"Boardwalk Empire": Kobiety, które biorą, co chcą

Jimmy i jego mama (Fot. "Zakazane imperium")

Jimmy i jego mama (Fot. "Zakazane imperium")

W jednym z najlepszych w 2. sezonie "Boardwalk Empire" odcinku "Peg of Old" najważniejsze były kobiety. Kobiety, które rządzą mężczyznami, które traktują mężczyzn jak zabawki, które wreszcie ich okradają. Takie sobie zwykłe kobiety. Spoilery!

Kiedy Daniel napisał, że w "Boardwalk Empire" liczy się tylko Nucky, a wszystkie inne postaci wywołują co najwyżej ziewanie, chciałam protestować. No bo przecież oni wszyscy są fantastyczni, znakomicie napisani i zagrani – zwłaszcza kobiety. Chciałam protestować, ale jakoś ciągle było coś ważniejszego do napisania – aż do teraz.

To właśnie panie były, obok wątku spiskowców podnoszących rękę na Nucky'ego, głównymi bohaterkami 7. odcinka, "Peg of Old". Tytułowa Peg, czyli Margaret, frapowała mnie od zawsze. No bo niby taka skromna, nawet kawałka cycka światu nie pokaże, a jednak wie swoje i swoje potrafi. Ledwie kilka miesięcy zajęło jej owinięcie Nucky'ego wokół palca, a teraz już po cichutku go okrada i nawet zaczyna zdradzać. Jednocześnie trzeba pamiętać, że gdyby nie jej spryt i oddanie, włodarz Atlantic City pewnie by już siedział.

Mimo to, kiedy ubrana skromnie, ale już nie biednie ubrana, czyściutka i pachnąca przemierza pełen brudnych dzieci i powiewających nad głowami gaci Brooklyn, trudno jej nie życzyć, żeby rodzina ją pokochała na nowo. Nie wiemy jeszcze, co się stanie, kiedy wdrapie się zawalającymi się schodami na górę, nie wiemy, jaka właściwie jest jej historia, ale podświadomie już nie jesteśmy po jej stronie. Choć widzimy jej samotność i rozpacz, nie wierzymy, że ona tylko "robi, co musi". Reakcja rodziny na jej powrót tylko nas utwierdza w tym przekonaniu. Kiedy po powrocie do domu zimnym tonem rozkazuje Owenowi, żeby ją zadowolił, nie chcemy już na nią patrzeć. Z uroczej pensjonarki, którą przygruchał sobie Nucky, nic nie zostało.

Ale czy można ją za to winić? Pewnie że nie. Ona jest tylko żebraczką, która nie ma niczego: wykształcenia, domu, pracy, męża, pieniędzy. Musi sobie jakoś radzić, prawda? Musi. W "Boardwalk Empire" nie ma zresztą dobra ani zła, czerni ani bieli. Wszyscy mieszczą się pośrodku, szarzy jak koty dachowce. Kobiety, mężczyźni, dziwki, agencji prohibicyjni, śliczne lesbijki, inwalidzi, którzy uprawiają zawód "morderca". Wszyscy są tacy sami.

Jednoznacznie zła nie jest też Lucy. To w końcu tylko duże, skrzywdzone dziecko, które trafiło na gorszego tatusia niż powinno, i głupio dało się wrobić. Jestem ciekawa, co mają w zanadrzu scenarzyści w związku z tą postacią. W końcu ona też musi gdzieś żyć, coś jeść, od kogoś brać pieniądze. Od Nucky'ego, który nie widział jej od 23 maja zeszłego roku? Nie sądzę. Agent Van Alden też jej przez jakiś czas nie zobaczy. Po niemal roku życia w więzieniu domowym Lucy jest gotowa wziąć to, co chce. Drżyjcie, panowie w Atlantic City!

Ale w okolicach słynnego pomostu spotkać można jeszcze bardziej niebezpieczne kobiety niż Margaret czy Lucy. Mam na myśli Gillian, matkę Jimmy'ego, rudowłosą, kochającą rodzinę boginię, która wskoczy do łóżka z kim trzeba i kiedy trzeba, jeśli tego wymaga plan. Że to kobieta twarda i bezwzględna, mogliśmy przekonać się nieraz. Ale w odcinku "Peg of Old" wyszła z niej prawdziwa Lady Makbet, która popycha swojego syna na drogę, z której trudno będzie zawrócić. W dużej mierze to ona doprowadza do postrzelenia Nucky'ego.

Jest wreszcie nowa kobieta. Kobieta pracująca, oschła i zasadnicza Esther Randolph (Julianne Nicholson), której głównym celem jest wsadzenie skarbnika rady miejskiej Atlantic City. Przyjeżdża do miasta, odbiera biurko Van Aldenowi i z systematycznością zabiera się do pracy. Los ją niedługo potem nagradza.

Wszystkie te panie, działające naraz, to prawdopodobnie najgorsza rzecz, jaka mogła się przytrafić Enochowi Thompsonowi. Jeśli ktoś doprowadzi go do zguby, to właśnie one. A on... nawet nie zauważy.