"Dr. Ken" (1x01): Przypadki nudnego internisty

"Dr. Ken" (Fot. ABC)

"Dr. Ken" (Fot. ABC)

Naprawdę chciałbym napisać, że nowa komedia Kena Jeonga czymkolwiek się broni. Niestety w "Dr. Ken" nie ma nic wartego uwagi. To po prostu koszmar i katastrofa, a pierwsze z tych określeń nawet nie oddaje skali owej klęski. W końcu i najgorsze sny czasem bywają zabawne. Spoilery.

Gdybym przed zobaczeniem serialu stacji ABC chciał odpowiedzieć na pytanie, czy Ken Jeong sprawdzi się w głównej roli w sitcomie, skończyłoby się pewnie na "tak". Jeśli chwilę później ktoś by mnie zapytał, czy interesowałby mnie serial, w którym prawdziwy internista i jednocześnie aktor – czyli wspomniany Jeong – nabija się z lekarzy i pacjentów, to znów padłoby "tak". Cóż, obydwie odpowiedzi doprowadziły do tego, że zasiadłem do oglądania "Dr. Ken". Produkcji tak okropnej, że nawet tej rozczarowującej jesieni zdołała przebić swoją dziadowskością wszystkie złe seriale, jakie widziałem w ostatnich tygodniach.

Akcja pilota dotyczy dwóch sfer życia dr. Kena Parka (Ken Jeong). Z jednej strony są problemy rodzinne: brak zaufania tytułowego doktora do dorastającej córki i dziwna reakcja na plany młodszego syna. Z drugiej, w swoim miejscu pracy nasz lekarzyna zmaga się z niezadowolonym pacjentem. Ach właśnie, potem jeszcze ląduje na imprezie i w więzieniu albo jakoś tak, a odcinek kończy na scenie z owym synem, co to go nie wspierał.

Całość jest znacznie nudniejsza, niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. Niezależnie od tego, czy bohaterowie nabijają się z własnych rodziców, pacjentów lub dzieci, czy coś kombinują w asyście pozostałych pracowników Welltopia Medical Group, ich wysiłki nie przynoszą żadnych efektów. Co najsmutniejsze, zwyczajnie też nie śmieszą.

W pomysłach scenarzystów nie ma nic zabawnego czy interesującego. Czy bawić miała aplikacja do śledzenia córek: Daughter Tracker? Może śmiech wywołać miał dr Park pokazujący, co zrobi publiczność w trakcie występu jego syna? Granice komedii zapewne przesunięto nabijaniem się z pacjenta, który przyszedł z diagnozą z internetu. Tak, tak, a wspomnienie o terapii topless, prochach na imprezach i bolesnych odbytach to zapewne ukłon w stronę widzów poszukujących dawki ostrzejszego humoru. Jejku…

Najgorsze jest jednak to, że sam główny bohater raptem w kwadrans stał się niespójną mieszanką losowo wybranych cech. Niby bywa opryskliwy, ale nie za bardzo. Niby nabija się z pacjentów, ale nie zawsze. Podobno ma własne poglądy, ale się ich nie trzyma. Niby, niby, podobno – piękny przykład, jak nie tworzyć serialowych postaci.

Dodatkowo Ken Jeong bardzo źle wypada w tej roli. Sposób, w jaki wypowiada kolejne kwestie oraz jak wyglądają jego interakcje z pozostałymi bohaterami, nie służy ani jemu, ani samemu serialowi. Jest to zresztą zupełnie niezrozumiałe, bo pod wieloma względami to jego, ekhm, "dzieło". Jest pomysłodawcą oraz jednym z producentów wykonawczych i autorów scenariusza. Jak można aż tak niekomfortowo czuć się we własnym serialu?

Ponadto na chwilę obecną kilka manekinów wypadłoby lepiej niż pozostali bohaterowie. Wśród nich nie ma ani jednej ciekawej postaci, a na tym etapie zwykła litość utrudnia dalsze pastwienie się. Utrudnia, choć nie uniemożliwia. W końcu, jeśli chodzi o rozrywkę, to wgapianie się w ścianę wydaje się lepszą opcją. Szorowanie podłóg szczoteczką do zębów też brzmi całkiem nieźle. Nawet wysłuchiwanie wielogodzinnej tyrady wściekłego szefa lub szefowej może mieć więcej uroku.

I umówmy się, "Dr. Ken" jest tak zły, że aż trudno polecić go miłośnikom umartwiania się, czy poszukiwaczom silnych wrażeń w słabych serialach. To produkcja, która amatorów pijackich gier wpędzi w alkoholizm. To sitcom, który ludziom oglądającym dosłownie wszystkie komedie zafunduje porządne załamanie nerwowe.

Śmiejemy się naprawdę z wielu różnych rzeczy. Nawet bardzo nieudane dramaty mogą bawić. Nie musi być to wyszukany humor. Jednak stworzenie serialu komediowego, w którym nie dostarcza się choćby jednego żartu wartego najdrobniejszego chichotu, jest wielkim wyczynem. To również przejaw czystego okrucieństwa.

Śmiech przecież jest zdrowy i kto jak kto, ale lekarz powinien o tym wiedzieć.