"Outlander" jedzie za ocean i przedstawia nowego łotra – recenzja premiery 4. sezonu

"Outlander" (Fot. Starz)

0

Trochę historii, trochę seksu, trochę opowieści o kółkach – gdyby nie mocna ostatnia scena, uznałabym, że 4. sezon "Outlander" zaczął się tak sobie. Ale wejście nowego łotra to naprawdę coś. Uwaga na spoilery.

Skończyła się urokliwa "Księga czarownic", ale na szczęście sezon na romantyczne historie w pięknej oprawie trwa. Odcinkiem "America the Beautiful" "Outlander" zaczął kolejny rozdział, który – tak jak każdy poprzedni – toczyć się będzie w nowej scenerii. To zaś oznacza kolejne przygody i trudności, nowych bohaterów, odświeżoną czołówkę i ponowne zmierzenie się z pytaniem, jak długo można działać według zasady "dajmy widzom więcej tego samego, a będą szczęśliwi".

Słuchając wprowadzającej w fabułę odcinka opowieści Claire (Caitriona Balfe) o znaczeniu kółek i kręgów dla ludzkości, teraz i dwa tysiące lat przed naszą erą, prawie w "Outlandera" zwątpiłam, ale niesłusznie. Bo tak, główna bohaterka tej historii czasem mówi za dużo i popada przy tym w banały. Ale wciąż jest w tym tyle wdzięku, tyle energii, tyle chemii, że serialowi zwyczajnie nie da się oprzeć.

"America the Beautiful" przeskakuje o cztery miesiące do przodu (mamy rok 1767) w porównaniu z finałem poprzedniej serii i rozpoczyna się od egzekucji znajomego Fraserów, niejakiego Gavina Hayesa, którego pewnie pamiętacie mniej więcej tak jak ja, czyli wcale. Egzekucji o tyle niestety słusznej – przynajmniej biorąc pod uwagę prawo obowiązujące w tamtych czasach – że on naprawdę zabił człowieka. I o tyle nieistotnej, że mniej tutaj chodzi o niego, a bardziej o reperkusje – nielegalny pogrzeb w środku nocy, pomoc pewnemu młodemu człowiekowi, który wyglądał, jakby rzeczywiście potrzebował pomocy, i tragiczne skutki całej awantury.

Outlander sezon 4

Dopóki nie wiemy, w jakim kierunku ta opowieść zmierza (choć przewidzenie, że Bonnet wywinie jakiś numer, nie jest specjalnie trudne, nawet jeśli nie zna się książek), odcinek potrafi niestety się dłużyć, bo to typowe wprowadzenie i poukładanie pionków na nowo. Dowiadujemy się, że Claire i Jamie (Sam Heughan) co prawda zadomowili się w Karolinie Północnej, ale na razie traktują Amerykę jako przystanek na drodze powrotnej do Szkocji. Zwłaszcza Jamie nie wyobraża sobie innego scenariusza. Claire wie, co będzie dalej, zna historię amerykańskiej rewolucji i jest z tym krajem związana emocjonalnie, bo to tu wychowała się jej córka – w jej drugim życiu, które prowadziła z Frankiem Randallem (Tobias Menzies).

I koniec końców przekonuje ona Jamie'ego – reszta ekipy na czele z Fergusem (César Domboy) i młodym Ianem (John Bell) przekonuje się sama – żeby tu chwilę zostać i pomóc budować kraj, który ma stać się ziemią obiecaną dla milionów ludzi. A przy okazji stanąć tym razem po właściwej stronie historii, to znaczy po stronie amerykańskich rewolucjonistów. Niekoniecznie przy tym ślepo wierząc, że USA to czyste dobro. Jamie pyta, co się stanie z rdzennymi mieszkańcami tego kraju, skoro mają zamieszkać tu miliony imigrantów, a słysząc wiadomą odpowiedź, przytomnie zauważa, że American dream to dla niektórych raczej koszmar. Co oznacza, że "Outlander" – zgodnie z zapowiedziami – nie podejdzie idealistycznie do amerykańskiej historii i pokaże też jej paskudne strony.

Ale przede wszystkim szykuje się wielka przygoda. Mroczniejsza, niż mogliśmy przypuszczać, oglądając, jak nasza miła ekipa płynie do Riverrun, by odwiedzić ciotkę Jocastę (w tej roli pojawi się Maria Doyle Kennedy z "Orphan Black"), damę najwyraźniej uwielbiającą wszystkich mężczyzn, pod warunkiem że noszą nazwisko Cameron. Choć krewna Jamie'ego wygląda na bardzo interesującą kobietę, już wiemy, że to nie do niej będzie należał ten sezon.

Outlander sezon 4

Dwa wejścia Stephena Bonneta (Ed Speelers z "Downton Abbey") wystarczyły, by mnie przekonać, że to może być najciekawszy łotr od czasów Black Jacka. Najpierw oczarował i owinął wokół palca Claire, zdobywając zaufanie jej i Jamie'ego, a następnie pokazał paskudną twarz w ostatniej scenie. Wszystko potoczyło się w tak szalonym tempie, że pewnie nie tylko główna bohaterka "Outlandera" miała na początku problem ze skojarzeniem, iż to ten sam sympatyczny człowiek, któremu opowiadała chwilę wcześniej o swoich dwóch obrączkach.

Przy dźwiękach "America the Beautiful" Raya Charlesa rozegrała się jedna z najkrwawszych, najbardziej okrutnych scen w serialu. Pirat bez mrugnięcia okiem rabował i mordował, w jednej chwili sprawiając, że to, co wyglądało na jasną przyszłość (z rubinami jako gwarantem), zamieniło się w koszmar. Na takiego drania czekałam – Bonnet to inteligentny manipulant, okrutnik i przede wszystkim postać, o którym od razu chcę wiedzieć więcej. Kim jest, skąd pochodzi, czemu wybrał taki fach i jak to robi, że potrafi wcielić się w swoje dokładne przeciwieństwo? I dlaczego właściwie wrócił, żeby okraść Fraserów, którzy uratowali mu życie? Czy chodziło tylko o rubiny, czy stoi za tym coś więcej? Jeden pirat i tyle pytań – jest dobrze.

Wyrazisty, frapujący czarny charakter, piękne sceny seksu (w premierze też takiej nie zabrakło, bo jakżeby mogło), nowe otoczenie i współczesne podejście do historycznych realiów – takie powinny być atuty 4. sezonu "Outlandera". Czyli w zasadzie mamy to co zwykle, tylko podane w nowym opakowaniu. Kiedyś pewnie mi się to znudzi, ale jeszcze nie teraz. Teraz cieszę, że jeden z moich ulubionych seriali guilty pleasure wrócił i znów potrafi sprawić, że na godzinę zapominam o reszcie świata.

"Outlander" jest dostępny w serwisie Netflix. Kolejne odcinki w poniedziałki.