"Community" (6x13): #andamovie

Szósty sezon "Community" przeszedł na Serialowej bez większego echa. Trudno się dziwić, zdecydowanie nie był wybitny, a poza tym nie otrzymał odpowiedniej promocji. Dobrze, że chociaż jego zakończenie było znakomite. Drobne spoilery.

Przyznam szczerze, myślałem, że po odcinkach z paintballem i weselem "Community" osiągnęło szczyt swoich możliwości w tym sezonie. Na całe szczęście Harmon najlepsze zostawił na koniec, co było dość niespodziewane, bo w pewnym momencie już straciłem wiarę, że będzie w tym sezonie jakikolwiek dobry odcinek. A tu proszę, udało się napisać bardzo dobry finał, który może stanowić albo ciekawy punkt wyjściowy dla 7. sezonu, albo godne zakończenie całego serialu.

I choć przyszłość "Community" na razie nie jest jasna, wydaje się, że wybrana zostanie ta druga opcja. No bo oczywiście moglibyśmy zobaczyć jeszcze jeden sezon, ale co by on wniósł? Jak wyjaśnić powrót Annie? Morderstwem rodziców Britty? Harmon, przemawiając ustami Abeda, zauważa, że szanse na kolejny sezon są małe. Po pierwsze, mało który serial potrafi utrzymać poziom po 6. sezonie. Po drugie, te, które poziom trzymały, nie musiały zmagać się z odpływającą obsadą. Zawsze można awansować postacie drugoplanowe, ale od razu wiadomo, że to już nie będzie to samo. Swoją drogą, nie wydaje Wam się, że z Toddem stało się coś złego, odkąd został brutalnie potraktowany przez głównych bohaterów w 3. sezonie?

Moglibyśmy wymyślić jeszcze kilka sposobów na przedłużenie życia serialu, ale, jak słusznie zauważył Abed (kiedy stał się on taki rozsądny?!), wszystko musi się kiedyś skończyć. Serial to przyjaciel, nawet jeśli zdarzają mu się gorsze dni, ale czasem trzeba pozwolić mu odejść. Ostatecznie wszyscy to akceptują, choć Jeff ma z tym spore problemy. Facetowi, któremu najtrudniej przyszło zintegrowanie się z resztą grupy, teraz najtrudniej jest się z nią pożegnać. Na całe szczęście zawsze może sobie wyobrazić, że w następnym sezonie, to znaczy semestrze, będzie guru dla grupy składającej się wyłącznie z seksownych, nerdowskich lasek.

Ostatnia scena z udziałem naszych bohaterów jest idealna – coś się kończy, coś się zaczyna (a Chang wyznaje, że jest gejem). Jedni odchodzą, ale inni wciąż są na miejscu i nadal można na nich liczyć. Przyznam szczerze, że Harmon nieco zaskoczył mnie tym, jak sentymentalny stał się na sam koniec. Te uściski, muzyka i specyficzne wyznanie miłości fanom serialu w scenie z grą planszową… Swoją drogą, był to najlepszy ze wszystkich żartów, jakie prezentowano na koniec każdego odcinka. Być może tylko mnie skojarzyła się nieco z finałem "Lost", ale przede wszystkim ujęła mnie autoironią, z jaką "Community" zostało potraktowane. No bo czy to ważne, że jedne żarty były bardziej śmieszne, inne mniej, że niektóre odcinki były zbyt koncepcyjne, żeby uznano je za zabawne i tak dalej i tak dalej? Nie, na końcu liczy się tylko to, że "Community" było jednym z najzabawniejszych i najbardziej inteligentnych seriali komediowych, jakie kiedykolwiek przyszło mi zobaczyć.

Kolejna seria byłaby już zupełnie niepotrzebna – zakończenie serialu było odpowiednie, a ewentualny epilog w postaci filmu zupełnie wystarczy, aby w godny sposób pożegnać się z naszymi ulubionymi bohaterami. Po cichu jednak marzę, żeby w filmie do ekipy wrócili Shirley (na dłużej niż dwie minuty), może nawet Pierce (kupiłbym takie zmartwychwstanie), ale przede wszystkim Troy. To byłby wielki ukłon w stronę fanów, którzy trwali przy tym serialu na dobre i na złe, należy im się za to jakaś nagroda. "Community" prawdopodobnie nie przejdzie do historii amerykańskiej telewizji, ale zostanie zapamiętane przez wierną grupkę osób, która zajadle walczyła o to, aby faktycznie doszło do #sixseasonsandamovie. Teraz oni czekają na swoją nagrodę - czyli #andamovie.

Czekam razem z nimi.

REKLAMA