ja rozumiem, że życie jest zniuansowane i nie zawsze wszystko jest czarno-białe (choć w przypadku zabijania ludzi dla korzyści finansowych (lub jakichkolwiek innych) jednak jest czarno-białe). Film mógłby nawet dokończyć tą historię i byłbym z tym OK, gdyby nie było tego emocjonalnego patosu w wymienionej przeze mnie scenie. Była fatalna do porzygania.
            A więc antybohaterowie - proszę bardzo. Dopóki twórcy nie karzą mi się śmiać z ich przestępczych poczynań wobec innych ludzi i dopóki nie wciskają mi emocji i jakiegoś sympatyzowania z nimi, ktorego sobie nie życzę. Z tych powodów mierził mnie np. "Hannibal" - strasznie nudne, wydumane i niesmaczne show (a że twórca jest gejem - oczywiście skończyło się wstępem do niemal gejowskiego romansu - kuriozum).

          • BMR

            Kiedy właśnie dla mnie w "Killing Eve" mordowanie ludzi nie jest "śmieszne". Mordowanie ludzi śmieszy (czasami) główną bohaterkę i dlatego uważam ją za psychopatkę. Jeśli chodzi o widza, twórcy nie każą mu śmiać razem z Villanelle- zostawiają mu wolność oceny postępowania poszczególnych postaci.

          • BMR

            Albo takie "The Americans" (które właśnie nadrabiam), gdzie para głównych bohaterów jest rosyjskimi szpiegami, którym nieobce są zabójstwa często niewinnych ludzi?

  • Hazel

    Tak od czapy, po kolei: The Americans, The Americans, Keri Russell, The Good Place, Ten Danson (Rachel jestem w stanie zaakceptować), Patrick Melrose (kompletny strzał bo żadnego nie oglądam), Killing Eve. Rzekłam.

    • BMR

      The Americans dopiero (dzięki "Serialowej") nadrabiam, więc siedzę cicho (ale jestem w drugim sezonie i już widzę, dlaczego z Twoimi trzema pierwszymi wyborami być może należy się zgodzić). Z wyborem numer cztery i pięć mam największy problem, bo jest tam absolutnie cudowna "The Marvelous Mrs. Maisel" (z fenomenalną Rachel Brosnahan), którą pokochałam od pierwszej sekundy oglądania i Pamela Adlon, która w "Better Things" jest klasą sama dla siebie (chyba masz na wydłużającej się w zastraszającym tempie liście "do nadrobienia"?) no i Bill Hader, który w Barrym (jak dla mnie- zwłaszcza w ostatnim odcinku) przeszedł sam siebie. Z numerem sześć trafiłaś w dziesiątkę- "Patrick Melrose" jest miniserialem wybitnym, który jest w stanie wygrać z prawie każdym (a co w tym zestawieniu robi nowe "Twin Peaks" - nie bardzo rozumiem). Co do siódemki mam rozdrap, bo serce mnie ciągnie rzecz jasna w kierunku "The Marvelous Mrs. Maisel". Ale zabawa formą w "Killing Eve" mnie uwiodła, więc zabrzmię w harmonii z Tobą :)

      • michax

        Co do nominacji dla nowego TP to mnie nie dziwi, bo to nagrody krytyków, którzy jak się poczyta zagraniczne recenzje można zauważyć, że w większości uwielbiają nowe TP. Możemy się z tym zgadzać albo nie zgadzać, ale taki jest fakt:-)

      • Hazel

        Tak, "Better Things" nadal na liście do nadrobienia:) Z recenzji wiem że Pamela Adlon jest tam świetna, więc na pewno też na nagrodę zasługuje. "Mrs Maisel" też kocham, Rachel jest fenomenalna, ale cóż, nagroda jest tylko jedna. "Barry'ego" mam na oku ale nie chcę się znów wciągać w kolejny niezakończony serial, dlatego rzadko zaczynam teraz cokolwiek nowego. Z drugiej strony kilka moich seriali się w tym roku kończy... Póki co nadrabiam spokojnie "Vikingów", wczoraj skończyłam "Westworld".

  • An_77

    Z nominacjami dla "Killing Eve" to duża przesada . Jeśli się zaakceptuje konwencję tego serialu to można się na nim dobrze bawić ale na żadne nominacje do nagród nie zasługuje .
    Krytycy w ogóle nie zauważyli świetnego "Terroru" a brak nominacji dla genialnego Benedicta Cumberbatcha to już kompromitacja .

    • BMR

      To prawda- oprócz Wielkich Obecnych sporo jest też Wielkich Nieobecnych (w tej drugiej kategorii całkowita zgoda, że brak "Terroru" i Cumberbatcha to nieporozumienie).

    • LuKe

      Gigantyczna przesada, bo to miałki, błachy serial o niczym.