W "Wikingach" nie ma kaskaderów, sami walczymy i wiosłujemy – nasza rozmowa z Clive'em Standenem

"Wikingowie" (Fot. History)

"Wikingowie" (Fot. History)

Clive Standen musi oglądać "Chirurgów", a co ty robisz dla swojego związku? Serialowa rozmawiała z odtwórcą Rollo, brata Ragnara. Spotkaliśmy się z nim w warszawskim hotelu Bristol przy okazji premiery 3. sezonu na polskim History.

Serialowa: Czy lubisz Rollo? Potrafisz zrozumieć jego decyzje i identyfikować się z nimi? Działałbyś podobnie do niego?

Clive Standen: Myślę, że to moja praca jako aktora, by chodzić w jego butach, widzieć świat jego oczami i zadawać sobie trudne pytania dotyczące samego siebie. Także myśleć "co bym zrobił w tej sytuacji, w której znalazł się Rollo". Ale też czasem zabawnie jest zagrać na zasadzie, co by było gdybym podjął złą decyzję, gdyż historie opierają się na konflikcie. Zupełnie jak kiedy oglądamy program, gdzie jest czarny charakter i jest on pierwszy do usunięcia, a wtedy okazuje się, że właśnie dla niego to oglądaliśmy. Czasem naprawdę dobrze jest po prostu bawić się postacią i prawie rozmyślnie zrobić źle, schrzanić. Ale moją pracą nie jest osądzanie Rollo, moją pracą jest przyjęcie jego decyzji i pozwolenie publiczności na osąd, czy podjął złą czy dobrą decyzję. Mogę się łatwo identyfikować z jego pozycją, tym, przez co przechodzi i jego emocjami, kiedy gram, to wypływa ze mnie, ale on nie jest mną.

Clive Standen (Fot. Katarzyna Majewska)

Clive Standen (Fot. Katarzyna Majewska)


Rollo jest niesamowicie ambitny. Myślisz, że to jego słaba czy mocna strona?

W społeczności wikingów twoje imię było wszystkim. Tu chodziło o sławę, ale nie o taką sławę w dzisiejszym rozumieniu, taką jak ta, którą ma Kim Kardashian, która chce być sławna dla samego bycia sławną. [śmiech] U wikingów chodziło o to, by coś naprawdę zrobić, zostać zapamiętanym z tego powodu. Jemu ciężko jest żyć w cieniu Ragnara, który realizuje to marzenie, rośnie w oczach wikingów. Zwłaszcza że zgodzili się być równi. Wygląda na to, że niektórzy są równiejsi od innych.

Myślę, że ambicja go przepełnia. I Rollo zdaje sobie sprawę, że jest godny i zdolny do wielkich czynów, ale nie są one możliwe, póki jest w cieniu brata. Musi się z niego wydostać, by móc spełnić swoje marzenia. W sezonie trzecim bierze więc udział w ataku na Paryż i nagle zdaje sobie sprawę, że to właśnie tu może czekać na niego jego przeznaczenie. Że tu jest miejsce, gdzie może stać się wielki. I tak, ambicja go wręcz zżera, i tu tkwi powód jego wewnętrznego konfliktu – tak bardzo próbuje wrócić do łask brata, zadowolić wszystkich, próbuje być tym, kim myśli, że wszyscy by chcieli by był. To wpływa na jego relację z Siggy. Ale potem widzimy, jak Rollo się odradza niemal jak feniks.

To wiedzie nas do finału 3. sezonu, w którym widzimy Rollo przed frankijskim imperatorem i jego córką. Dokąd zawiedzie go jego ambicja w 4. sezonie? Możesz zdradzić?

Rollo podjął decyzję i dokonał wyboru, ale w jakiś sposób zapomniał też, że Frankowie znają go jako wściekłego niedźwiedzia rozrywającego frankijskich żołnierzy na ulicach Paryża i się go boją. Wątpię, by myślał o tym, układając się z władcą Franków, myślał chyba, że to będzie łatwa umowa – tytuł, ziemia, księżniczka, a w zamian musi bronić kraju. Nie sądzę, by zdawał sobie sprawę, że choćby poślubiając Gizelę dostaje kobietę, która czuje do niego obrzydzenie. Dla niej to barbarzyńca, bestia z pola bitwy. I Rollo ma przed sobą naprawdę trudne zadanie.

Więc myślisz, że decyzja, by zostać w Francji była dla niego łatwa?

