"Gracze" (1x10): Wszyscy mają się dobrze

"Gracze" (Fot. HBO)

"Gracze" (Fot. HBO)

Ach, ci milionerzy w swoich wypasionych furach, obwieszeni drogocenną biżuterią i otoczeni pięknymi kobietami. Tacy to nie mają żadnych problemów, prawda? Prawda! - zdają się krzyczeć twórcy "Graczy" w finale pierwszego sezonu, sypiąc happy endami jak z rękawa. Spoilery.

W recenzji pierwszego odcinka Marta zwracała uwagę, że nie ma w "Graczach" niczego odkrywczego, i rzeczywiście, aż do finału nie wydarzyło się nic, co mogłoby podważyć to zdanie. Zakończenie przyniosło jednak swego rodzaju niespodziankę, choć mam poważne wątpliwości, czy to o takie zaskoczenie nam chodziło.

Przyznam, że oglądając co tydzień kolejne odcinki, zastanawiałem się, czemu właściwie to robię. Dylematy (bo słowo "dramaty" nie chce mi przejść przez klawiaturę) bohaterów zamiast stawać się coraz bardziej wciągające, podążały w przeciwnym kierunku. Komedii też nie było tu za wiele, a jeśli już się pojawiała, to nie była najwyższych lotów. Choć rzeczywiście parę razy można było się uśmiechnąć. Dwayne Johnson był dobrym powodem, żeby dać serialowi szansę, ale też nie przesadzajmy, po całym sezonie oczekiwałem trochę więcej atrakcji. Nie otrzymałem ich, a jednak przy "Graczach" wytrwałem i teraz wcale nie mam ochoty szczególnie się nad serialem Stephena Levinsona wyzłośliwiać. No to o co tu właściwie chodzi?

Historia Spencera Strasmore'a i grupy futbolistów ani przez moment nie miała ambicji, by stać się czymś więcej niż przyjemną dla oka, bajkową opowiastką o bogatych ludziach. Owszem, na początku pojawiły się sygnały, że główny bohater jest spłukany, że może mieć problemy ze zdrowiem, a w pewnym momencie dręczyło go nawet coś na kształt wyrzutów sumienia. Tylko że sami twórcy albo szybko o tym zapomnieli (nie zauważyłem, by ktoś tam miał problemy finansowe), albo zbyli sprawy w najprostsze z możliwych sposobów. Spencer nie dość że bogaty, to jeszcze zdrowy, ciągle popularny, szybko wspinający się po szczeblach nowej kariery i nawet urazy z przeszłości rozwiązujący z powalającym uśmiechem na ustach. Dla każdego ma dobrą radę, rzadko traci opanowanie, no ideał po prostu. Jak tu się na kogoś takiego gniewać?

Trudno o to bohaterom serialu, trudno i widzom, bo Dwayne Johnson jak był sympatyczny na początku, tak pozostał taki do końca. Choćby nie wiem jak się starać, to mówiąc o "Graczach" zawsze dochodzi się do tego samego wniosku - ten serial to popularny "The Rock" i długo, długo nic. Jego luz i szeroki uśmiech wystarczają za całą gamę aktorskich umiejętności, których pewnie nie posiada. Wcale nie musi, bo dostał rolę króla życia, do której pasuje idealnie i która nie wymaga wielkiego wysiłku. Z korzyścią dla niego i dla nas.

Szkoda tylko, że nie wszystkim tutaj wystarczy być sobą. Czasem przydałaby się ciekawsza historia, a tych jest w "Graczach" jak na lekarstwo. Grany przez Roba Corddry'ego Joe Krutel w teorii miał być pewnie postacią tragiczną. Ten pozer i człowiek wpraszający się do świata, do którego w żaden sposób nie pasuje, od początku denerwował otoczenie swoją sztucznością. Kwestią czasu zdawało się, aż zobaczymy jego bolesny upadek. Twórcy, nie wiedzieć czemu, jednak mu tego zaoszczędzili. Co prawda był wybuch złości, były plany otwarcia własnego biznesu, a nawet upijanie się na smutno, ale wystarczyło kilka słów Spencera i wszystkie problemy zniknęły, jak ręką odjął. 5 milionów i premia w postaci łodzi potrafią załatwić wszystko.

Właśnie to gładkie rozwiązanie jest największym problemem finału "Graczy". Nie ogranicza się ono bowiem tylko do Joego i Spencera. Wszyscy tutaj otrzymują szczęśliwe zakończenie podane na tacy i obwiązane wstążeczką. Vernona z melancholijnego nastroju wyciąga wieść o rekordowym kontrakcie, Charles okazuje się nie być tak beznadziejny, jak mu się wydawało, nawet Reggie pojawia się nie wiedzieć skąd - jak świętować, to na całego. Wszelkie rekordy bije jednak Ricky, któremu wystarcza jedna rozmowa z ojcem (w tej roli Robert Wisdom z "The Wire"), by pozbyć się całego obciążenia z przeszłości. Szkoda, że ten wątek tak spłycono, bo akurat on funkcjonował dość dobrze, a John David Washington nieźle łączył lekkomyślność Ricky'ego z jego szczerymi, choć rzadko skutecznymi, staraniami o poprawę. Z drugiej strony, dzięki temu mogliśmy zobaczyć triumfalny przejazd bohatera na wielbłądzie (tak, dobrze czytacie), bezwzględnie najlepszy moment finału.

To przesłodzone i wygładzone do granic możliwości zakończenie jest tak nierealistyczne, że nawet reszta sezonu wydaje się przy nim ciężkim dramatem obyczajowym. Być może to wina przyzwyczajenia, że każdy finał musi zakończyć się porządnym cliffhangerem, ale poczułem naprawdę solidne rozczarowanie, gdy ostatnia scena nie przyniosła żadnej sensacji w ostatniej chwili. Spencer wygłosił mowę, wszyscy wznieśli toast, koniec. Z tego co zauważyłem, wielu widzów jest z takiego zakończenia zadowolona, nawet przeważają opinie, że wreszcie trafił się serial, w którym wszystko dobrze się skończyło. Co kto lubi, ale nie powiedziałbym, że po takim finale czekam na kontynuację z niecierpliwością. A może prawda jest banalna i po prostu twórcy nie przewidzieli, że "Gracze" dostaną drugi sezon, a ten odcinek miał być zakończeniem całego serialu? To by nawet pasowało.

Jakkolwiek potraktować odcinek "Flamingos", faktem jest, że ogólnie "Gracze" nie wybili się ponad przeciętność. Serial został określony ładnym mianem lifestyle porn i trudno wymyślić lepiej pasującą do niego etykietę. To bajkowa historyjka o świecie, do którego nigdy nie będziemy mieli wstępu, zamieszkałego przez ludzi, których banalne problemy urastają do miana poważnych tylko z perspektywy ich bajecznych pałaców. A ostatecznie i tak wszystko rozwiązuje tutaj góra pieniędzy. Brzmi to pewnie gorzko, ale któż nie lubi od czasu do czasu na coś takiego popatrzeć? Drugi sezon uważam za zbędny, ale nie będę narzekał - przynajmniej znajdzie się powód, by obejrzeć po raz kolejny świetną czołówkę.

REKLAMA