"Public Morals" (1x01): Sumienie Nowego Jorku

"Public Morals" (Fot. TNT)

"Public Morals" (Fot. TNT)

Lata 60., Nowy Jork i gliniarze. Znamy tę scenerię i z małego, i z dużego ekranu na tyle dobrze, że opowiedzieć w niej coś nowego to spore wyzwanie. Stacja TNT próbuje jednak swoich sił za sprawą "Public Morals". Sprawdzamy, jak im wyszło.

Pisząc o "Public Morals", trzeba rozpocząć od Eda Burnsa. Ten znany m. in. z "Mob City" aktor jest tu alfą i omegą. Pomysł na scenariusz o amerykańskich policjantach irlandzkiego pochodzenia podsunął mu sam Steven Spielberg (który jest tu zresztą jednym ze współproducentów) jeszcze na planie "Szeregowca Ryana". Po latach idea nabrała wreszcie realnych kształtów w postaci serialu, którego Burns jest twórcą, reżyserem i scenarzystą. Gra także w głównej roli - Terry'ego Muldoona, funkcjonariusza Wydziału Policji Obyczajowej nowojorskiej policji.

Obiektem zainteresowania Terry'ego i jego kolegów są w głównej mierze prostytucja i hazard, ale także mniejsze grzeszki szarych obywateli. Członkowie Wydziału w teorii powinni pełnić role swego rodzaju przyzwoitek dla mieszkańców Nowego Jorku, w praktyce jednak są raczej ich sumieniem. Policjanci doskonale zdają sobie sprawę z tego, że nie dokonają żadnych cudów, więc swoją rolę sprowadzają do tego, by na ulicach było spokojnie. Są wydziałem zarządzającym ludzkimi słabościami, aby te nie stały się powszechnym problemem. Oczywiście, jak łatwo się domyślić, praca w takich warunkach sprzyja szerzeniu się patologii, a że nasi bohaterowie nie należą do szczególnie opornych na pokusy, to i szybko przekonujemy się, że nikt tu nie jest krystalicznie czysty.

"Public Morals" unika zresztą jakichkolwiek czarno-białych podziałów. Tutejszy świat i zaludniający go bohaterowie prezentują różne odcienie szarości. Policjanci są skorumpowani, ale wiedzą, kiedy należy odpuścić. Potrafią odróżnić gangstera od przyłapanego na gorącym uczynku męża. Są skłonni przymknąć oko, czy nawet w coś się zaangażować - byle rzecz nie wymknęła się spod kontroli. Moralna ambiwalencja nie pozwala jednoznacznie scharakteryzować nikogo jako pozytywnego bohatera lub czarny charakter. Dzięki temu udało się uniknąć zaszufladkowania postaci, co w serialach o policjantach zdarza się przecież nagminnie.

Tutaj jednak nie dość że bohaterowie są całkiem ciekawi, to jeszcze jest ich sporo - w pierwszym odcinku poznajemy bodajże ośmiu pracowników Wydziału i łączącą ich sieć powiązań. To aż nadto, by móc się w tym pogubić, lecz o dziwo nic takiego nie ma miejsca. Scenariusz jest bardzo czytelny i płynnie przeskakuje między wątkami, pozwalając nam wyłapywać zależności. Jasne, że nie należy do najbardziej subtelnych, ale też, przynajmniej na razie, nie było potrzeby przymykania oczu na jakieś grubymi nićmi szyte intrygi. Może niewiele wymagam, ale odczułem naprawdę sporą ulgę, że "Public Morals" nie będzie kolejnym "Detektywem", gdzie trzeba było się domyślać, co autor miał na myśli. Tu jest przejrzyście, a jednocześnie wcale nie infantylnie.

Dobrze zostali również dobrani aktorzy. Obok Burnsa na pewno rozpoznacie tu przynajmniej kilka znajomych twarzy, jak choćby Michaela Rapaporta, Katrinę Bowden czy Roberta Kneppera. Najważniejsze jednak, że każdy ma tu coś do zagrania. Nie ma postaci pisanych na kolanie czy przejaskrawionych. Choć nikt tu Ameryki nie odkrywa, póki co wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Nawet obowiązkowy wątek inicjacyjny z młodym policjantem wchodzącym do zespołu (w tej roli Brian Wiles) mnie zainteresował, a zazwyczaj uważam takie zabiegi za irytujące. Do tego dodajmy sieć powiązań między bohaterami łączącą ich także z nowojorskim podziemiem, a otrzymamy obraz naprawdę nieźle pomyślanego serialu. Oczywiście wystarczy kilka wpadek i cała ta misterna układanka posypie się jak domek z kart, ale póki co, "Public Morals" w tej kwestii dostaje ode mnie kredyt zaufania.

Wspomniałem wcześniej, że Burns tworzył zarys serialu od lat, i to widać na ekranie. "Public Morals" jest historią, która musi być mu, dziecku nowojorskiego policjanta, dobrze znana. Terry, postać zapewne wzorowana na ojcu, to człowiek wierzący w swoje ideały i szczery, ale nie pozbawiony wad. Wie, że nie zbawi świata i nie ma takich ambicji - chce po prostu dobrze wykonywać swoją robotę, nie zaniedbując przy tym rodziny. Wątkowi prywatnemu poświęcono sporo miejsca, ale wypada on co najwyżej przeciętnie. Burns jest wprawdzie autentyczny w swoich wychowawczych przemowach, nieźle odgrywa rolę twardego ojca, któremu jednak leży na sercu dobro dzieci, ale w zestawieniu z policyjną robotą domowe problemy wypadają po prostu nijako. Terry oznajmia synowi, że linia oddzielająca głupca od bohatera jest bardzo cienka - podobnie rzecz ma się z dobrym i złym serialem. Oby Burns o tym pamiętał.

Umieszczenie akcji w latach 60. spowodowało, że jedną z podstawowych kwestii stało się to, jak "Public Morals" będzie wyglądać. Na szczęście nie mamy do czynienia z kolejną podróbką "Mad Men". Serial TNT potrafił wypracować swój własny, aczkolwiek dość specyficzny styl. Połączenie klasycznych kryminałów z modą na retro, sprawiło, że tutejszy świat jest nieco przerysowany. Bohaterowie chodzą w prochowcach, męskie rozmowy toczone są przy butelce i w kłębach papierosowego dymu, przestępcy są antypatycznymi osobnikami o przetłuszczonych włosach, kobiety to tylko ozdobniki, a wszystkiemu towarzyszy muzyka z epoki. Na pewno odrobina subtelności by tu nie zaszkodziła, ale z drugiej strony podoba mi się, że serial obrał wyrazistą ścieżkę. Dzięki temu łatwiej zapada w pamięć.

"Public Morals" zapowiada się więc na ładnie opakowaną kryminalną historię w starym stylu. Pewnie nikim ona nie wstrząśnie ani nie znajdzie się w rankingach najlepszych produkcji roku, ale dobrze napisane dialogi, brak przestojów i nieco akcji składają się na przyzwoitą rozrywkę. Nie wiem, czy te elementy i obsada (w kolejnych odcinkach pojawiają się jeszcze Neal McDonough i Brian Dennehy) okażą się wystarczające, by serial przetrwał na kolejny sezon, ale w tegorocznej jesiennej ramówce szykuje się solidna pozycja.

REKLAMA