Pazurkiem po ekranie #87: Krótki przegląd niczego

"Rectify" (Fot. SundanceTV)

"Rectify" (Fot. SundanceTV)

Nie Nietzschego, tylko niczego, bo 1. sezon "Detektywa" zakończył się dawno temu i już do nas nie wróci. Dziś będzie o "Masters of Sex", "Rectify", "Sneaky Pete"... i to chyba tyle. Jak zwykle ze spoilerami.

Serialowe lata ostatnio już wyglądały coraz ciekawiej i wydawało się, że tak zostanie na zawsze, a tu bach. Mamy lato pełne seriali złych, sknoconych i kompletnie niewartych uwagi. Pewnie już nie chcecie słuchać, co mam do powiedzenia o 2. sezonie "Detektywa", a ja niekoniecznie mam ochotę pamiętać, że takowy w ogóle był, ale prawda jest taka, że w ostatnich miesiącach jakoś nic mnie nie zachwyca.

Z jednym małym wyjątkiem: "Rectify".

Skrócenie sezonu do 6 odcinków bardzo dobrze sundance'owemu serialowi zrobiło, znów wróciła magia, znów każdy kadr jest piękny, a niemal wszystko, co się dzieje - mimo że jak zwykle nie dzieje się na dobrą sprawę nic - przykuwa mnie do ekranu. Odcinek z zeszłego tygodnia, "The Future", przede wszystkim był nieziemski pod względem wizualnym. Zdjęcia z basenem w tle to serialowe mistrzostwo świata - nie wiem, czy kiedykolwiek w jakimkolwiek serialu tak banalna rzecz jak odmalowany stary basen prezentowała się tak magicznie.

Magia sponsoruje w tym sezonie wszystko, nawet zupełnie zwykłe rozmowy o niczym, które zresztą są dużo, dużo subtelniejsze niż w innych serialach. Teddy staje się Tedem, Tawney nie wie, czego chce, wie tylko, czego nie chce, Melvin mówi, że ma związane ręce, a szeryf rozpoczyna batalię o prawdę, ale bez patosu, bez ogłaszania, że jest prawdziwym detektywem (sorry, więcej nie będę), tylko tak zwyczajnie, po cichu, mimochodem niemalże. Nie dzieje się wiele, ale emocje niemalże buzują.

Ted-Talbot-Jr-Rectify-305-07-700x384

Najbardziej jednak mnie dziwi, że wciąż nikt nawet nie nominował do niczego Adena Younga, bo skala emocji, jaką on jest w stanie przekazać, specjalnie nie zmieniając ani tonu głosu, ani mimiki, jest imponująca. Ten facet powinien stać obok Ruth Wilson ze Złotym Globem. Bo w Emmy raczej nie uwierzę. A tu nikt nic. Dlaczego?

Skoro przy świetnym aktorstwie jesteśmy...

...w niezbyt zachwycającym 3. sezonie "Masters of Sex" znów zachwyciło mnie małżeństwo Scullych, czyli Beau Bridges i Alison Janney. Ta dwójka samym pojawieniem się na ekranie przyćmiewa wszystko i wszystkich - Josha Charlesa i jego "zapach seksu", matkę Virginii (która jednak zrobiła mi dzień swoim zdziwieniem, że jej córka i dr Masters prowadzą swoje badania tak po prostu w środku dnia), Billa dającego lekcję życia 13-latkowi.

Swoje robi chemia, ale to też po prostu dobrze napisani bohaterowie - dwójka ludzi mocno potłuczonych, którzy niedługo zaczną się starzeć i być może już nie odnajdą tego, czego szukają. Margaret tak się tego obawia, że aż porzuca gdzieś po drodze godność, Barton chyba już się pogodził z tym, że nie wszystko jest dla niego. Nie ma ciekawszych bohaterów w "Masters of Sex" niż oni.

Tymczasem Amazon wypuścił dwa kolejne piloty...

...z których jednego ("Casanovę" z Diego Luną) na razie zignorowałam, a drugi ("Sneaky Pete") jest mi po obejrzeniu doskonale obojętny. Choć trochę mnie dziwi, że z serialu Bryana Cranstona zrezygnował CBS - owszem, dla mnie to produkcja średnio zachwycająca, bo schematyczna i mało finezyjna, ale akurat publika tej stacji schematyczność lubi. A w przeciwieństwie do większości produkcji wypuszczanych co roku przez CBS, "Sneaky Pete" ma coś w sobie. Charakter, własne ja, przyzwoicie napisane postacie.

W pilocie na moment pojawia się Bryan Cranston i robi Heisenberga, ale projekt tak naprawdę ciągnie bardzo wyrazisty Giovanni Ribisi, który szybko łapie wspólny język z resztą obsady, m.in. Marin Ireland i Margo Martindale. Aktorsko to serial niemalże wyśmienity, pomysł, by akcję umieścić w środowisku agentów pożyczających przestępcom pieniądze na kaucje, jest świeższy niż kolejny procedural policyjny, a do tego fałszywy Pete bardzo fajnie wypada ze swoją nową rodziną, którą za chwilę chyba zacznie doceniać, jako coś, czego nigdy w życiu nie miał.

Na marginesie: w odcinku w pewnym momencie zabrzmiało "Fresh Blood" grupy Eel, co przypomniało mi, że mamy już połowę sierpnia, a moim serialem roku wciąż jest "The Jinx".

A co Was spotkało w tym tygodniu? Piszcie, komentujcie i koniecznie zaglądajcie do nas na Twittera, bo tam dzieje się najwięcej. Do następnego!