Myślę, że nie miał do czego wracać. Szczególnie po tym, co powiedział Ragnarowi przy jego trumnie, a potem dowiedział się, że brat jednak żyje. Po tym jak dowiedział co stało się z Siggy, po bójce z Bjornem, on po prostu nie mógł zostać w Kattegat. Tam był cieniem samego siebie, a Paryż daje mu promyk nadziei na nowe życie. Przedtem oddawał całego siebie bogom – Odynowi, Frei, ale teraz poczuł, że to nigdy tak naprawdę dla niego nie działało. Ragnar też potrząsał fundamentami jego wierzeń, zadając pytania, podważając stare prawdy. I Rollo pojechał do Paryża także po to, by udowodnić, kim jest, kim naprawdę może być. Ale tym razem nie będzie odwrotu i musi znaleźć sposób, by porozumieć się z Frankami, znaleźć wspólny język.

Mówiłeś o wadze imienia dla wikingów. Podejrzewam, że podczas pracy na planie sporo dowiedziałeś się o tamtych czasach. Jak myślisz, mógłbyś w nich żyć, wpasowałbyś się?

Więc… prawdopodobnie byłbym odporny na większość chorób (śmiech), ale to naprawdę przerażający świat do życia. Sam rozumiesz, mógłbyś oberwać toporem w głowę tylko za to, że kogoś obraziłeś. Ale uważam też, że to fascynujący okres, dotychczas jeszcze tak naprawdę nie sportretowany na ekranie. Uważam też, że warto mieć wyrobione zdanie na ten temat, czegoś się dowiedzieć, a tak mało o wikingach wiadomo, są niedoreprezentowani w historii. Podoba mi się myśl, że historia nie jest całkiem prawdziwa, zawsze jest pisana lata po wydarzeniach i dobrze wiedzieć, że nie zawsze wiemy, jak się sławne postacie znalazły w historii, że są białe plamy do wypełnienia, nie wszystko jest czarno-białe. Trzeba wypełniać te białe plamy.

Słyszałem, że sporo opowieści o wikingach to w sposób oczywisty chrześcijańska propaganda. Jak te opowieści, że dla wikingów brak nosa to znaczące obniżenie atrakcyjności i że można w ten sposób uchronić się przed pohańbieniem. Najwyraźniej pochodziły one od pewnego mnicha, który opowiadał to mniszkom. One obcięły sobie nosy, by chronić przed wikingami swoją cnotę. Najwyraźniej wikingowie uznali je za tak brzydkie, że zamiast gwałcić czy brać w niewolę, po prostu spalili klasztor. Tyle że ta opowieść to najpewniej nieprawda, bo stanowi właśnie element propagandy.

Ale to samo można powiedzieć o historii o Rollo, która była spisana dla jego następcy, ówczesnego władcy Normandii i miała pokazać jaki jego przodek był wspaniały i jak ludzie go uwielbiali. I te wszystkie ozdobniki trzeba zdzierać, by móc pokazać jaki mógł być prawdziwy Rollo i dlatego tak tę rolę lubię.

Robiąc seflie z Clive'em Standenem (Fot. Katarzyna Majewska)

Robiąc seflie z Clive'em Standenem (Fot. Katarzyna Majewska)


Czy przygotowując się do roli Rollo musiałeś nauczyć się jakichś specyficznych umiejętności?

Zwykle gdy pracuje się nad filmem historycznym, trzeba nauczyć się jazdy konnej czy walki na miecze. Z "Wikingami" było tego dużo więcej. Gdy dołączyliśmy do obsady, musieliśmy np. nauczyć się wiosłować i pływać łodziami. Mieliśmy całą ekipę marines marynarzy, którzy uczyli nas wiosłować! Uczyliśmy się obsługiwać takielunek, wiosłować, żeglować, więc za każdym razem, gdy widzisz w "Wikingach" płynącą łódź, to faktycznie aktorzy nią sterują. Nie ma żadnych efektów specjalnych, to nie film o piratach! Nawet w "Grze o tron" całe bitwy na wodzie były robione komputerowo. W "Wikingach" staramy się, aby wszystko było możliwie naturalne, używamy tak mało efektów komputerowych, jak to możliwe. W Paryżu musieliśmy się nimi posłużyć, ponieważ miasto miało być tak rozległe, że nie mieliśmy wyjścia. Jednak kiedy jesteśmy na Morzu Irlandzkim lub na jeziorach, to my sterujemy łodziami, musieliśmy nauczyć się łapać wiatr i obsługiwać cały osprzęt. Wyobraźcie sobie, jak płyniemy, obok nas przemyka łódź z kamerą, a ekipa do nas krzyczy "Zawróćcie! Zawróćcie!", na co my do nich "Przecież nie możemy! Wiatr jest w złą stronę! To wy musicie zawrócić za nami!".

