"Orange Is the New Black" (3x08-13): Cuda, cuda!

"Orange Is the New Black" (Fot. Netflix)

"Orange Is the New Black" (Fot. Netflix)

"Orange Is the New Black" było najlepszą rzeczą, jaką widziałam latem 2013, a potem 2014, i w 2015 roku nic się nie zmieniło. Za nami zupełnie inny sezon niż poprzednie - i równie mocny. Uwaga na duże spoilery, także z finału!

Trochę czasu mi to zajęło, ale wreszcie się udało. Pochłonęłam resztę 3. sezonu "Orange Is the New Black" i jestem zachwycona dokładnie tak jak tą pierwszą. To zupełnie inny sezon, dużo, dużo lżejszy i znacznie mniej spójny niż poprzedni, ale tak samo udany. Jeśli nawet nie bardziej, bo w tym roku po raz pierwszy śmiałam się w głos, oglądając produkcję Jenji Kohan, i przewijałam niektóre sceny po dwa razy, tak podobały mi się dialogi.

"OITNB" nigdy jeszcze nie było tak zabawne i tak fajnie napisane jak w tym sezonie. W ciągu 13 odcinków scenarzyst(k)om udało się zakpić ze wszystkich i wszystkiego. Ostro żartowano ze wszystkich możliwych systemów religijnych (nawet samotny Koran, który został w bibliotece, to żart), kpiono z American dream, niedomagającego państwa, korporacji, niewolnictwa, NSA i CIA, nawet gwałt potraktowano nie do końca na poważnie, jednocześnie pokazując to, czego "Gra o tron" nie pokaże nam nigdy - jak wyglądają psychiczne skutki takiego wydarzenia.

Na skakaniu od jednej historii do drugiej i od jednego pomysłu do drugiego ucierpiała trochę płynność czy też spójność, ale mnogość wszystkiego zdecydowanie mi to wynagrodziła. To był sezon obfitujący w mocne retrospekcje - tu na pierwszy plan wysuwa się historia Leanne, kolejnej bohaterki, po której spodziewałam się wszystkiego, tylko nie TEGO - wszelkiego rodzaju dziwaczne pomysły i kompletne odloty. A jednocześnie był w tym wszystkim kawał prawdy, normalności i różnorodności rasowo-społeczno-osobowościowej. Nie do końca przemawiał do mnie kult Normy - choć jestem w stanie zrozumieć, że coś takiego może się wydarzyć w miejscu, w którym człowiekowi potrzeba dużo wiary, aby przetrwać kolejny dzień - ale już na przykład przemiana Czarnej Cindy w żydówkę, początkowo sprowadzająca się do pragnienia spożywania lepszych posiłków, a potem bardziej kompleksowa, była strzałem w dziesiątkę. Ta dziewczyna przekonała rabina i mnie też udało jej się przekonać.

Kosmiczne porno Suzanne - która oczywiście nigdy w życiu seksu nie uprawiała - to kolejna rzecz, w której się zakochałam, choć w zasadzie nie wiem, o co dokładnie w tej powieści w odcinkach chodziło. Ważne, że narodził się wokół niej kult, że admirał Rodcocker wyglądał na porządnie napisanego samca i że przy pomocy tej głupiutkiej, absurdalnej historii udało się przekazać wiele i na temat samej Suzanne, i jej czytelniczek, dla których kolejne rozdziały sprośnej opowiastki stały się remedium na wiele różnych problemów, poczynając od braku seksu i bliskości, a kończąc na potrzebie przeżywania czegoś wspólnie, bycia częścią grupy, którą łączą jakieś wspólne zainteresowania.

Bardzo mocne były historie Pennsatucky, zakochującej się w kolejnym już wąsatym draniu, jaki pojawił się w Litchfied, a także Sophii, która wylądowała w izolatce na nie wiadomo jak długo, dla własnego dobra, a nie dlatego, że zrobiła coś złego. Penn zdecydowanie ma pecha do facetów, ale zdaje się, że ostatnio zaczyna mieć szczęście do przyjaciół. Jej relacja z Boo - czy potraficie sobie wyobrazić dwie bardziej różniące się osoby? - była prawdziwym promykiem słońca w tym sezonie "OITBN".

Sophia do tej pory była akceptowana, do tego stopnia, że aż się dziwiłam, jak to możliwe w takim miejscu. Okazało się, że wystarczyło bardzo niewiele, aby to się skończyło; aby nazywano ją facetem, bojkotowano jej salon piękności i na dodatek jeszcze bito. Jednoosobowa klatka na szczury, w której wylądowała, to dobitny dowód na to, że nie znajdujemy się w miejscu, gdzie panuje jakakolwiek sprawiedliwość. Więzienie to miejsce, w którym koniec końców nie możesz nic, nieważne, jak długo udawało ci się wmawiać sobie, że jest inaczej.

Dał radę wątek korporacyjny, powiązany z wątkiem majtkowego niewolnictwa. Do tej pory za wszystkie absurdy i niesprawiedliwości systemu, w którego szponach znalazły się główne bohaterki, odpowiadało państwo. Teraz doszły do tego kompletnie surrealistyczne rządy prywatnej korporacji, której szefowie nie dość że nie rozumieją nic a nic z tego, jak funkcjonuje więzienie, to jeszcze wydają się kompletnie pogubieni, kiedy w grę wchodzi kontakt z ludźmi. Doszło tutaj do ostrego przerysowania i nie wszystko prezentowało się wiarygodnie - zwłaszcza na końcu, kiedy strażnicy tak po prostu zastrajkowali - ale z pewnością sprawdziło się jako pretekst, by spojrzeć inaczej na ludzi, którzy zarządzali Litchfield do tej pory. Pozytywnie zaskoczył mnie Caputo, klaskałam zachwycona, kiedy w barze rozległ się słynny utwór z "Nędzników", zaciekawiła mnie relacja Red z Healym. Znikło gdzieś wrażenie, że oto mamy system, w którym ktoś może więcej, ktoś jest poszkodowany, a ktoś jest oprawcą. To nie tak, w więzieniu z "Orange Is the New Black" właściwie nie ma ludzi jednoznacznie złych, po żadnej ze stron. Są tylko ludzie pogubieni, w mniejszym lub większym stopniu. Po obu stronach.

