"Wrogie niebo" (5x10): Nareszcie koniec!

"Falling Skies" (Fot. TNT)

"Falling Skies" (Fot. TNT)

Saga rodu Masonów wreszcie się skończyła. "Falling Skies" doszło do finału i na sam koniec zdążyło jeszcze wyciągnąć parę rzeczy z kapelusza. Na szczęście nie będziemy musieli się już męczyć, a na osłodę mieliśmy słowa prawdy o Tomie Masonie z ust Pope'a. Spoilery.

Cały 5. sezon "Falling Skies" był pełen wątków, które pojawiały się z niczego i często tak samo znikały. Finał serialu dostarczył nam skoncentrowanej dawki takich pomysłów, co w efekcie sprawiło, że na sam koniec serial stał się trochę parodią samego siebie. Całość uratowało krótkie wejście Pope'a, który nie zginął jednak w poprzednim odcinku. To z jego ust usłyszeliśmy (znów) to, co najlepiej podsumowuje końcówkę serialu: "Jesteś wrzodem na tyłku, Mason".

Cliffhanger z zeszłego tygodnia nie wniósł niczego. Serio, jedynym praktycznym efektem była śmierć Marty'ego, który z wariata robiącego zakładników z całego 2nd Mass stał się ważnym członkiem społeczności i miał olbrzymi wkład w zwycięstwo. Co prawda wziął się z kapelusza, ale też i tak samo skończył. Zaraz po ataku pojawiły się nowe postacie i nowe oczekiwania, w końcu Jeff Fahey to nie byle kto. Dał radę parę razy się uśmiechnąć i powiedzieć ze dwa zdania. Nasuwa się pytanie - po co się w ogóle zjawił?

Dalej było z górki. Jak się okazuje, warlordowie Esphenich rodzą się z jajek składanych przez królową. O tym drobiazgu (organizacja społeczna podobna do pszczół) oraz innym (świeżo wykluci Espheni są bardzo brutalni) Volmowie jakoś zapomnieli poinformować swoich ludzkich sprzymierzeńców. Ot, nieistotny szczegół, prawda? Oczywiście, Masonom i 2nd Mass nie przeszkodziło to w kontynuowaniu marszu w stronę Lincoln Memorial, które to miejsce Królowa Obcych upatrzyła sobie na miejsce rozrodu i osiedlenia.

Oczywiście, zakręty scenariusza sprawiły, że Tom musiał sam udać się na starcie z Królową. Która była na tyle miła, że nie zabiła go od razu, tylko wytłumaczyła mu, dlaczego zaatakowała Ziemię i dlaczego musi go zabić osobiście. Serio, w tym momencie cały serial okazał się mieć jeszcze mniej sensu niż przed tym momentem. Po pierwsze, niby jakim cudem 1500 (a może raczej 15 tys.) lat temu prymitywni ludzie byli w stanie łatwo odeprzeć atak, a tym razem rozwinięta cywilizacja padła od razu? A po drugie, skoro już nawiązywano do Nazca, to czemu właśnie tam nie ulokowała się Królowa (skoro tam przypuszczalnie ludzie ubili jej córkę, zapewne włócznią)? Absurd naprawdę gonił absurd w finale "Wrogiego nieba" inne absurdy.

A trochę tego było - nagła chętka Hala do oświadczyn złożonych Maggie, która przyjęła je radośnie tuż przed wybuchem granatu. Ciekawe, co z Izabelą. No i cóż, Maggie puszcza wszystko w niepamięć, także Bena. Mamy nagłą radość Toma i Anne związaną z kolejną ciążą. Śmierć i zmartwychwstanie Anne z pomocą Dornia, tajemniczej wymarłej rasy Obcych i tak dalej. Naprawdę, najmniejszym absurdem było to, że Pope doskonale wiedział, gdzie szukać Toma, gdy ten udał się z ciałem Anne po pomoc do Dornia.

I tak, Pope był najlepszy. Powtórzę to.

Oszczędzę Wam opisu słodkiej sceny na sam koniec. To się trochę stało parodią, przywodzącą na myśl końcową scenę z "Marsjanie atakują". Ale to tylko moje wrażenie. Jednak twórcom udało się coś jeszcze - bardzo fajnym pomysłem było nie tylko podziękowanie fanom za wszystkie sezony, ale także składanie tytułu z nazwisk osób, które, o ile dobrze widziałem, przy serialu pracowały. Ładny, zgrabny hołd.

Powiedzmy sobie szczerze, finał "Falling Skies" był jak całe dwa ostatnie sezony - nieco od czapy, na bakier z logiką i kompletnie gubiący gdzieś sens tego, co przyciągało do tego serialu na początku. Pomijam, że w świetle tego, czego dowiedzieliśmy się w finale, kompletnie bez sensu był choćby wątek, w którym Espheni zachęcali ludzi do kolaboracji. I parę innych. No, ale już po wszystkim. Nareszcie.

REKLAMA