"Quantico" (1x01): Federalne biuro tego i owego

"Quantico" (Fot. ABC)

"Quantico" (Fot. ABC)

"Run" pozostawia po sobie dziwne wrażenie. Ale nie da się jednak ukryć, że Joshua Safran - niegdyś producent "Plotkary" - w stworzonym przez siebie, przerysowanym, a czasem absurdalnym świecie czuje się wystarczająco pewnie, aby sprawić frajdę tym jakże przesadzonym pod każdym względem pilotem. Spoilery.

Od pierwszych minut w "Quantico" daje się do zrozumienia, że jakiekolwiek pozory rzeczywistości czy prawdopodobieństwa należy zostawić za oknem. Uczyńmy więc tak, zrelaksujmy się i dla świętego spokoju na godzinę przestańmy myśleć. Inaczej serial ABC wszystkich nas wykończy, i to bardzo, bardzo szybko.

W tych czterdziestu minutach nie brakowało zdarzeń dziwnych, przesadzonych i zaskakujących. Tak po prostu wysadzono w powietrze Grand Central Terminal (GCT) – serio, ta słynna budowla wyglądała lepiej po inwazji Chitauri w "The Avengers". Terroryści spokojnie zinfiltrowali FBI, a spiski zawierające w sobie jeszcze większe spiski chyba są chlebem powszednim. Seks z nieletnimi, zastrzelenie rodzica i dzielenie się tożsamością z siostrą bliźniaczką traktuje się jak zwykłe sekrety i bez problemu umożliwiają one rozpoczęcie nauki w Akademii FBI. Nawet ucieczka rzekomej terrorystki ze słabo obstawionego konwoju przebiegła bez najmniejszego kłopotu. Naprawdę nie przesadzam, to wszystko zdarzyło się w tym odcinku. Nie przejmujcie się więc i nie analizujcie.

Wydarzenia w "Run" rozgrywają się na dwóch planach czasowych: bezpośrednio po wspomnianym ataku na Grand Central Terminal i 9 miesięcy wcześniej – na moment przed i w pierwszych dniach pobytu w Quantico Alex Parrish (Priyanka Chopra) i innych rekrutów. Przez cały odcinek całkiem sprawnie, choć z niewielkim potknięciami, przeskakiwaliśmy między jednym okresem a drugim. Jak na razie więcej ciekawszych momentów zawierały pierwsze dni szkolenia.

Pomógł w tym znacząco zestaw bohaterów, który je rozpoczął, i fakt, że przynajmniej na początku wyglądało to jak jeden z tych filmów o letnich obozach albo jak coś wziętego z literatury młodzieżowej. Oto wymuskany zestaw różnorodnych postaci rozpoczyna bardzo trudne i niebezpieczne szkolenie i czyni to z humorem oraz odrobiną dystansu. Oczywiście każda z postaci ma swoje tajemnice, a część wykorzystuje dla własnych celów stereotypy na temat swojego pochodzenia. Na szczęście jednak nie robi się tego jedynie dla sztuki. Prawdopodobnie jedno z nich (lub kilkoro?) odpowiadało za atak na GCT, a FBI jak na razie winą obarcza naszą główną bohaterkę, czyli Alex Parrish.

Pomiędzy tym wszystkim najlepsze wrażenie wśród scen umiejscowionych przed atakiem sprawiała sekwencja złożona z wzajemnych przesłuchań przeprowadzanych przez rekrutów przy wykorzystaniu wariografów. Najlepsze, ponieważ akurat w tych minutach udało się zawrzeć nutkę prawdy.

Tak, wykształceni i inteligentni ludzie aplikujący do pracy amerykańskich agencjach rządowych rzeczywiście boją się wariografów. Nie dlatego, że te działają – czasem ocena czyjejś prawdomówności przy pomocy rzutu monetą przynosi lepsze efekty – ale dlatego, że oblanie takiego "badania" może już na zawsze uniemożliwić zdobycie wymarzonej pracy, np. w FBI. Zbudowanie więc kilkuminutowej sekwencji wokół realnego strachu i informacji, które bohaterowie wyłuskali na temat swoich kolegów, a także zakończenie jej strzałami, było bardzo ciekawym posunięciem.

Dobrze wypadł również debiut Priyanki Chopry w amerykańskiej telewizji. Pozostała część obsady też nie zawiodła. Dzięki temu właśnie opisana wyżej scena w ogóle wywoływała jakąkolwiek reakcję. Wystarczająco dużo nam też ujawniono, aby chciało się zasiąść do kolejnego odcinka. Owszem, zdarzyło się kilka kompletnych odlotów, ale jak na razie scenarzyści poruszają się raczej z wyczuciem po cienkiej granicy między elementami znanymi z oper mydlanych a kosmiczną głupotą. Poza tym zalecenie dotyczące braku nadmiernego myślenia wciąż obowiązuje.

I dlatego nie powiem wam dokładnie, co powoduje, że ta produkcja, robiona w wiosce znajdującej się gdzieś pomiędzy Shondaville a fabryką produkującą wypucowanych agentów na potrzeby telewizji, działa, sprawia frajdę i może się dobrze sprzedać. Nie jestem też w stanie określić, jak szybko cała intryga obierze kierunek, który zagnie czasoprzestrzeń, wyprostuje zwoje mózgowe itp. Na chwilę obecną jest to po prostu jeden z ciekawszych pilotów, jakie widziałem w ostatnich dniach, i sam nie wierzę, że właśnie to napisałem.

Co za jesień.