Pazurkiem po ekranie #84: Trójkąty i inne figury

"Masters of Sex" (Fot. Showtime)

"Masters of Sex" (Fot. Showtime)

W dzisiejszym przeglądzie będzie o "Masters of Sex", "UnReal", "Halt and Catch Fire", a także... o ostatnich odcinkach "Gilmore Girls". Uwaga na spoilery!

Skoro jest lato, wreszcie można realizować najbardziej szalone pomysły, jak zakup za całkiem niewielkie pieniądze kilograma czereśni wielkości brzoskwini albo dokończenie "Gilmore Girls", jednego z najbardziej kultowych seriali w dziejach świata, który zaczęłam oglądać, zdaje się, trzy lata temu. Połowę tego czasu zajęło mi przebrnięcie przez nieprawdopodobnie wręcz słaby finałowy sezon, który stanowi najlepszy dowód na to, że czasem bez jednej osoby wszystko się wali.

Szeroko otwartymi oczami patrzyłam na to, co się dzieje. Nie dość że fabuła stała się już rzeczą zupełnie umowną, to jeszcze wraz z fajnymi dialogami znikła gdzieś chemia w obsadzie i wszyscy wyglądali jakby już nie mogli się doczekać końca tej męki. Nie do wiary, ile zepsuto pod nieobecność Amy Sherman-Palladino. Ale finał, o dziwo, był trafieniem w dziesiątkę, spełnił wszystkie moje feministyczne pragnienia i sprawił, że aż zrobiło mi się smutno i źle. Brakuje tego ciepła i tej zwyczajności w dzisiejszych serialach, oj, brakuje.

Zastanawiałam się, co jeszcze z produkcji sprzed 10-15 lat powinnam nadrobić, ale ostatecznie chyba stanie na powtórce "Z Archiwum X". Młodzi Gillian Anderson i David Duchovny to jest to!

382943658

Tymczasem w tym tygodniu rządziły trójkąty...

...i inne dziwne figury. Najwyraźniej zaznaczyło się to w "Masters of Sex", gdzie, jak sądziłam, dojdzie do aborcji i wszystko zostanie po staremu. Czytając biografię Mastersów - tę, którą wciąż można wygrać w naszym konkursie - zwróciłam uwagę na liczne różnice pomiędzy nią a serialem. Dzieci to jedna z nich. Prawdziwa Virginia Johnson miała ich dwójkę, a nie trójkę, i w czasach, do których doszliśmy w serialu, zaczynała cieszyć się sławą i znajomością z celebrytami. Stąd też sądziłam, że aborcja jest nieunikniona. Tymczasem serialowej Virginii postanowiono dać szansę na spełnienie się w macierzyństwie raz jeszcze i na dodatek ciążę pokazano w ekspresowym tempie.

Nie jestem pewna, czy to potrzebne - mój problem polega na tym, że ciągle porównuję prawdziwą historię z serialem i wychodzi mi, że w tym drugim za dużo jest opery mydlanej - ale na pewno Lizzy Caplan i Caitlin Fitzgerald wspięły się na wyżyny aktorstwa, prezentując wszelkie cienie i blaski życia w trójkącie z Billem. W ogóle z tej ciąży i fałszywego małżeństwa z George'em wyszła całkiem mocna historia, uwypuklająca hipokryzję tamtych czasów. Niby mamy rewolucję seksualną, wszyscy udają, że są otwarci, ale niezamężna kobieta w ciąży wciąż jest skandaliczną aberracją. Przeplatające się sceny przysięgi małżeńskiej i wizyty małżonków u prawnika pokazują dobitnie, jakie to wszystko było absurdalne.

Interesująca była też historia irańskiego szacha, który przybył z żoną do kliniki Mastersa i Johnson szukać swojej ostatniej szansy na poczęcie dziecka. Skończyło się to w przewidywalny sposób, a ten wątek jest, co ciekawe, prawdziwy. Serial za mało to podkreśla, ale kiedy para badaczy stała się znana, sławna klientela była na porządku dziennym. Właśnie dlatego Virginia zaczęła się udzielać towarzysko, spotykać się z celebrytami, podczas gdy Bill ślęczał nad kolejnymi badaniami.

Miłosnych wielokątów nie brakuje także w "UnReal"...

...gdzie akurat elementy telenoweli aż tak mi nie przeszkadzają. Taka konwencja. Jedne wątki podobają mi się mniej (Rachel i Jeremy - o jeny, jakie to nudne i poprawne!), inne bardziej, ale koniec końców wciąż uważam, że to trochę więcej niż guilty pleasure. Całe zamieszanie po śmierci Mary, zachwyt nad rosnącymi statystykami (jak powiedziała Quinn, ludzie powinni częściej umierać), próby wrobienia Adama w kolejną szopkę - to jest mocne, przerażające i naprawdę dobrze napisane. A już relacja Adama i Rachel to kompletny twister.

unreal345

Końcówka sezonu zapowiada się pokręcona - zdaje się, że rzeczywiście uda się zmusić Adama do poślubienia Anny na wizji i spędzenia kolejnego roku przed kamerami - ale dla mnie najważniejsze jest, że Freddie Stroma najprawdopodobniej zostanie. Wszystko po to, aby wielokąty mogły trwać dalej. I jak najbardziej jestem na "tak". A swoją drogą, ciekawa jestem, kiedy Rachel znów wybuchnie. W finale czy dopiero w kolejnym sezonie?

W "Halt and Catch Fire" dziewczyny straciły wszystko...

...i nie dziwię się, że uważają, iż jest to element szatańskiego planu Joego. To po prostu tak wygląda, wszystko się zgadza, wszystko do siebie pasuje. I oczywiście dzieje się to w momencie, kiedy Donna i Cameron wreszcie przestały się ze sobą kłócić i zgodziły się, że warto rozwijać nie gry, a społeczność. Co w owych czasach stanowiło niewątpliwie przykład nowatorskiego myślenia. Żeby było ciekawiej, Joe na prochach zobaczył oczyma wyobraźni nasz internet, z XXI wieku, i zdaje się, że to też na nic.

Tymczasem Gordon Clark coraz bardziej pogrąża się we własnym świecie i swoich paranojach, a ja nie wiem, czy mi się to podoba. Owszem, podejrzewanie Donny o sabotaż to całkiem ciekawy, absurdalny pomysł, ale z wykonaniem chyba już gorzej, skoro dosłownie zasypiam, widząc go na ekranie. O ile "Mad Men" świetnie łączyło wątki prywatne z tymi związanymi z pracą, "Halt and Catch Fire" wychodzi to tak sobie. Kiedy widzę na ekranie napis WestNet, rzeczywiście czuję, że mam do czynienia z niezwykłą historią. Kiedy oglądam małżeńskie problemy Donny albo romans Cameron z Tomem, widzę już tylko średniej jakości obyczajówkę. Nie ma w tym nic wyjątkowego. I prawdopodobnie właśnie to ostatecznie pogrzebie "Halt and Catch Fire".

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie, komentujcie i koniecznie zaglądajcie do nas na Twittera, bo tam dzieje się najwięcej. Do następnego!

REKLAMA