"Detektyw" (2x07): Dobrzy ludzie, źli ludzie i seks

"True Detective" (Fot. HBO)

"True Detective" (Fot. HBO)

Na tydzień przed finałem akcja "Detektywa" wreszcie uległa przyspieszeniu, ale czy to wystarczy, by chociaż częściowo zrehabilitować ten sezon w oczach widzów? Uwaga na bardzo duży spoiler z dzisiejszego odcinka!

Zdążyliście się już pewnie zorientować, że moje oczekiwania wobec "Detektywa" są z tygodnia na tydzień coraz mniejsze. Właściwie ograniczają się już tylko do tego, żeby ostatnie chwile z drugim sezonem minęły mi w miarę bezboleśnie. Sami przyznacie, że nie są to wygórowane żądania, jednak Nicowi Pizzolatto i spółce dopiero teraz udało się im sprostać. W pewnym stopniu.

Poprzednim razem zastanawiałem się, czego twórcy "Detektywa" pozbawią nas w kolejnym odcinku. Można było tylko zgadywać, kto podzieli smutny los Lery Lynn i wąsów Raya Velcoro, bo że w końcu trzeba będzie zacząć uśmiercać głównych bohaterów, było raczej pewnikiem. Wszak po coś jest ich aż tylu. Padło na Paula "wstydzę się, że jestem gejem" Woodrugha i szczerze mówiąc, wątpię, żeby ktoś miał za nim szczególnie mocno tęsknić. Zwłaszcza, że zanim Burris wpakował w niego dwie kulki, skrzętnie przypomniano nam, dlaczego grany przez Taylora Kitscha bohater był ze wszech miar nieudaną postacią.

Na pierwszy plan znów wysunęła się jego nieszczęsna seksualność. Kitsch po raz kolejny próbował nadać pozory jakiejkolwiek autentyczności temu wątkowi (zauważcie, że doceniam starania), ale jest on tak niesamowicie głupi, że nawet wybitna kreacja aktorska tego nie udźwignie. Paul ewidentnie ma ze sobą problem. Jak sam powtarza, chce być dobrym człowiekiem. Czemu bycie homoseksualistą mu w tym przeszkadza, nie mam pojęcia. Najwyraźniej nie wie tego również Pizzolatto, bo nie podaje nam absolutnie żadnych informacji, pozwalających zrozumieć cierpienie bohatera. Religijność? Konserwatywne poglądy? Wychowanie? Miłość do Emily? Mogę tylko zgadywać. Cały ten wyciągnięty jakby z minionej epoki wstyd z powodu orientacji seksualnej zdaje się służyć tylko jako pretekst prowadzący do spotkania Paula z Hollowayem i pchnięcia akcji do przodu. Poza tym sensu brak. Telefoniczna rozmowa z Rayem mogła rzucić na sprawę nieco światła, ale czy komuś jest to w ogóle potrzebne? O ile nie zafunduje nam się tutaj "zaskakującego" powrotu z zaświatów, jak to miało miejsce z Velcoro kilka odcinków temu, to wszystkie problemy Paula odejdą w zapomnienie. Matka, dziecko, niewyjaśniona tajemnica z wojskowej przeszłości - mało mnie to obchodziło i nic w tej kwestii nie uległo zmianie. Jako, że całą sprawę podsumowała tandetna scena z Emily płaczącą przed telewizorem, uznaję wątek za zamknięty i mam nadzieję, że nie każe nam się do niego wracać.

W przyrodzie jednak nic nie ginie, więc skoro pozbyto sie jednego źle napisanego wątku, na jego miejsce od razu wskoczył następny. Mianowicie Ani i Ray. Zanosiło się na to już od jakiegoś czasu i pod pewnymi względami tych dwoje nawet do siebie pasowało. Sponiewieranie przez życie i niezdolność do stworzenia trwalszych relacji z drugim człowiekiem nie jest może materiałem na płomienny romans, ale intrygujący związek już tak. Niestety, nic tu nie poszło tak, jak powinno. Przede wszystkim, wybrano wręcz fatalny moment. Ani przecież dopiero co przywołała w pamięci wspomnienie gwałtu z dzieciństwa, więc wygląda to tak, jakby posłużyło ono jako zapłon dla romantycznej relacji. Trudno w takim razie nie uwierzyć w obsesję tegorocznego "Detektywa" na punkcie seksu, bo tu naprawdę wszystko sprowadza się ciągle do tego samego. Nawet Ray, jedyny jak do tej pory bohater unikający jakichkolwiek problemów łóżkowych (choć definiowany przecież przez gwałt na byłej żonie), został w nie w końcu wplątany, a wyjaśnienia tego stanu rzeczy ze świecą szukać. Chyba że filozofia Pizzolatto na ten sezon sprowadza się do słów jednej z bohaterek z tego odcinka: "Everything is fucking". Jeśli tak, to wszystkie klocki zaczynają do siebie pasować.

