"The Astronaut Wives Club" (1x01-02): Brunetki, blondynki...

"The Astronaut Wives Club" (Fot. ABC)

"The Astronaut Wives Club" (Fot. ABC)

Stylowe sukienki, ładne dziewczyny, przyjemny klimat retro. Jeśli szukacie niezobowiązującej propozycji na lato, "The Astronaut Wives Club" może się sprawdzić. Ale na tym zalety produkcji ABC się kończą.

"The Astronaut Wives Club", choć dzieje się w latach 60. i zasiedlone jest przez kobiece bohaterki, wtłoczone w absurdalny gorset żony idealnej, nie jest nowym "Mad Men" ani nawet "Masters of Sex". Jest raczej czymś w stylu "Pan Am" - dobrze zrealizowanym lekkim serialikiem, w którym, owszem, pojawiają się próby zbudowania mocniejszego wątku dramatycznego, ale toną one w schematach i banałach.

Serial opowiada o żonach astronautów - kobietach, które trwały u boku siedmiu facetów wysłanych przez Amerykanów w pionierskie misje Mercury Seven w latach 60. Jego twórczynią jest Stephanie Savage ("Plotkara"), ale scenariusz w dużej mierze opiera się na książce Lily Koppel "The Astronaut Wives Club: A True Story". Jej autorka sporo rozmawiała z prawdziwymi małżonkami uczestników misji NASA i w serialu też trochę z tych prawdziwych osób i prawdziwych historii zostało. Ale jeśli spodziewacie się soczystego dramatu o samotności, romansach, miotaniu się pomiędzy wielkim strachem i jeszcze większą ekscytacją, tu tego nie znajdziecie.

Owszem, wszystkie wyżej wymienione tematy zostały jakoś w "The Astronaut Wives Club" zaznaczone, ale serial prześlizguje się tylko po powierzchni spraw. Oba pierwsze odcinki wypakowane są znaczącymi wydarzeniami - gdyby to było "Mad Men", tego materiału starczyłoby na dwa sezony - i wszystko, wszyściuteńko potraktowane zostało po łebkach, a bohaterki ledwie zarysowane. Serial ABC to tylko ugrzeczniona bajeczka, ładniutka, płyciutka i kompletnie nic niewnosząca.

Choć nie da się jej odmówić klimatu. ABC nie skąpi pieniędzy na piloty i to widać. Scenografia, makijaże czy kostiumy nie odbiegają poziomem od podobnych produkcji telewizji kablowych. Oczywiście nie uświadczycie tu aż takiej dbałości o szczegóły, jak w przypadku "Mad Men", ale nie da się ukryć, że mamy do czynienia z bardzo dobrze zrealizowanym serialem, w którym wszystko wygląda tak jak należy. Głównie dzięki temu da się go oglądać bez zgrzytania zębami.

Sama historia specjalnie nie wciąga. Niby każda z siódemki bohaterek - Betty (JoAnna Garcia Swisher), Rene (Yvonne Strahovski), Louise (Dominique McElligott), Trudy (Odette Annable), Marge (Erin Cummings), Annie (Azure Parsons) i Jo (Zoe Boyle) - ma własny rys, a na dodatek obsada nie mogłaby być lepsza, a jednak przez dwa odcinki żadna z nich specjalnie mnie nie zainteresowała. Owszem, Dominique McElligott świetnie wygląda z ciemnymi włosami i gra fajną, silną postać. Owszem, Yvonne Strahovski z gromadką dzieci i niezliczoną ilością pstrokatych sukienek to jakaś odmiana od poprzednich ekranowych wcieleń tej aktorki. Owszem, Odette Annable daje radę jako feministka, która chce spełniać własne marzenia, a nie męża. Ale nikt tutaj nawet nie próbuje wyjść poza stereotyp.

Główne bohaterki są średnio napisane, jeszcze mniej ciekawi są ich mężowie, których po dwóch odcinkach kompletnie nie rozróżniam. "The Astronaut Wives Club" to jedna wielka parada pań w pięknych sukienkach, dzierżących w dłoniach naczynia z jedzeniem, i ich mężów, kompletnych buraków, którzy obściskują się z panienkami przy basenach, choć powinni być supermanami dokonującymi bohaterskich czynów. Ten rozrzut pomiędzy prawdziwym życiem, a idealnym, propagandowym wręcz obrazkiem sprzedawanym w mediach jest ogromny, ale nawet z tego serial nie jest w stanie wycisnąć niczego, co by widzem wstrząsnęło.

"The Astronaut Wives Club" to serialowy fast food - niby ze składnikami wszystko jest w porządku, a samo spożywanie do tortur nie należy, a jednak brakuje w tym czegoś prawdziwego czy też wartego zapamiętania. To stracona szansa, żeby opowiedzieć mocną, feministyczną historię kobiet, których życie nie sprowadzało się do "ładnie wyglądać, nie tracić ducha, być dobrą żoną, matką i Amerykanką", choć tak właśnie portretowano je w mediach.

W zamian otrzymaliśmy bezzębną operę mydlaną w klimacie retro. Szkoda.