Wielu reżyserów mówi, że po pierwszych doświadczeniach nie chce więcej pracować z dziećmi i zwierzętami, a ja myślę, że po "Wikingach" nikt nie będzie chciał pracować z drakaarami. To jest naprawdę skomplikowane, praca na wodzie, i teraz mamy w ekipie już weteranów od filmowania łodzi w ruchu. Poza wiosłowaniem uczyłem się walki toporami. Wcześniej walczyłem mieczami, ale topory to zupełnie co innego. Inne ruchy. Topór Rollo to niemal jak młot kowalski, w walce to on cię prowadzi, nie odwrotnie.

A sam się wspinałeś na wieżę podczas oblężenia Paryża?

Tak! Nie miałem kaskadera, który by mnie zastępował, tamtego dnia wszystko robiłem sam. I przyznam, że był to jeden ze straszniejszych numerów kaskaderskich, jakie robiłem. Musiałem wejść na sam szczyt, cały czas walcząc, a ekipa cały czas powtarzała "Będziemy odliczać do pięciu, potem masz spaść do fosy" i to było przerażające! Mieli nade mną kamerę na wysięgniku, a ja musiałem spaść w odpowiednim momencie, aby zdążyli sfilmować moją twarz podczas upadku. Za pierwszym podejściem byłem zbyt zajęty walką, oni odliczali, gdy miałem spaść skoczyłem do tyłu, cały czas odliczając w głowie "1... 2... 3... Gdzie ta woda?!"... i nagle uderzasz w nią plecami, ból jest ogromny.

Po upadku musiałem wytrzymać pod wodą, z resztką oddechu, jaki mi został po uderzeniu w powierzchnię, aby skończyć ujęcie. Pomału się zanurzałem, wszystko było rozmyte i pamiętam naszego koordynatora kaskaderów, Franklina Hansena, który do mnie podbiegł. Wynurzyłem się, ledwo łapiąc oddech, dodatkowo było strasznie zimno, to był chyba listopad czy grudzień, w Irlandii Północnej. Wyciągnął do mnie dłoń, sądziłem, że chce mi pomóc, a on wołał, że muszę to zrobić jeszcze raz, bo wybiłem się za mocno i kamera zamiast mojej twarzy sfilmowała krocze.

Gdy powtarzałem upadek, a robiłem to cztery razy, było nawet straszniej, niż za pierwszym razem, bo nie mogłem się odbić, musiałem po prostu upaść. Znacie te ćwiczenia zaufania, które robi się w szkole, gdy upada się do tyłu, wierząc, że ktoś was złapie? No to było coś takiego, tylko 10 metrów nad ziemią, na szczycie wieży. W końcu spadałem, myśląc tylko "Nie umrę! Nie umrę!". Tak, to było przerażające.

Ale kręcąc "Wikingów", staramy się nie korzystać z pomocy kaskaderów, bo wtedy nie można zrobić zbliżenia twarzy, trzeba filmować go zza pleców, widać tylko tył głowy. Gdy kręcimy odcinek z walkami, wiemy, że trzeba w taką walkę wejść, trzeba pokazać białka oczu aktora, gdy walczy. Trzeba pokazać gniew, strach, ból. I można to zrobić tylko wtedy, gdy filmuje się aktora z bliska i nauczy się go walczyć samemu. Jest tyle wielkich, drogich filmów, gdzie widać, że nie aktorzy są w ujęciu, że zastępuje ich kaskader. Widać tylko ich plecy, lub ujęcia są z tak daleka, że nic nie czuć. To nie wciąga. Widz się nie przejmuje. Dlatego "Gladiator" był tak świetny. Widać Rusella Crowe'a na ziemi, widać, że nie może się podnieść, i wierzysz w tym momencie, że on naprawdę może zginąć! Jesteś z nim w tej historii, czujesz ją.

Uważam, że najlepszym doświadczeniem - mam je z moich występów w teatrze - jest to, gdy światła gasną, na scenie pojawia się aktor, a publiczność pochyla się w fotelach w jego stronę. I chce być zabawiona. I czekają na pierwsze słowo, niecierpliwie. Wtedy aktor ich ma. Jeśli się odchylają, rozpierając w fotelach, są straceni, aktor nie ma już z nimi kontaktu. Pierwszą rzeczą, jaką robią widzowie w kinie na tych wszystkich filmach o superbohaterach, to rozparcie się w fotelu, wyciągnięcie nóg przed siebie i zjadanie popcornu. Są straceni już na początku. Na ekranie tyle się dzieje, a oni nie są wciągnięci, nie przejmują się. Jedynym sposobem na przejęcie pełnej uwagi widza jest wciągnięcie go bezpośrednio w akcję, musi ją poczuć. Dlatego sami robimy wszystkie sceny kaskaderskie i bitwy.

