"Once Upon a Time" (5x01): Pożegnanie z Emmą

"Once Upon a Time" (Fot. ABC)

"Once Upon a Time" (Fot. ABC)

Po obejrzeniu "The Dark Swan" nie opuszcza mnie uczucie rozczarowania – to nie była premiera sezonu, na jaką liczyłem. Kilka elementów nie zagrało, a inne po prostu skopiowano z poprzednich lat. Dałoby się to wybaczyć, gdybyśmy otrzymali udany odcinek. Tak się niestety nie stało. Spoilery.

W premierowej godzinie 5. sezonu "Once Upon a Time" najwięcej czasu spędziliśmy w dwóch miejscach: w Zaczarowanym Lesie i w Storybrooke. W tym pierwszym towarzyszyliśmy Emmie (Jennifer Morrison), gdy debiutowała jako następczyni Rumplestiltskina (Robert Carlyle), zresztą w jego towarzystwie. No dobrze, nie do końca w jego towarzystwie, ale to przecież wygodne, że ktoś będący docelowo uosobieniem zła od początku dorabia się porządnych halucynacji.

Jednak panna Swan przebywająca w lesie wciąż nie jest tą postacią z plakatów promocyjnych. Tutaj raczej wydaje się udręczona nowym stanem i składać należy dzięki za obecność jej wyimaginowanego towarzysza. Bez niego nie dałoby się z nią wytrzymać. Zwyczajnie wciąż jeszcze jest utwierdzona w przekonaniu, że wszystko będzie dobrze, a Merlin się znajdzie i ją odczaruje. Ciekawe, że jako widz gorąco kibicowałem, aby ta dobra, odpowiedzialna i bohaterska Emma przegrała – cóż, wspominałem już o plakatach promocyjnych, prawda? Zresztą w dalszej części wędrówki po lesie było już nieco lepiej, a wszystko dzięki Meridzie (Amy Manson).

W drugim z miejsc, co zrozumiałe, pozostawieni bohaterowie próbują znaleźć sposób na ruszenie na pomoc swojej, córce, matce, przyjaciółce, miłości życia, zbawicielce, szeryfowi – trochę się tego uzbierało przez cztery sezony. Oczywiście zabrali się do tego w raczej mało efektywny sposób. Na szczęście dało to powód do wizyty u Zeleny (Rebecca Mader) i kilku jej szaleństw. Drobne wariactwa mojej ulubionej wiedźmy są zawsze mile widziane.

Ostatecznie Reginie (Lana Parrilla), Śnieżce (Ginnifer Goodwin), Killianowi (Colin O'Donoghue) i reszcie udało się dotrzeć do Emmy, która z ich pomocą chwilowo nie dała się ciemności. Zresztą już moment później spotykają oni króla Artura (Liam Garrigan) i po chwili rozmowy udają się do Camelotu. Następnie akcja przeniesiona zostaje z powrotem do Storybrooke, gdzie nasze towarzystwo po sześciu tygodniach nieobecności trafia do domu – ponownie z amnezją. Tym razem w mieścinie w stanie Maine pojawia się także wściekła i zupełnie pochłonięta przez ciemność Emma i wspominam o tym dlatego, że bardzo cierpliwie czekałem na ów moment przez całe 40 minut.

I naprawdę ciężko było zobaczyć plusy w tym odcinku. Jednym z nich pewnie byłoby to, że Zelena nie zawiodła, a i wreszcie poznaliśmy nowe postacie. Tak Merida, jak i Artur oraz jego rycerze wydawali się dostatecznie ciekawi, aby zwrócić na nich uwagę. Gdyby jeszcze rzut oka na Merlina w retrospekcji cofającej nas do 1989 roku był odrobinę dłuższy. Całe też szczęście, że udało się powstrzymać Emmę przed utłuczeniem rudowłosej księżniczki, choć z jakiegoś powodu mam nadzieję, iż zanim panna Swan opuści Camelot, solidnie przetrzebi grono uzbrojonych kawalerów. Wydawali się zbyt uśmiechnięci.

Za drugi plus można uznać to, że misja ratunkowa zakończyła się klęską. To dobrze, iż postać, która przez lata kolekcjonowała różne funkcje i etykiety, będzie się mogła pokazać od innej strony. Jej kontakt z nowym szeryfem w Storybrooke był szalenie obiecujący.

Niestety nawet w tym plusie kryje się pułapka, bo największym minusem "The Dark Swan" okazało się to, że z powodu wspomnianej już zbiorowej amnezji nie wiemy, co spowodowało ową porażkę. To całkowicie niewytłumaczalne, dlaczego twórcy postanowili raz jeszcze pozbawić wspomnień znaczną część swoich postaci. Rozumiem, że raz czy drugi się to sprawdziło, ale ile można!? Na marginesie, na imprezach w magicznych królestwach muszą być serwowane naprawdę mocne koktajle, skoro ich uczestnicy regularnie cierpią na zaniki pamięci.

W tej premierze pełno też było raczej dziwnych pomysłów. Wehikułem idealnym do podróży trąbą powietrzną okazała się Jadłodajnia Babci, do której załadowano zarówno dorosłych, jak i dzieci. Nie brakowało również absurdalnych scen, jak ta, w której Henry (Jared S. Gilmore) siedzi z książką przy barze i popija colę, gdy do lokalu wpada zaaferowany Killian. Rozumiem, że dzieciak bywa bezużyteczny, ale niezamierzone pokazanie, jak bardzo się "przejął" zniknięciem swojego biologicznego rodzica, było durną wpadką: "Mama zaginęła. Idę do Babci. Może mają frytki".

Z przykrością więc trzeba napisać, że była to po prostu nieudana premiera. Najlepsze jest jednak to, że teraz narzekam, a i tak dalej będę oglądać – wszystko przez rzut oka na Emmę w mrocznym wydaniu. Na koniec pewnie się zawiodę, ale cóż poradzić. Widać tak mają wyglądać moje zmagania z "Once Upon a Time". Po tych wszystkich latach najwyższy czas się do tego przyzwyczaić.

A właśnie: zamki, rycerze, questy… gdzie się podziały smoczyce?