"Masters of Sex" (3x12): Zdrady i przewroty

"Masters of Sex" (Fot. Showtime)

"Masters of Sex" (Fot. Showtime)

"Masters of Sex" w 3. sezonie zajmowało się głównie trwonieniem potencjału i brnięciem w średnio interesujące wątki rodzinno-romansowe. Efektem są mieszane uczucia na koniec. Uwaga na spoilery!

W finale 3. sezonu "Masters of Sex" postanowiło nas zaskoczyć na koniec paroma porządnymi cliffhangerami. Mamy więc Virginię uciekającą w pośpiechu z Danem Loganem i spoglądającą co chwila za siebie, w nadziei że Bill jednak się pojawi. Mamy potencjalny rozwód Mastersów w powietrzu. Mamy Billa pędzącego na złamanie karku i rezygnującego tuż przed metą. Mamy wreszcie przyszłość kliniki wiszącą na włosku. I to ostatnie chyba najbardziej mnie z tego wszystkiego interesuje, bo przecież w tym serialu najważniejsza miała być praca. Ta ogromna, mająca gigantyczne znaczenie praca, która doprowadziła do paru przełomów i pomogła wyprowadzić Amerykę - i nie tylko Amerykę - z seksualnego średniowiecza.

To jest coś, co rzeczywiście w tej historii się liczy i co czyni "Masters of Sex" serialem wyjątkowym. Mocno niepoukładane życie prywatne obojga badaczy to oczywiście jeden ze skutków poświęcania się przez lata pracy - niewątpliwie bardzo ważny, ale wcale nie najciekawszy. Przynajmniej nie w takim kształcie, w jakim przedstawia się to w serialu. Bo 3. sezon przyniósł wiele wątków, na które patrzyło się po prostu źle. Przede wszystkim dzieci. Z syna Mastersów zrobiono małego socjopatę, nastoletnia córka Virginii głównie irytowała, a niemowlę, które pojawiło się na początku sezonu "ze względów prawnych", najwyraźniej wychowuje się samo. Nie żeby mnie to obchodziło. Wiadomo, że dzieci nie mają najłatwiej, kiedy rodzice praktycznie nie pojawiają się w domu. Jednak przez kilkuletni przeskok czasowy trudno zrozumieć, co się tutaj w zasadzie wydarzyło, i tym samym choć trochę wciągnąć się w te wszystkie wątki rodzinne.

Serial Showtime'a bardzo często rozmija się z prawdą historyczną - ot, choćby niepotrzebnie romantyzując relację Billa i Virginii, którzy w prawdziwym życiu byli kochankami, ale z nieco innych i jednocześnie znacznie bardziej frapujących powodów niż te serialowe. Trudno narzekać na obecność Josha Charlesa, ale wątek z Danem Loganem niepotrzebnie uczyniono tak ważnym. Owszem, baron branży perfumeryjnej pojawił się w Saint Louis, poszukiwał zapachu seksu i romansował z prawdziwą Virginią Johnson, ale w biografii obojga badaczy to była tylko mało znacząca anegdota. Zrobienie z niej głównej atrakcji sezonu to wielkie nieporozumienie, zwłaszcza że rzeczywistość - Hugh Hefner i Virginia imprezująca z celebrytami - była dużo bardziej ekscytująca. Być może znów na przeszkodzie stanęły względy prawne, być może ktoś tak po prostu podjął złą decyzję. Tak czy siak nie ekscytuje mnie romans Gini i Dana, choć oczywiście swoje momenty miał - na czele z rewelacyjną kolacją z poprzedniego odcinka.

