"The Romanoffs" kończy się tak, jak się zaczęło – podróżą z kuriozalnym twistem. Recenzja finału serialu

"The Romanoffs" (Fot. Amazon Prime Video)

0

Ach, cóż to była za podróż! Piękna, banalna, frustrująca i jedyna w swoim rodzaju. To ostatnie jest pewne – nikt już nie wyda tyle kasy na taki serial jak "The Romanoffs". Trochę spoilerów.

"The One That Holds Everything", czyli 80 minut uciekania po świecie przed rodzinną klątwą, to już ostatnia odsłona "The Romanoffs", monumentalnego nowego dzieła twórcy "Mad Men", Matthew Weinera, które od początku do końca znieśli chyba tylko jego najwięksi fani i zarazem zatwardziali masochiści. Jako że jestem połączeniem obu, okazałam się publicznością idealną, a nawet trochę mi smutno, że to już koniec. W oglądaniu co tydzień przez półtorej godziny, jak najlepsi aktorzy usiłują przebić się przez scenariuszową marność, było coś fascynującego.

I dokładnie tak wyglądał finał, długaśny i ambitny pod względem konstrukcji odcinek, który ciągnął Hugh Skinner ("Harlots") w roli Simona, młodego mężczyzny wychowanego w absurdalnie okropnej brytyjskiej rodzinie. Jego matka była z Romanowów, czego dowodem była wrodzona gracja i ogromne kolczyki, ojciec z kolei to przerysowany, jednowymiarowy łajdak, który romansował i ożenił się z młodą nianią o imieniu Ondine (Hera Hilmar, "Demony da Vinci"). I to niedługo po śmierci matki Simona w pożarze, dla lepszego efektu. Cała historia jest mocno groteskowa, trochę w stylu "Serii niefortunnych zdarzeń", ale zaserwowana ze śmiertelną powagą, bo co jak co, ale niepoważne "The Romanoffs" nie jest.

The Romanoffs

Na poważnie napisany został także końcowy twist, w którym napędzany chęcią zemsty Simon, już po przemianie płci, morduje w pociągu swojego przyrodniego brata Jacka (JJ Feild, "Turn"), tak się składa, że scenarzystę miniserialu o Romanowach. Tego samego, na którego planie uśmiercono Olivię (Christina Hendricks) i w który był zaangażowany także pisarz Daniel Reese (John Slattery).

I właściwie nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, bo to kolejny odcinek "The Romanoffs" zbudowany według tego samego schematu, z twistem, który może i był zaskakujący, ale głównie dlatego, że prawie nic go nie usprawiedliwiało. Historyjka z ciążą i romansem w "The Violet Hour", nieudane zabójstwo i finałowa jazda Kerry Bishé w "The Royal We", śmierć na planie w "The House of Special Purpose" – to wszystko upichcono według tego samego przepisu, podobnie zresztą jak większość kolejnych odsłon serialu. Długie i mozolne klecenie historii, bardzo rzadko zawierających w sobie jakiekolwiek ludzkie emocje, a następnie bum. Zgadłeś, drogi widzu, czy jednak twoja wyobraźnia tak daleko nie sięgała?

Ja nie zgadłam, że Candace (Adèle Anderson) to tak naprawdę Simon i że morderstwo, o którym mówi, dopiero się wydarzy. To jeden z tych twistów, które nie wynikają właściwie z niczego i uderzają widza między oczy – Charlie Brooker mógłby coś takiego zrobić. Mogłaby też takie morderstwo w pociągu zorganizować Agatha Christie. Tyle że i Brooker, i Christie zbudowaliby porządne podwaliny pod taką końcówkę. Owszem, dobrze by je zamaskowali, ale one cały czas by tam były. Weiner tak nie zrobił, bo już poprzednie odcinki pokazały, że nie chce, nie lubi ewentualnie po prostu nie umie tego robić.

W tym przypadku twist nie wypalił z prostego powodu: OK, my mieliśmy pełne prawo nie domyślić się, kim jest gadatliwa kobieta z pociągu, ale czy Jack naprawdę nie rozpoznałby historii własnej matki? Mógł jej nie znać ze szczegółami, ale coś przecież kojarzyć musiał. A i o swoim przyrodnim bracie Simonie na pewno sporo słyszał, nawet jeśli na dobrą sprawę go nie znał. To poważne luki, których nie usprawiedliwia nic i czyni zakończenie kuriozalnym.

The Romanoffs

Kuriozalnym, ale też paradoksalnie trochę atrakcyjnym, bo to właśnie ono sprawia, że zapamiętam odcinek z udręczonym chłopakiem, który tak naprawdę był kobietą uwięzioną w męskim ciele (przy okazji warto zauważyć, że "The Romanoffs" średnio oddało sprawiedliwość kolejnej swojej transgenderowej postaci). Zapamiętam też Hongkong, występ "Eternal Flame", okropną nianię, która "udawała", że może być jak Romanowowie (bo wiecie, jedni są Romanowami, a inni tylko udają), finałowe morderstwo i Candace maszerującą w rytm "West End Girls" Pet Shop Boys.

Ale to, że w każdym odcinku "The Romanoffs" da się znaleźć kilka pomysłów, które z różnych powodów zostaną z nami na dłużej, nie czyni całości udaną. Weiner, który w dużej mierze zrobił serial sam – mówię nie tylko o scenariuszu i reżyserii, ale też choćby montażu – zawiódł w każdym możliwym departamencie. Jego w zamierzeniu ambitna podróż po świecie w towarzystwie ludzi, którzy odkrywczym tonem wygłaszali największe banały o Romanowach, była tyleż ładna co pusta w środku. Dostaliśmy osiem poskładanych ze schematów historii, w których często dało się docenić jakiś fajny element, ale które rzadko działały jako całość. Znakomita obsada męczyła się, odgrywając papierowe postacie. Prawdziwych emocji było tyle co na grzybach, bo i z prawdziwymi ludźmi był tu pewien problem.