Jeśli o mnie chodzi – osiągnęliście pełen sukces! "Wikingów" oglądam, pochylając się w stronę ekranu.

Wiesz, to jest co innego niż wszystkie filmy fantasy czy o superbohaterach. Tutaj są prawdziwi ludzie, bez supermocy czy wyjątkowego sprzętu. Oni pewnych rzeczy nie zrobią, są w bitwie i chcą z niej ujść z życiem.

Clive Standen (Fot. Katarzyna Majewska)

Clive Standen (Fot. Katarzyna Majewska)


Czy spędzasz czas jak my, oglądając "Wikingów"? Odcinek co tydzień?

Hmm... Oczywiście widziałem całość, wszyscy musimy obejrzeć gotowy efekt, chociażby po to, by dokładnie wiedzieć co się w nim znalazło. Czasem zdarza się, że niektóre sceny nie trafiają do emisji, musimy wiedzieć, które to, aby nie zacząć pracy nad nowym sezonem, będąc przekonanym, że poprzedni wyglądał inaczej, niż ostatecznie wyszło w montażu. Ale przyznam, że nie sprawia mi wielkiej radości oglądanie serialu. To, co widać na ekranie, nie ma wiele wspólnego z tym, jak to faktycznie wyglądało podczas kręcenia. I czasem dziwnie jest oglądać coś, co się wyraźnie pamięta, ale na ekranie jest przedstawione z doniosłą muzyką i oświetleniem, a przecież w rzeczywistości wszystko wyglądało inaczej.

No i nie lubię za bardzo oglądać siebie. To jedna z tych dziwnych rzeczy, trochę jak słuchanie nagranego własnego głosu albo oglądanie swoich zdjęć – ja tak nie brzmię! Ja tak nie wyglądam! Jak oglądam siebie, cały czas myślę "O nie, naprawdę zrobiłem taką minę? Ja tak brzmię? Tak to wyglądało!? Nie!", i nawet jeśli w scenie dzieje się coś więcej, jest kilku aktorów i wszyscy widzą to jako całość – postaci, muzykę, światło - ja nie mogę się powstrzymać i widzę tylko, jak robię kolejną głupią minę. Jest to bardzo dziwne, tak oglądać siebie.

Chyba wszyscy tak mają. W takim razie może lubisz oglądać jakieś inne seriale?

O, uwielbiam "Fargo"! Uważam, że to doskonały serial. Jeden z ostatnich, które oglądałem odcinek po odcinku ciągiem, aż zasnąłem na kanapie. I "House of Cards" jest genialny. Chciałbym móc w nim zagrać. Co jeszcze... "The Walking Dead" jest bardzo dobry. Właściwie to nic nowego nie oglądałem, a kilka nowych się pokazało. Nie miałem jeszcze okazji obejrzeć "True Detective", ale obejrzę na pewno. Z dziwnych seriali, to przez moją żonę oglądam "Chirurgów". Mamy raz w tygodniu wieczór, który zawsze spędzamy razem, i zasadniczo wbrew mojej woli, ale widziałem wszystkie odcinki "Chirurgów". Żona każe mi wtedy rzucić wszystko, mam z nią siedzieć na kanapie i oglądać.

Czytałem, że nie przyjąłeś roli w "Grze o tron".

Nie, ja odmówiłem roli w "Spartakusie". Nie była to łatwa decyzja, bo gdy jest się bezrobotnym aktorem i bardzo chce się grać, trudno nie przyjąć takiej propozycji. Ale uważam, że była to jednych z lepszych decyzji, jakie podjąłem. "Spartakus" był straszny i nie żałuję, że w nim nie zagrałem. Gdy gram, lubię, aby były to produkcje, które są spójne, mają jakąś wartość. "Spartakus" jest przypadkowy, uwłacza kobietom, nie ma żadnych porządnie zarysowanych postaci.

Pracując nad "Wikingami", mamy okazję opowiedzieć o narodzie, który zasadniczo nie był jeszcze tak dokładnie przedstawiony na ekranie. Dajemy widzom możliwość wyrobienia sobie o nich opinii. Do tej pory historię wikingów spisywali głównie chrześcijanie. Zwykle to najeźdźcy ją pisali, tu było odwrotnie, gdyż wikingowie byli w większości niepiśmienni, swoje historie i legendy przekazywali ustnie. Większość tego, co o nich wiemy, pochodzi z ich sztuki i nielicznych artefaktów, dlatego trudno jest przedstawić ich stronę historii. Jesteśmy pierwszymi, którzy mają okazję to zrobić na tak dużą skalę. Dlatego uważam, że ten serial jest naprawdę wyjątkowy.

REKLAMA