Prywatne wątki Billa wypadają o tyle bardziej interesująco, że znacznie więcej wnoszą do rozwoju postaci, a poza tym zawierają bohaterkę ciekawą tak po prostu - Libby Masters. Scena z więzienia, w której oznajmia ona Billowi, że przecież wiedziała o jego romansie, i wywołuje u niego autentyczny szok, to jeden z najlepszych momentów tego sezonu. Michael Sheen raz jeszcze pokazał, że aktorem jest wyśmienitym, ale jednym z odkryć "Masters of Sex" jest też Caitlin Fitzgerald, która w niczym nie ustępuje bardziej utytułowanym kolegom i koleżankom. W Libby drzemie niesamowita siła, więc dla nas informacja, że ona w pełni świadomie przez lata poświęcała się dla rodziny, specjalnego zaskoczenia nie stanowi. Bill jest w szoku - i to akurat jest coś, co w tym sezonie rzeczywiście wyszło. Te emocje zbierały się przez dobrą dekadę, bo tyle mniej więcej czasu minęło, odkąd Mastersowie próbowali ze sobą rozmawiać.

Zawirowania w życiu prywatnym bohaterów zbiegły się w czasie z kolejną bardzo ważną konferencją prasową, podczas której Virginia i Bill mieli czarować dziennikarzy, i w efekcie mamy zapowiedź prawdziwej tragedii. I choć łatwo przewidzieć, że ta para nie straci z dnia na dzień dorobku całego życia i żadne z nich nie zostanie na początku 4. sezonu drwalem, to wszystko są rzeczy, które mają bardzo duży, póki co nie do końca wykorzystany, potencjał. Fakt, rozegrane z gracją słonia w składzie porcelany - ręka do góry, kto nie przewidział już na początku twistu z Norą! - ale broniące się tak po prostu. Tacy konserwatywni wariaci rzeczywiście klinikę atakowali, Mastersowie rzeczywiście musieli się od nich oganiać jak od natrętnych much, a korespondencja przychodząca do kliniki rzeczywiście zawierała więcej gróźb i inwektyw niż próśb o poradę czy podziękowań.

Program surogatów to również rzeczywistość - rzeczywistość, której oboje badacze (ale zwłaszcza Virginia) bardzo po latach żałowali. Było też naciąganie wyników badań (ledwie zarysowane w serialu), bardzo wielu sławnych klientów, obecność w telewizji i na okładkach, imprezy z celebrytami wreszcie. W serialu to wszystko stanowi tło - z jednej strony pojawiające się gdzieś na marginesach, drugiej przedstawiane bez finezji, łopatologicznie. Bo przecież dzieci są o tyle ciekawsze.

Krótko mówiąc, zadowolona z tego sezonu nie jestem, mimo że przyniósł on parę niezłych wątków, głównie w tle, i wiele okazji do popisów aktorskich. "Masters of Sex" ma wyśmienitą obsadę, dzięki której nawet średnio napisane sceny zyskują. Nie da się też nie doceniać kostiumów, scenografii, muzyki i całej tej wspaniałej otoczki. To wszystko było i jest na najwyższym poziomie. Szkoda tylko, że to co najważniejsze - wyjątkowość historii dwójki osób, które zrobiły coś, czego nikt przed nimi nie zrobił - gdzieś się w tym wszystkim gubi. Tak było przez cały sezon, tak było i w finałowym odcinku, "Full Ten Count".

Pytanie, jak długo jeszcze serial przetrwa. Niby do opowiedzenia zostało wciąż bardzo wiele, ale skoro tyle ważnych rzeczy udawało się do tej pory upychać gdzieś po bokach, to nie ma powodu, dla którego kolejnej dekady nie dałoby się zmieścić w jednym sezonie. Twórcy "Masters of Sex" mogą zostać do tego rzeczywiście zmuszeni, bo w tym roku bardzo spadła oglądalność. Podczas gdy "Ray Donovan" po początkowym tąpnięciu zanotował wzrost i ustabilizował widownię na poziomie ok. 1,4 mln, Mastersom spadło do ok. 0,6 mln. Czwarty sezon już zamówiono, ale z taką oglądalnością kolejny stoi pod znakiem zapytania.

Może więc pora już powoli kończyć?