Ostatnia scena finału, z efektem katharsis osiągniętym za pomocą zwykłej kąpieli w jeziorze, pokazuje, jak niewiele czasem wystarczy, żeby wszystko było OK, przynajmniej przez chwilę. Wystarczy jakiś drobiazg, który sprawi, że poczujesz się człowiekiem i znów wszystko jest dobrze. Nikt nikogo nie chce mordować, córka wybacza matce, rodzą się nowe romanse i nowe przyjaźnie. Znika cała ta nienormalność, która jest częścią więziennej codzienności.

Trudno skomentować każdy wątek z tego sezonu, bo było ich rzeczywiście bardzo, bardzo dużo. Jedne poprowadzono porządnie, inne zaledwie liźnięto. Nie płakałam, kiedy Lorna wychodziła za mąż za chłopaka żywcem wyjętego z "Rodziny Soprano", ale za to porządnie się przeraziłam, kiedy Alex spotkała swoje przeznaczenie i oczywiście w tym momencie wątek urwano. Udało mi się polubić Brook, której reakcja na sytuację, w jakiej się znalazła, była bardzo, ale to bardzo właściwa. A sposób, w jaki Taystee i jej koleżanki zaopiekowały się nią, rzeczywiście mnie wzruszył. Zniknięcie Bennetta i koszmarne losy dziecka Dayi to też jeden z mocniejszych wątków, choć matka Pornstache'a, upierająca się, żeby adoptować "wnuka", nie spełniła moich oczekiwań. Ale największy cios w tym sezonie to zniknięcie Nikki, którą po prostu zabrano i o której wszyscy zdali się zapomnieć. Oczywiście wiadomo, że tak nie jest, ona kiedyś wróci i zostanie powitana potokiem łez, ale to, w jaki sposób ją usunięto z więzienia i serialu, obrazuje dobitnie nieludzkość systemu. Mocna rzecz, bez dwóch zdań.

Na deser zostawiłam to, co w tym sezonie wzbudzało chyba najwięcej kontrowersji, czyli przemianę Piper z zagubionej blondynki w parodię Heisenberga (bo przecież nie Dona Corleone!) oraz losy trójkąta Alex - Piper - Stella. Podobało mi się! Wszystko. Bardzo. I miało to sens - zwykła dziewczyna zakłada absurdalny biznes dla zabawy, a kiedy orientuje się, że jest w tym dobra, pojawia się naturalna żądza władzy - i było to cholernie zabawne. Patetyczna, wypełniona feministycznymi ideami przemowa Piper z 8. odcinka wciąż brzmi mi w uszach. "Może i my jesteśmy zamknięte, ale nasze majtki będą podróżować po świecie". Żart? Tak, i to dobry. Na początku. Do końca sezonu losy biznesu zdążyły się jednak mocno skomplikować i Piper, chcąc nie chcąc, zaczęła odkrywać w sobie coś, czego istnienia chyba sama nie podejrzewała. Nie mówcie mi, że to dziwna i nienaturalna przemiana, kompletnie się z tym nie zgadzam. Nasza blondynka, zupełnie jak Walter White, jest tak zapatrzona w siebie i zachwycona tym, ile może, że aż traci kontakt z rzeczywistością. Na razie oglądamy to wszystko w krzywym zwierciadle, ale z pewnością przyjdzie czas na reperkusje. Alex, która dorosła do tego, by być głosem rozsądku, ma rację. Piper nie wie nic o tym, w co się pakuje, jest jak zadowolony dzieciak, który znalazł niewypał i myśli, że to fajna zabawka.

Ruby Rose jako Stella wniosła dużo świeżości, lekkości i po prostu seksu. Wiadomo, że "Orange Is the New Black" to serial, który bez porządnych lesbijskich wątków by nie istniał, a to właśnie jest jeden z nich. Chemia pomiędzy Taylor Schilling i Ruby Rose od początku była nieziemska, powietrze aż wibrowało od tego szalonego napięcia seksualnego - i tak pozostało do ostatniej chwili. Zakończenie ma dla mnie jak najbardziej sens i już nie mogę doczekać się ciągu dalszego. Bo Stella najwyraźniej wcale nie wyjdzie we wtorek na wolność.

Nie jestem pewna, czy udało mi się ogarnąć wszystko, co było w tym sezonie, bo rzeczywiście był on wypakowany po brzegi pomysłami, żartami i wątkami, które nie łączyły się ze sobą. Po wszystkim pozostaje lekkie wrażenie chaosu, ale czy to znaczy, że za nami słabszy sezon niż poprzednie? Nie, nie i jeszcze raz nie! "Orange Is the New Black" wciąż jest świeże, ostre, rewelacyjnie napisane i idealne do oglądania w formie maratonu. Kończy się jeden odcinek, ja już chcę kolejny. Kończy się cały sezon, ja pytam, czemu był taki krótki. Oby wszystkie letnie seriale były tak udane!