7 rzeczy, które uczyniły mój tydzień lepszym

"Orange Is the New Black" (Fot. Netflix)

"Orange Is the New Black" (Fot. Netflix)

Maraton "Orange Is the New Black", wszystkie efektowne trailery z Comic-Conu, nowa scena z Mulderem i Scully. To był fantastyczny tydzień!

1. Maraton "Orange Is the New Black". Proszę państwa, to się dzieje naprawdę, kończę 3. sezon "Orange Is the New Black". Oczywiście machnęłam drugą połowę sezonu (przede mną jeszcze tylko finał) w dwa wieczory i jestem zaskoczona, że wciąż jest tak dobrze. To znacznie lżejszy i troszkę mniej spójny sezon niż poprzedni, ale wszystko działa naprawdę nieźle, a humor chyba jeszcze nigdy nie był tak ostry. W tym sezonie Jenji Kohan kpi rzeczywiście ze wszystkiego - Żydów, Hitlera, NSA i CIA, samotnego Koranu w bibliotece, różnych barw American dream, "Nędzników", bardzo poważnych seriali science fiction i jeszcze poważniejszych filmów porno...

A jednocześnie pod tą komediową otoczką skrywa się kawał prawdy o samotności, miłości, macierzyństwie i całej tej popapranej reszcie zwanej życiem. W "OITNB" nawet kiedy gwałcą, ma to sens. To bardzo dobry sezon, zabawniejszy niż wszystkie sitcomy razem wzięte - i właśnie dlatego kompletnie nie mogę pojąć, czemu Akademia Telewizyjna tak bardzo upiera się, żeby serial nie mógł startować w wyścigu po Emmy jako komedia. Niewiele jest seriali, które mnie tak śmieszą jak "OITNB". To satyra na całe amerykańskie społeczeństwo, która nie przestaje mieć komediowego zabarwienia, nawet kiedy dotyka bardzo poważnych kwestii.

2. Mulder i Scully znów tropią obcych. Jedna króciutka nowa scena obejrzana jakieś 20 razy. FOX wie, jak podgrzać atmosferę.

3. Amy Schumer na przesłuchaniu do "Real Housewives". - Jestem prawdziwa, często przebywam w domu, nie jestem żoną, ale uprawiałam seks z wieloma żonatymi facetami - tak zaczyna się (fałszywe, niestety) przesłuchanie Amy Schumer do "Real Housewives". A potem jest tylko lepiej. "Mogę wyglądać jak dziwka, ale... nią jestem". "Nie potrzebuję faceta, ale go chcę". Amy Schumer jak zwykle rządzi.

4. Fałszywy Elvis w "Detektywie". To prawda, że 2. sezon "Detektywa" częściej zawodzi niż zachwyca. To prawda, że ta scena była niemal identyczna z tym, co spotkało agenta Coopera w "Twin Peaks". Ale nic na to nie poradzę, "fałszywy Elvis", czyli tak naprawdę fałszywy Conway Twitty, śpiewający "The Rose" Colinowi Farrellowi podobał mi się nieziemsko. Długaśną analizę tej sceny przeczytacie tutaj, ja tylko powtórzę po raz enty, że to pasowało. Po pierwsze, to był czysty odlot i surrealizm, po drugie słowa tego utworu zaskakująco dobrze pasują i do tej konkretnej sytuacji, i do mieszkańców Vinci w ogóle.

5. Alison Brie w "Lip Sync Battle". "Lip Sync Battle" to prawdopodobnie jeden z dziwniejszych programów, jakie kiedykolwiek wymyślono - cała zabawa polega na tym, że celebryci rywalizują, kto lepiej porusza ustami (i resztą ciała) do słów znanych piosenek. Całość jest strasznie głupia i piekielnie uzależniająca. W najnowszym odcinku Alison Brie udawała Arianę Grande, a jej przeciwnikiem był Will Arnett, który jedyne, co mógł zrobić, to przegrać z klasą.

6. John Oliver i 15 tematów w minutę. Da się? Ano da się! A przy okazji to, co zrobił Oliver, to w zasadzie cała prawda o współczesnych mediach w pigułce. "Zbyt skomplikowane, w tym momencie nie ma na to czasu".

7. Wszystkie trailery z Comic-Conu. Co roku podczas Comic-Conu zalewa nas morze newsów (tu znajdziecie wszystkie tegoroczne), ale mam wrażenie, że w tym roku tego wszystkiego jest jakby jeszcze więcej. Zwłaszcza trailery wymiatają. Moim zaskakującym faworytem stały się "Kroniki Shannary" - tak, rozwiążemy konkurs, a potem przeczytamy książkę, na której okładce widnieje nasze logo! - które wyglądają, jak gdyby rzeczywiście nie szczędzono na nie kasy. Wiadomo, Nowa Zelandia zawsze prezentuje się świetnie, ale wydaje mi się, że chodzi o coś więcej. Serialowa Shannara ma w sobie to coś, a fakt, że serial robi MTV - które ostatnio ma nosa do młodzieżowych produkcji - całkiem dobrze wróży. Będzie hit.