Jak zabić serial: "Czysta krew"

"Czysta krew" (Fot. HBO)

"Czysta krew" (Fot. HBO)

Od finału "Czystej krwi" nie minęło zbyt wiele czasu, ale ja wciąż pamiętam, jak świetny był to kiedyś serial. I jak fatalny stał się niedługo później.

Pamiętacie "Czystą krew", gdy debiutowała na antenie HBO? Była to wtedy najbardziej niegrzeczna produkcja w amerykańskiej telewizji, pełna czarnego humoru, krwi, przemocy i seksu. Ale po jakimś czasie zamieniła się w rozwleczoną telenowelę, przy której do końca zostali tylko najwierniejsi fani, masochiści oraz ci, którzy nie znaleźli o tej porze niczego ciekawszego na innych kanałach. Mniej więcej od 4. sezonu lista zalet tego serialu była zdecydowanie krótsza od listy wad, których kilka znajdziecie poniżej.

1. Twórz milion wątków, ale żadnego sensownego. W pewnym momencie twórcy serialu stwierdzili, że każdy bohater powinien otrzymać swoją własną historię. Tym samym odcinki stały się jeszcze bardziej poszatkowane niż w "Grze o tron". 5 minut na ekranie i następny, 5 minut i następny… W ten sposób mogliśmy śledzić milion historii, ale żadna z nich nie wzbudzała nawet najmniejszego zainteresowania. Pamiętacie, kiedy sensowny wątek otrzymał Lafayette? Albo Sam, którego szczególnie miałem dość w okolicach 4. sezonu, gdy w serialu rozgościł się jego braciszek. Terry walczący z jakimś ognistym potworem to straszne kuriozum, tracący pamięć Eric, który tym samym zamienił się w ciepłą kluchę, udowodnił, że twórcy absolutnie nie potrafili wyczuć, czego oczekują od nich widzowie.

Historia Alcide'a nagle zupełnie nie łączyła się z resztą fabuły, przez co oglądając sceny z nim można było odnieść wrażenie, że oglądamy nie "Czystą krew", a jej spin-off, z bandą niezbyt interesujących wilkołaków w roli głównej. Podejrzewam, że sensowne i intrygujące wątki, jakie pojawiły się w serialu od czasu 3. sezonu moglibyśmy policzyć na palcach jednej dłoni, no może dwóch. Wynik fatalny, patrząc na to, iloma historiami zostaliśmy zasypani.

2. Wprowadzaj kolejne niepotrzebne gatunki bohaterów. Jedna z największych wad tego serialu. Produkcja o wampirach nagle stała się produkcją także o wróżkach, wiedźmach, zmiennokształtnych, wilkołakach, ifrytach i tak dalej. Bez jakiegokolwiek sentymentu wspominam panterołaki, kolejny cudowny "wynalazek" scenarzystów. Szczyt głupoty osiągnęliśmy jednak dopiero w 6. sezonie, gdy na ekranie pojawił się wróżkowampir (!). Do dziś zastanawiam się, co przyszło twórcom do głowy podczas tworzenia tej postaci.

Pod koniec serialu już mało który bohater był zwykłym człowiekiem – niemal każdy z nich posiadał już jakieś nadnaturalne moce. Rozumiem, że "Czysta krew" to serial z elementami fantasy, ale w pewnym momencie ktoś chyba zdecydował o tym, żeby zamiast w jakość pójść w ilość. Przykładem mogą być zmiennokształtni – to był prawdziwy hit, gdy odkryliśmy zdolności Sama, ale później zaczęli się oni pojawiać na każdym kroku. Gdyby nie kultowa scena z Samem-muchą, do dziś uważałbym ich za jeden z najbardziej zmarnowanych pomysłów.

3. Zbyt szybko pozbywaj się postaci z potencjałem, za późno zabijaj te beznadziejne. To był spory błąd twórców. Obsada serialu rosła do niebotycznych rozmiarów, choć połowy bohaterów równie dobrze mogłoby w niej nie być. Szczególnie było widać to w finałowym sezonie, gdzie w pewnym momencie na ekranie roiło się od bohaterów, ale większość z nich przewijała się przez niego zupełnie bez celu. Ponieważ głupio było ich wszystkich zabić od razu, po prostu przestano ich pokazywać, aż do "wielkiego finału" przy świątecznym stole.

