"Hannibal" (3x13): Czas przemian

"Hannibal" (Fot. NBC)

"Hannibal" (Fot. NBC)

Ten etap historii Hannibala Lectera i Willa Grahama ostatecznie zakończył się w kameralnym i nieco zaskakującym odcinku finałowym. Mimo nierównej jakości był to sezon świetny, być może najlepszy ze wszystkich. Spoilery!

Gdy tylko pojawił się pomysł, by na małym ekranie pojawił się Hannibal Lecter, reakcja wielu fanów tej postaci i całego uniwersum była sceptyczna. Czy można pokazać coś nowego po "Milczeniu Owiec" i dalszych filmach? Jak się okazało, Bryan Fuller nie tylko zaprzeczył tezom sceptyków, ale i stworzył nową jakość w budowaniu telewizyjnych narracji. Jego Hannibal ma swój niepowtarzalny styl, którego będzie bardzo brakować. Trzeci sezon był być może najbliższy wizji Fullera - bez proceduralnych ograniczeń, z widmem ostatecznego końca projektu na horyzoncie, on i jego ekipa mogli naprawdę rozwinąć skrzydła.

I wygląda na to, że ten trzeci sezon był rzeczywiście ostatnim akordem Fullera, bo po decyzji NBC o skasowaniu serialu "Hannibal" nie został przejęty ani przez Netfliksa, ani przez Amazon. W tym momencie na horyzoncie nie ma scenariusza, który byłby korzystny dla wszystkich tych, którzy liczą na hipotetyczny pełny 4. sezon. Dlatego można traktować ostatni odcinek nie tylko jako finał sezonu, ale też jako finał całego serialu. I jest to godne pożegnanie z bohaterami całej opowieści (chociaż słowo bohater nie brzmi w tym przypadku najlepiej).

Pocieszające może być to, że sezon trzeci składał się z dwóch tak odmiennych tematycznie i scenariuszowo części, że śmiało można uznać, iż były to tak naprawdę dwa sezony. Pierwsza zakończyła się w chwili, gdy po pobycie w Europie Hannibal oddał się w ręce FBI, druga to historia Czerwonego Smoka i pościgu za nim, która toczy się trzy lata po wydarzeniach z pierwszej. Dwie części różnią się atmosferą i stylem. Pobyt Hannibala w Europie to okazja do śmiałych stylistycznie zabiegów, które momentami są nużące i sprawiają, że cały serial niebezpiecznie zbliżał się do granicy kiczu. Na szczęście dzięki relacji Hannibala z Bedelią du Maurier (fenomenalna Gillian Anderson) całość była fascynująca i trudno do zapomnienia. Szkoda tylko, że wtedy Will Graham schodził na dalszy plan.

"Hannibal" w pierwszej części 3. sezonu ociera się o kicz, ale niektóre sceny - zwłaszcza z rezydencji Masona Vergera - nie mają z kiczem nic wspólnego, jeśli chodzi o sposób pokazywania przemocy, brutalności i zwykłej obrzydliwości. Fuller idzie na całość, co powoduje, że chwilami oglądanie "Hannibala" jest bardzo trudne i wymaga dużej odporności. I chociaż trudno nie odnieść wrażenia, że jest to czasami brutalność dla samej brutalności i szok tylko dla szoku, to i tak wiele scen zapada w pamięć. "Hannibal" do ostatnich chwil zaskakuje jeśli chodzi o inwencję pod tym względem.

Druga część sezonu to historia Czerwonego Smoka i jednocześnie powrót do głównej osi napędzającej serial, czyli do relacji Hannibal - Will. Chociaż nowym bohaterem jest tu Francis Dolarhyde, czyli Czerwony Smok (wcielił się w niego Richard Armitage), to i tak kluczowe jest to, dzieje się między Lecterem a Grahamem. Druga połowa sezonu jest bardziej równa niż pierwsza. Oczywiście nadal trzeba brać pod uwagę, że realizm nie jest i nigdy nie był mocną stroną serialu. Hannibal w Europie wcale się nie ukrywa, a na plan złapania Czerwonego Smoka nie zgodziłby się nikt przy zdrowych zmysłach. Ale nie o to przecież chodzi i nigdy nie chodziło.

Finałowy odcinek jest niezwykle kameralny. W zasadzie jedyna bardziej dynamiczna scena (poza ucieczką Hannibala) to finałowe starcie, które ujawnia też, jak głęboka jest więź między Hannibalem a Willem. Ich wspólny skok w przepaść to ostateczny cliffhanger, a raczej cliff-jumper. Bryan Fuller twierdzi, że ma pomysły na sezon 4, który może w najlepszym razie okazać się filmem. Ale nie ma wątpliwości, że nawet jeśli nie zobaczymy już nigdy tych postaci, to będzie bardzo godny koniec

Przemiana, którą obserwujemy u Willa jest w 3. sezonie "nałożona" na przemianę, jakiej ulega Dolarhyde. W serialu nie ma jednoznacznych postaci, ale Will w tym sezonie zaczyna jednoznacznie przechodzić do świata, w którym stoi na równi z takimi postaciami jak Hannibal czy sam Dolarhyde. To godna podziwu konsekwencja. Bo Will od samego początku serialu był postacią, która balansowała na granicy między dobrem a złem poprzez umiejętność wnikania w umysł i myśli mordercy.

Finałowa scena - w rytmie piosenki "Love Crime" - była być może najlepszym podsumowaniem tego, co łączyło Hannibala i Willa. Ich wspólny skok w przepaść nie wymaga wielkiego komentarza. Cały serial jest pełny biblijnych, religijnych i filozoficznych alegorii i motywów, ale Fuller w finałowym odcinku postawił na prostą symbolikę. I dlatego to zakończenie jest tak dobre.