Właściwie tylko "End of the Line" – siódmy odcinek, w którym Kathryn Hahn i Jay R. Ferguson pojechali do Władywostoku kupić sobie dziecko – był udany, choć niepozbawiony pewnych drobnych wad. Zadziałało w nim jednak to co najważniejsze: oglądaliśmy prawdziwych ludzi w bardzo emocjonalnej sytuacji i mocno nietypowej otoczce. Prawdopodobnie to zasługa jego scenarzystów, André i Marii Jacquemettonów, którzy oparli tę historię na własnym doświadczeniu. Dlatego to się udało – bo to było coś osobistego.

Pozostałe odcinki porażają emocjonalną pustką, bo nie oglądamy w nich ludzi. Oglądamy szablony, tworzone trochę tak, jak ustawia się pionki w grze – w konkretnym celu, którym tutaj jest historia. Oni nigdy nie mieli stać na własnych nogach, mieli spełnić swoje zadanie w opowieści, która jej twórcy za każdym razem wydawała się świetna, inteligentna i wyjątkowa. Być może gdyby Weiner wyszedł za każdym razem od postaci i zastanowił się nad ich odczuciami, coś by z tego było. A tak mamy banalne historyjki z szablonowymi bohaterami. Często piękne, bo zrobione na bogato, ale niezawierające ani jednej oryginalnej myśli. Prawie jak ostatnie filmy Woody'ego Allena – seria pocztówek z różnych stron świata.

The Romanoffs

Aby opowiedzieć dobre, wciągające historie o poszukiwaniu i kwestionowaniu własnej tożsamości, Weiner nie potrzebował ani wspaniałych miejscówek na kilku kontynentach, ani popularnych hitów muzycznych, ani znanej obsady. Nie potrzebował też do niczego Romanowów, z których niezwykłości zrozumiał mniej więcej tyle, co Joshua Long z polskiej historii w "1983", czyli nic. Dobry scenariusz załatwiłby sprawę, ale go tutaj zabrakło. I dlatego wyszedł tak nierówny twór, którego męczyłam co tydzień w dużej mierze dlatego, że dawało się w nim odnaleźć madmenizmy, czyli pewne charakterystyczne przyzwyczajenia twórcy "Mad Men".

Cieszyły mnie też powiązania między bohaterami, choćby malutkie, bo stanowiły dowód, że to jednak jest choć trochę przemyślany świat. To, że Daniel Reese pojawił się najpierw na rejsie z wykładem o Romanowach, a potem okazał się być nowojorskim pisarzem z pokomplikowanym życiem oraz autorem książki, na podstawie której powstał miniserial-morderca. To, że czasem ktoś z bohaterów mimochodem wspominał kogoś z innego odcinka. To, że na początku finału Jack minął na dworcu w Paryżu Grega i Sophie z "The Violet Hour". To bzdurki, ale z gatunku takich, które zawsze sprawiają frajdę. I tak też było w tym przypadku.

Cóż jednak z tego, skoro tak wiele elementów tego napompowanego, przesadzonego pod każdym względem serialu nie działa. Jak już pisałam przy okazji "Panoramy", "The Romanoffs" jest jak pudełko przeterminowanych czekoladek – może i za każdym razem wyciągniesz coś innego, ale nigdy nie będzie to świeże. To bardzo frustrujące doświadczenie. Pozostaje mieć nadzieję, że lekcję z niego wyciągną szefowie Amazona, którzy następnym razem zastanowią się, zanim komukolwiek dadzą 80-milionowy budżet i taką swobodę jak Weinerowi.

"The Romanoffs" jest dostępne w serwisie Amazon Prime Video.

  • Iwona

    Dobrze, że to już koniec, bo ta produkcja oprócz jakiejś okropnej, wstydliwej radości z oglądania klęski za miliony monet nie miała prawa dawać widzom nic. W tym ostatnim odcinku Weiner postanowił poromansować z kinem Almodovara i wyszedł mu pastisz, no bywa i tak. W ogóle jak pomyślę o tych wszystkich odcinkach to oprócz prostych turystycznych informacji Weiner chciał/marzył o tym żeby widzowi zaoferować całkiem sporo; były o poważne dramaty, były rodzinne sekrety, było szukanie własnego miejsca w świecie, było romansowanie z horrorem, była jakaś satyra na temat produkcji filmowych, to są naprawdę dobre filmowe tematy tylko żeby je dobrze zrealizować trzeba w scenariuszu "mieć" talent, wrażliwości i cierpliwość.

  • BMR

    Oglądałam co tydzień (jest we mnie najwyraźniej sporo z masochistki- ostatecznie zmęczyłam obydwa odcinki "Into the Dark", oraz parę innych "takich rzeczy, że jeszcze mi wstyd"). Za każdym razem z taką myślą, że przecież to nie może być znowu tak bardzo o niczym, takie wyprane z treści i emocji jak markiza (takie ciastko), z której zostały dwa zleżałe herbatniki, bo ktoś zajumał spomiędzy nich cały krem (czyli, jak powszechnie wiadomo, esencję markizy). I co tydzień to samo- taka piękna katastrofa! Jest to dla mnie swego rodzaju fenomen- jak za taką kasę, z taką obsadą skiepścić cały serial.

  • Agnieszka Sokołowska

    A mnie ten serial się podobał, właśnie jestem po finale i żałuję, że to już koniec :)