"Heroes Reborn" (1x01-02): Powrót do przeszłości

"Heroes Reborn" (Fot. NBC)

"Heroes Reborn" (Fot. NBC)

Czy świat potrzebuje kolejnych odcinków "Heroes"? NBC uznało, że tak, i w efekcie mamy "Heroes Reborn". I jak się okazuje, chyba tylko najwytrwalsi fani całego uniwersum będą zadowoleni z powrotu.

Dziesięć lat w serialach telewizyjnych to cała epoka. "Heroes" było fenomenem w swoim pierwszym sezonie, którego premiera miała miejsce we wrześniu 2006 roku. Wydawało się wtedy, że Tim Kring stworzył nowy popkulturowy fenomen, który osiągnie dominującą pozycję w swoim segmencie na lata. Tak się jednak nie stało, a po świetnym pierwszym sezonie serial zaczął błyskawicznie tracić na jakości. Po sezonie czwartym (i ostatnim) trudno było sobie wyobrazić, że nadejdzie chwila powrotu. 13-odcinkowy "Heroes Reborn" to właśnie taka próba - ze wszystkimi negatywnymi i pozytywnymi konsekwencjami.

Nie ma mowy o dużych zmianach w oryginalnej koncepcji. To nadal serial opowiadany mniej więcej w ten sam sposób: w każdym odcinku poznajemy historię kilkorga "evos", czyli ludzi obdarzonych nadnaturalnymi zdolnościami. Wszystkie wątki mają oczywiście łączyć się ze sobą, a całość dotyczy - jakże by inaczej - wielkiej tajemnicy, potencjalnej zagłady dla ludzkości itd. Niektóre postacie są całkowicie nowe, inne - jak Noah Benneta (Jack Coleman) - znamy doskonale z oryginalnych "Herosów". Evos muszą ukrywać swoje talenty po zamachu w Odessie, który zmienił ich postrzeganie w oczach całego społeczeństwa. To wszystko nie jest specjalnie zaskakujące.

I w tym tkwi podstawowy problem. "Heros Reborn" niczym w zasadzie nie zaskakuje. Seriale przez te dziesięć lat mocno ewoluowały, tymczasem w "Heros Reborn" trudno dostrzec jakąkolwiek ewolucję. To po prostu więcej tego samego. Owszem, pierwszy sezon był znakomity, ale kolejne dramatycznie nadszarpnęły reputację całego uniwersum, a przede wszystkim jego twórców. Niestety nie wygląda na to, by wyciągnęli wystarczająco dużo wniosków.

To nie oznacza oczywiście, że wszystko w tym projekcie jest złe czy beznadziejne. Luke (Zachary Levi) i Joanne (Judith Shekoni) jako para polująca na evos i bezwzględnie ich mordująca to chyba dwie najciekawsze postacie. Ich motywacje i spory są chyba najlepiej przemyślane. "Heros Reborn" zachowuje też specyficzny styl wizualny oryginału, z dodatkiem rzeczywistości 3D. To nie zarzut, bo "Heroes" było jednym z lepiej prezentujących się seriali.

Dla odmiany historia Tommy'ego (Robbie Kay), który jest obdarzony zdolnością teleportacji ludzi i przedmiotów, to powtórzenie jednego z najbardziej wyświechtanych wątków, jakie można sobie wyobrazić. Nieśmiały nastolatek obdarzony wyjątkową mocą, który próbuje podbić serce swojej koleżanki z liceum? Trudno o oryginalność z takim właśnie podejściem. Ten wątek powoduje natychmiastową irytację. Podobnie jest z historią byłego żołnierza Carlosa (Ryan Guzman). Motyw mściciela w masce jest niemal tak zużyty jak historia Tommy'ego.

"Heros Reborn" jest oczywiście skoncentrowane na rozrywce, wątek "ludzie kontra evos" jest zaledwie zarysowany. Tu też nie ma żadnych zaskoczeń. Trudno spodziewać się, aby nagle w tej właśnie formule serialu pojawiły się głębsze rozważania o społecznych nierównościach, dyskryminacji, odmienności i tak dalej.

"Heroes Reborn" to serial, którego czas się zatrzymał. Jednak dla widzów minęło już prawie dziesięć lat i ten sam schemat, nawet lekko odświeżony i dużo bardziej spójny niż sezon drugi i następny oryginału już nie wystarcza. Kilka pomysłów i wątków intryguje, ale nie na tyle, by to oglądać co tydzień. W zestawieniu z innymi produkcjami tego roku, "Heroes Reborn" wydaje się momentami wręcz archaiczne pod względem głębi, jakości opowiadanej historii i scenariusza. Dlatego, jeśli ktoś nie jest wielkim fanem oryginału, może powrót "Herosów" spokojnie ominąć.

REKLAMA