Napisałem wprawdzie, że Ani i Ray w jakiś sposób mogliby tworzyć ciekawą parę, ale teraz jest już na to po prostu za późno. Za mało było między tą dwójką interakcji, za mało dobrze napisanych dialogów, żeby można było uwierzyć w ten związek. W tym momencie wygląda na to, że skończyli razem w łóżku nieco z przymusu, bo ktoś musiał. Chemii nie ma tu za grosz, ich rozmowa ociera się o karykaturę (- Nie jesteś złym człowiekiem. - Jestem.) i nawet Colin Farrell nie jest w stanie niczego tu uratować. Obawiam się, że jedno z nich czeka w kolejnym odcinku marny koniec, drugie szalona rozpacz, a nas wyrywanie włosów z głowy, jak można tak zepsuć jedną z niewielu pozytywnych rzeczy w tym serialu. Chciałbym się mylić.

Na szczęście "Black Maps and Motel Rooms" oferowało również inne atrakcje, które stały już na wyższym poziomie. Gwiazdą odcinka był bez wątpienia Frank, który wolny od balastu w postaci żony i ojcowskich ambicji, pokazał, że jest całkiem ciekawym bohaterem. Zdradzony przez wszystkich dookoła, pozbawiony władzy i pozycji, okazał się twardym gościem, dla którego nie istnieją skrupuły. Scena, w której masakruje Blake'a, była naprawdę mocna, a przede wszystkim autentyczna. Vince Vaughn, tak mocno i zasłużenie krytykowany za poprzednie odcinki, udowodnił, że Pizzolatto miał rację przynajmniej w kwestii obsadzenia go jako gangstera. Jak skończy się jego palenie za sobą mostów i ucieczka, trudno w tej chwili wyrokować, ale przynajmniej jeden z bohaterów ma szansę wyjść z tego wszystkiego z twarzą.

Nareszcie większą uwagę poświęcono sprawie morderstwa i chyba ujawniono tożsamość zabójcy - scenariusz musiałby teraz wykonać sporą woltę, by wykręcić Burrisa od zarzutów, ale raczej nie jest ona potrzebna. Internetowe teorie dotyczące tej postaci brzmią logicznie, a i akcja zmierza w tym samym kierunku. Co więcej, nabrała w końcu rozpędu, a nawet wzbudziła we mnie lekkie zainteresowanie. Sensownie wyjaśniono, co wspólnego ze sprawą mają diamenty i morderstwo z 1992 roku, za chwilę pojawią się też pewnie dzieci ówczesnych ofiar (o ile wiemy, co stało się z dziewczyną, nie wiadomo co z chłopakiem - może jednak kwestia zabójcy nie jest tak jasna, jak przypuszczamy?). Oczywiście nie wszystko tutaj zagrało doskonale. Spotkanie Paula z Hollowayem było mocno naciągane, a jego występ w roli jednoosobowego komanda bardziej śmieszył, niż ekscytował, ale przynajmniej nie było tak usypiająco, jak poprzednio. Pizzolatto przypomniał, że chociaż dramaty obyczajowe mu nie wychodzą, to kryminały ciągle pisze całkiem niezłe.

Został więc ostatni odcinek, o którym wiadomo, że będzie dłuższy o pół godziny. Jeśli ten czas zostanie zagospodarowany na akcję, a nie kolejne pseudodylematy moralne bądź miłosne dramaty, to jest szansa, że dostaniemy w miarę satysfakcjonujące zakończenie. Skoro już tyle czasu się przemęczyliśmy, to chyba nam się należy.