"Castle" (8x02): Wielka wsypa

"Castle" (Fot. ABC)

"Castle" (Fot. ABC)

To, co działo się w drugim odcinku 8. sezonu "Castle", sprawiło, że oniemiałem. Takiej wpadki twórcy serialu jeszcze nie mieli. I wcale nie chodzi o to, że odcinek nie był dobry. Po prostu ktoś zapomniał sprawdzić parę szczegółów. Uwaga na bardzo duże spoilery.

Poprzedni odcinek zostawił nas z solidnym cliffhangerem, w którym zabójcy już niemal pukali do drzwi kryjówki Kate. Oczywiście, było jasne, że Beckett się wywinie, ale wciąż pozostawało pytanie, jak to zrobi. Scenarzyści zdecydowali się na bardzo proste i mało subtelne zagranie, które jednak wypadło całkiem nieźle. Acz nadal mam pewien ból zębów spowodowany pojawieniem się deus ex machina teoretycznej macochy Ricka. Troszkę to zbyt łatwe jednak było, niemniej może prowadzić do interesujących rozszerzeń niektórych wątków w przyszłości i nie odrzucam tego pomysłu.

Jednak "XX", drugi odcinek nowego sezonu, był bardzo nierówny. Były naprawdę dobre sceny, takie jak ta z Beckett biorącą solidny łyk wódki tuż przed tym, jak samodzielnie zszyła sobie ranę z miną godną Jasona Stathama. Był Castle ratujący dzień (teraz wiemy, po co były bondowskie gadżety w jego biurze) i parę innych dobrych momentów. Były też jednak sceny słabsze i do tego jeszcze finał odcinka, który oburzył mnie, fanów serialu na całym świecie oraz ma szansę zepsuć wiarygodność postaci. A to już więcej niż poważny błąd.

Ale zanim jeszcze doszliśmy do finału, scenarzyści zdążyli popełnić parę dziwnych niedopatrzeń. Coś nie mogę się nadziwić nagle objawionym talentom Alexis rodem z CSI, stojącym w poważnej sprzeczności z tym, co mogliśmy usłyszeć w "Castle" w pierwszych sezonach. Nie sądzę bowiem, by hotelowe kamery w USA były znacząco lepsze od tych w Polsce, więc nie mogę też uwierzyć, że dało się uzyskać łatwy do odwrócenia i wyostrzenia obraz z odbicia w lustrze. Możecie mi wierzyć - nawet największe sieci hotelowe nie mają żadnego interesu, by montować aż tak dobre kamery. No i nie wierzę, by Alexis zrobiła z nagraniem to, co zrobiła, szybciej niż hotelowy specjalista. No, chyba że czas spędzony na rozwiązywaniu spraw za ojca wykorzystała też na doszkalanie. Pytanie jednak, jakim cudem jeszcze nie wyleciała z uczelni?

Wyjątkowo przewidywalnie wypadła też zagadka. W momencie, w którym pani z Waszyngtonu zaczęła rzucać podejrzenia na biednego speca od komputerów był momentem, pewne rzeczy były już więcej niż oczywiste. Tak samo jak oczywiste było to, że to tylko pionek. I tak - wiem, że "Castle" nigdy nie słynął ze specjalnego wyrafinowania zagadek, jednak rzadko bywały one tak przewidywalne.

Jednak najsłabszym momentem odcinka był ten, w którym Beckett zerwała z Castle'em, by go chronić. Jakby nie zdawała sobie sprawy, że niezależnie od tego, czy są razem czy nie, to jeżeli ktoś będzie chciał ją zranić, zabijając go, to i tak to zrobi. Nie można pominąć też faktu, że jest to kompletnie niewiarygodne w świetle wydarzeń z poprzedniego sezonu, gdy Kate włożyła naprawdę wiele wysiłku w to, by Ricka odnaleźć. I tak - wymiana zdań, w której wypomniała mu, że on czekał na nią tylko 36 godzin, a ona na niego 8 tygodni wskazuje, że wciąż są między nimi zaszłości, ale naprawdę - bez przesady. Ten nagły zwrot w relacji Caskett oburzył fanów serialu, których wściekłe tweety możecie poczytać tutaj.

I nie ma co się dziwić. Mnie ten odcinek też oburzył, choć z nieco innych powodów, o których wspomniałem wyżej. Twórcy tłumaczą się co prawda, że chcą w ten sposób dodać serialowi nowej energii i wrócić trochę do korzeni, ale mam sporo wątpliwości, czy im się to uda. Cóż, zobaczymy, jak ten sezon się rozwinie.