"Most nad Sundem" (3x01): Życie po życiu

"Most nad Sundem" (Fot. SVT1)

"Most nad Sundem" (Fot. SVT1)

Aż dwa lata musieliśmy czekać na powrót jednego z najpopularniejszych skandynawskich seriali na świecie. Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy było warto, to już teraz mogę je rozwiać - "Most nad Sundem" jest nadal tak samo dobry. Uwaga na duże spoilery, także z finału drugiego sezonu!

Najważniejsze pytanie towarzyszące premierze nowego sezonu brzmiało: czy istnieje życie bez Kima Bodni? Jak dobrze pamiętacie, Martina Rhode żegnaliśmy w nieciekawym położeniu, aresztowanego za dokonanie długo oczekiwanej zemsty. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że grający go Bodnia nie powróci w kolejnej serii, ponoć dlatego, że nie podobał mu się kierunek, w jakim miał podążać wątek jego postaci. Wszystko to nie nastrajało optymistycznie, zwłaszcza że spośród wszystkich mocnych punktów serialu duet głównych bohaterów był tym najmocniejszym. Tak brutalne pozbawienie jednego z zębów trzonowych mało komu wychodzi na dobre, więc obaw przed premierą było co niemiara.

Twórcy zresztą z tej niepewności fanów całkiem inteligentnie zakpili, pozwalając, by tożsamość nowego partnera Sagi pozostawała tajemnicą aż do samego końca. Przyznajcie się - kto zdążył uwierzyć w to, że będziemy mieli w tym sezonie żeński duet detektywów? Ja dałem się nabrać i szczerze mówiąc, trochę żałuję, że ze współpracy Sagi z Hanne nic nie wyszło, bo początki były obiecujące. Nie wiem, być może grana przez Kirsten Olesen postać jeszcze się pojawi, tak czy siak, huczne odejście zafundowane jej przez twórców nieco przykryło inne wydarzenia tego odcinka. Wcale nie mniej ciekawe.

Przede wszystkim, dowiedzieliśmy się, że Martin trafił do więzienia i dość długo go nie opuści, ale twórcy na pewno nie pozwolą ani nam, ani Sadze szybko o nim zapomnieć. Dla niej jest to o tyle niekomfortowa sytuacja, że już teraz niełatwe relacje ze współpracownikami dodatkowo utrudnia łatka tej, która wsypała kolegę (a domyślam się, że wysadzenie w powietrze nowej partnerki też nie pomoże). Oj, ciężkie chwile przed naszą bohaterką, tym bardziej że niespodziewana wizyta matki kompletnie wytrąciła ją z równowagi. Na Sofię Helin posypał się już worek nagród i komplementów za poprzednie sezony, ale zdaje się, że dopiero teraz będzie miała okazję zaprezentować pełnię umiejętności. Tak roztrzęsionej Sagi jeszcze nie widzieliśmy i sądzę, że nie tylko ja umieram z ciekawości, by dowiedzieć się, co z tego wyniknie. Tym bardziej, że przeszłość naszej ulubionej policjantki ciągle jest bardzo tajemnicza, a w tym sezonie mamy szansę dowiedzieć się o niej znacznie więcej niż do tej pory.

Tyle wydarzeń w tej premierze, że dopiero teraz wspominam o morderstwie, a to oczywiście jest mocno nietypowe. Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że nikt nie potrafi stworzyć takiego klimatu jak Skandynawowie. Industrialna przestrzeń wypełniona manekinami i zabawkami wystarczyła, bym poczuł gęsią skórkę, a widok "rodziny przy kolacji" dosłownie zwalił mnie z fotela. Mistrzostwo świata w budowaniu napięcia i tajemnicy. Poza tym nie wiemy jeszcze oczywiście prawie nic, ale jestem dziwnie spokojny o jakość scenariusza. Po pierwsze dlatego, że Hans Rosenfeldt zdążył udowodnić przy okazji poprzednich serii, iż na swojej pracy zna się jak mało kto, a po drugie dlatego, że te strzępy informacji, które dostaliśmy, rokują bardzo ciekawie. Zwłaszcza wplątanie wątku obyczajowego, w postaci jakże popularnej nad Wisłą ideologii gender sprawia, że tym razem możemy uniknąć nieco nudniejszych okresów, które, w niewielkiej ilości, ale jednak pojawiły się w poprzedniej serii. Morderstwo na tle polityczno-obyczajowym, a na drugim planie m. in. kwestia wychowania dzieci w Szwecji? Dla mnie już teraz brzmi świetnie, choć to na pewno dopiero ułamek tego, co nas czeka.

Na koniec została jeszcze kwestia przed premierą najbardziej paląca, czyli nowy partner Sagi w śledztwie. Jak po wykluczeniu Hanne miałem uczucie lekkiego niedosytu, tak po ujawnieniu tożsamości jej zastępcy szczęka opadła mi do samej ziemi. Wspominałem już, że twórcy zakpili z widzów, ale to rozwiązanie trzeba nazwać wręcz perfidnym. Przez cały odcinek zwodzono nas tak skutecznie, podsuwając tropy odnośnie tego, kim jest tajemniczy Henrik, że nie wierzę, by ktoś z Was przewidział, jaką niespodziankę przyszykowano na koniec. O nim samym mamy tylko strzępy informacji, w dodatku takich, które za nic w świecie nie chcą się złożyć w jakiś sensowny obraz, ale pewne jest jedno – jego współpraca z Sagą przyniesie nam wiele przyjemności.

"Most nad Sundem" zaczyna się więc w najlepszy z możliwych sposobów. Zgodnie z zaleceniami Alfreda Hitchcocka, by na początku było trzęsienie ziemi, a potem napięcie stopniowo wzrastało, twórcy kuszą obietnicą fantastycznego sezonu i wierzę, że uda im się spełnić te nadzieje. A wracając do pytania o Kima Bodnię, muszę odpowiedzieć: tak, istnieje życie bez niego i wcale nie musi być gorsze.