"Penny Dreadful" (2x10): I tak kroczymy samotnie...

"Penny Dreadful" (Fot. Showtime)

"Penny Dreadful" (Fot. Showtime)

"Penny Dreadful" uparcie nie chce być ani czymś innym, ani czymś więcej, ale fantastyczna scenografia, doskonała muzyka i literackie dialogi są w stanie wiele wynagrodzić. Uwaga na spoilery z finału 2. sezonu.

W tym roku naprawdę polubiłam "Penny Dreadful" - nie dlatego, że nie ma wad, ale pomimo jego wszystkich wad - mimo to nie byłabym sobą, gdybym nie wyraziła rozczarowania finałem. Przed rokiem ostateczna rozgrywka z wampirami okazała się niewarta czekania, w tym roku ten błąd znów powrócił. Przez cały sezon budowano napięcie, po to by w finale miało ono sięgnąć zenitu, a tymczasem znów się okazało, że to, co zaplanowano, można podsumować banalnym "z dużej chmury mały deszcz".

Oczywiście, z punktu widzenia Vanessy zabicie Evelyn Poole i starcie z samym szatanem to naprawdę wielkie i przerażające wydarzenie, ale ja jako zjadacz popkultury poczułam się rozczarowana, że wystarczyło parę minut z demoniczną Evą Green, by było po wszystkim. I choć aktorsko to starcie wypadło przepysznie, uczucie niedosytu pozostaje. Znów przez cały sezon bohaterowie przygotowywali się do wielkiej rozgrywki, która trwała zaledwie chwilę.

Oczywiście nie obyło się bez ofiar - zginął Sembene (Danny Sapani), zeżarty nie przez wiedźmy ani diabła we własnej osobie, tylko pana Chandlera w wilczej wersji. Tej postaci będzie mi rzeczywiście szkoda, jako że wnosił jakiś cudowny spokój w to wszystko. Zawsze był na swoim miejscu i nie zadawał wielu pytań, gotowy ruszać na pomoc, kiedy ktoś był w potrzebie. Mam zastrzeżenia co do sposobu, w jaki się go pozbyto - najpierw łopatologicznie, na łapu capu, streszczono nam jego historię, a chwilę potem rzucono Ethanowi na pożarcie. Wielka szkoda. Zwłaszcza że sama śmierć aż takiego wrażenia na mnie nie zrobiła, będzie mi po prostu brakować tego faceta.

Bo zgrana ekipa bohaterów - i aktorów - to chyba najlepsze, co ma do zaoferowania "Penny Dreadful". W 2. sezonie relacje pomiędzy nimi wspaniale rozwinięto, każąc na przykład spotykać się osobom, które, jak się wydawało, spotkać się nie mają szans. I w większości przypadków sprawdziło się to świetnie. Dorian Gray i Lily Frankenstein wymiatają jako krwawy duet, który chce, żeby przed nimi klękano. Vanessa i pan Clare dostarczyli nam paru niebanalnych rozmów o życiu i całej reszcie. Ciekawa chemia pojawiła się pomiędzy Ethanem a inspektorem Ruskiem. A do tego oczywiście sir Malcolm i Vanessa, Ethan i Vanessa, Victor i Vanessa... Eva Green świetnie wypada z każdym, a jej bohaterka każdego zdaje się rozumieć w tym samym stopniu. Kiedy mówi potworowi Frankensteina: "Jesteś najbardziej ludzkim człowiekiem, jakiego znam", wierzymy, że rzeczywiście tak myśli.

Warto przy tym zauważyć, że postacie z "Penny Dreadful" nie myślą w kategoriach XIX-wiecznych. O nie, oni noszą modne swetry prosto z wystawy H&M i zachowują się prawie tak jak my byśmy się zachowywali na ich miejscu. Nawet ściskają się i całują, jak gdyby przenieśli się do wiktoriańskiej Anglii z XXI wieku. Tylko rozmowy prowadzą bardziej wysublimowane niż my.

John Logan dba o to, aby w "Penny Dreadful" widać było literackie zacięcie, Abel Korzeniowski pisze fantastyczną muzykę, a i wizualnie jest po prostu wspaniale. Widać, że Showtime na serialu nie oszczędza, ale widać też w tym wszystkim świeże pomysły. Nie znam drugiego "strasznego serialu", w którym ubrana na biało i postrzelona w piersi para tańczyłaby walca, zostawiając na podłodze smugę krwi. "Penny Dreadful" dba o swój wygląd, często bardziej niż o fabułę.

Nawet - ważną przecież - scenę z samej końcówki odcinka, w której pokazano trzy statki odpływające w różnych kierunkach, będę pamiętać głównie dlatego, że znakomicie ją zrealizowano. Podobnie było ze zdejmowaniem krucyfiksu przez Vanessę - ona nie musiała nic mówić, wystarczył wyraz jej twarzy i kamera wolno śledząca każdy jej ruch. Uwielbiam patrzeć na "Penny Dreadful", choć nie wszystko, co się dzieje na ekranie, wciąga mnie w tym samym stopniu.

W odcinku "And They Were Enemies" mniej podobało mi się finałowe starcie z wiedźmami, bardziej wszystko to, co się działo gdzieś obok. Zemsta pana Clare'a na Putneyach, choć łatwa do przewidzenia, z całą mocą pokazała, jak skończył się eksperyment doktora, który postanowił pobawić się w boga. To samo zresztą udowodniła Lily, która ani myśli być narzeczoną Frankensteina. Chce mścić się, zabijać, nie przejmować się obowiązującą moralnością. I trafiła na kogoś, kto te pragnienia rozumie.

Dość średnio wypadł wątek Ethana - który odmówił Vanessie, a następnie udał się do inspektora Ruska, w nadziei że go powieszą, i nieźle się zdziwił, że nikt go wieszać nie zamierza. Brytyjska policja prowadziła śledztwo ws. morderstw na swoim terytorium, tylko po to aby tak po prostu oddać podejrzanego Amerykanom. Nie ma w tym w ogóle sensu.

Niestety, ale tak właśnie jest z serialami z literackim zacięciem - lepsza w nich jest forma niż treść. Zwłaszcza kiedy ich twórcy próbują zejść na ziemię i budować wciągającą intrygę w klasycznym przygodowym stylu.

Po tym finale można odnieść wrażenie, że każde z bohaterów poszło w swoim kierunku i w zasadzie nie wiadomo, jak dalej poprowadzić tę historię. Ale John Logan jeszcze ma wiele do powiedzenia, co widać, kiedy zerknie się do kanonu i porówna się losy "oryginalnych" bohaterów tej opowieści z tymi serialowymi. Widać kiedy "Penny Dreadful" od kanonu się oddala i kiedy znów się do niego zbliża, ale wydaje się, że rdzeń pozostaje bez zmian. Wszyscy prędzej czy później zaczynają zmierzać tam, gdzie zmierzać powinni. I kiedy oni tak kroczą samotnie ku swojemu przeznaczeniu, my mamy czas, by nacieszyć oko i ucho detalami. Tak było rok temu, tak było teraz i w kolejnym sezonie pewnie też wiele się nie zmieni.

"Penny Dreadful" to jeden z tych seriali, które lepiej wypadają, kiedy nie szuka się w nich sensu i nie analizuje się każdej sceny z osobna, każdego starcia z nagą wiedźmą czy szatanem pod postacią porcelanowej kukły. W ten świat trzeba po prostu zanurzyć się bez reszty.

REKLAMA