Niektóre postacie, jak Steve Newlin czy Hoyt były po jakimś czasie przywracane do obsady, choć twórcy nie mieli absolutnie żadnego pomysłu na ich rozwój. W ostatnich dwóch seriach, gdy nie wiedziano już zupełnie, co zrobić z danym bohaterem, uśmiercano go. Co prawda nie było w tym absolutnie żadnych emocji, ale przynajmniej można było pociągnąć na jego śmierci kolejny odcinek. Alcide, Tara, Nora i masa innych bohaterów… Ich zgony nie niosły za sobą żadnych emocji, także dlatego, że wielu z nich było zupełnie niepotrzebnych. Nigdy nie zrozumiem sensu wprowadzenia do fabuły Jesusa, Tommy’ego czy Luny – serial byłby bez nich o wiele lepszy. Zdecydowanie za szybko pożegnaliśmy za to takie postacie, jak królowa wampirów Sophie-Anne, Roman czy Godric – w końcu wampiry były chyba największą zaletą tego serialu i zwłaszcza te najbardziej charakterystyczne nie powinny tak szybko wypadać z obsady. Zwłaszcza że ta fleja, Bill, przetrwała do samego końca.

4. Strać cały humor i cięty język. No dobra, "Czystej krwi" do samego końca przytrafiały się teksty ostre jak brzytwa lub pełne humoru, chociażby Pam mówiąca "I’m a republi-cunt" czy Steve krzyczący przed śmiercią "I love you… Jason Stackhouse!". Problem w tym, że były to już tylko wyjątki. W pierwszych dwóch sezonach twórcy cały czas puszczali do nas oko i wiedzieliśmy, że nie oglądamy produkcji robionej do końca na poważnie. Przecież "Czysta krew" była w sporym stopniu satyrą na amerykańskie południe i wszystkie jego cechy charakterystyczne – religijny fanatyzm, uprzedzenie do osób o innej orientacji czy kolorze skóry, broń w każdym domu itp. Później serial, którego nie można do końca traktować poważnie, zaczął być "sprzedawany" widzom jako produkcja poważna. Tym samym stracono jedną z jej cech charakterystycznych.

5. Stwórz zakończenie zupełnie niepasujące do konwencji serialu. Finałowy, 7. sezon "Czystej krwi" w całości nie nadawał się do oglądania, od patrzenia na kolejne "popisy" scenarzystów mogła rozboleć głowa. Mimo wszystko cały czas próbowano utrzymać konwencję krwawego, pełnego przemocy serialu. I nagle, w ostatnim odcinku produkcji, wszystko trafił szlag i zafundowano nam fabułę rodem z "M jak miłość". Kto na to wpadł, nie wiem, ale chętnie bym go spotkał i dał w zęby. Na beznadziejny wątek ślubu Jessiki i Hoyta powinniśmy spuścić zasłonę milczenia. Twórcy chyba mieli wrażenie, że widzowie to idioci, na dodatek cierpiący na chorobę Alzheimera, bo odkąd tylko Hoyt wrócił do serialu, próbowali nas przekonać, że on i Jessica zawsze stanowili najlepszą parę pod słońcem i w sumie to nie wiadomo dlaczego się rozstali…

Sookie miotała się w huraganie sprzecznych uczuć, a my kolejny już raz mieliśmy tej bohaterki dosyć. Scena, gdy Bill wyznaje jej, że musi umrzeć, bo inaczej ona nigdy nie będzie szczęśliwa, tylko umocniła nas w opinii, że to jedna z najgorszych par w historii telewizji. Wisieńką na pokrytym pleśnią torcie jest ostatnia scena, gdy prawie wszyscy żywi bohaterowie spotykają się podczas Święta Dziękczynienia, przytulają, trzymają za ręce i w ogóle są przeszczęśliwi… Ta sielankowa atmosfera nijak pasowała do tonu całego serialu i tak, jak czasem seriale komediowe starają się być zbyt dramatyczne na koniec, tak tutaj finał "Czystej krwi" wyglądał, jakby przeklejono go z jakiejś familijnej produkcji.