"Homeland" (5x01): Oszukać przeznaczenie

"Homeland" (Fot. Showtime)

"Homeland" (Fot. Showtime)

Start nowego sezonu "Homeland" oznacza prawdziwy początek serialowej jesieni. I chociaż nie jest to może najbardziej zapadający w pamięć odcinek tego serialu, to buduje solidny fundament pod nową intrygę szpiegowsko-geopolityczną. Spoilery!

W świecie "Homeland" minęły dwa lata. I chociaż na pozór nic się nie zmieniło - USA nadal prowadzą wojnę z islamskimi fundamentalistami, a na głównym froncie tych zmagań jest Peter Quinn - to brakuje jednego ważnego elementu. Jest nim Carrie, która teraz mieszka i pracuje w Berlinie. Z dala od geopolityki była agentka CIA prowadzi w miarę stabilny i spokojny żywot. Wychowuje córkę, jest w stabilnym związku, pracuje jako szefowa bezpieczeństwa w fundacji niemieckiego. Jednym słowem - sielanka.

Ale Carrie nie potrafi uciec przed swoją przeszłością. "To wygląda, jakby moje stare życie do mnie wracało" - mówi w pewnym momencie, gdy jej szef oznajmia, że wyjeżdżają do obozu dla uchodźców w Libanie. Ta wyprawa będzie miała zapewne dalekosiężne konsekwencje dla niej i jej szefa - znając "Homeland", ten pomysł może skończyć się tragicznie. Była agentka CIA nie potrafi też uciec przed pokusą rozpoczęcia bardzo niebezpiecznej gry z Hezbollahem, który kontroluje wspomniany obóz dla uchodźców. To pokazuje, że jej nowe życie już za chwilę może się skończyć.

Pytanie o to, czy można uciec przed swoją przeszłością, jest jednym z centralnych motywów tego odcinka i być może całego sezonu. Bo Carrie zostaje wciągnięta w poważną szpiegowską intrygę, związaną nie tylko z wojną domową w Syrii, ale też wyciekiem danych z lokalnej placówki CIA, dotyczących zakrojonego na szeroką skalę podsłuchiwania obywateli Niemiec przez służby USA. Wyciek zagraża oczywiście relacjom niemiecko-amerykańskim, ale nie tylko.

Jeśli ten wątek brzmi znajomo, to nieprzypadkowo. Po raz kolejny twórcy "Homeland" sięgają po tematy niemal wprost przeniesione z nagłówków gazet. Trudno nie zauważyć podobieństw ze sprawą Edwarda Snowdena. ISIS, kryzys związany z uchodźcami, islamscy fundamentaliści w Europie, wojna w Syrii, a nawet istnienie "ośrodków przerzutowych" CIA w Polsce - to wszystko kwestie, które pojawiają się w pierwszym odcinku 5. sezonu i które są bardzo aktualne. To zawsze było mocną stroną "Homeland" - nawet jeśli same wydarzenia osadzone w świecie serialu oddalały się często od rzeczywistości, realizmu i zdrowego rozsądku.

Kluczowe pytanie, które wisi nad kolejnym sezonem jest proste: czy jeśli Carrie po raz kolejny wróci do swojego typowego modelu zachowania, to widzowie nie poczują się tym znudzeni? Całkowita transformacja byłej agentki we wzorową matkę i dziewczynę nie jest wiarygodna. Powrót "starej Carrie" może okazać się nużący. To tylko jedno z pytań, które trzeba sobie zadać po tym mało spektakularnym, chociaż bardzo solidnym początku sezonu. Tylko ostatnie kilkanaście minut tego odcinka rzeczywiście jest dynamiczne. Poza tym powrót "Homeland" można określić jako dość rutynowy.

Na szczęście wraca też Peter Quinn, który wydaje się już całkowicie wyprany z uczuć i emocji. Dwa lata w Syrii najprawdopodobniej jeszcze bardziej go odczłowieczyły. Scena zabójstwa za pomocą ładunku wybuchowego - przypominająca nieco "Monachium" Spielberga - jest jedną z najlepszych w odcinku. Quinn przyjmuje do wiadomości informację od Saula, że rząd USA nie będzie go chronił na terenie Niemiec, i zamierza dalej robić swoje.

Carrie i powrót jej demonów, a także relacja z Saulem - która znajduje się w bardzo kiepskim stanie - będą zapewne motorem napędowym dalszych odcinków. Podobnie jak intryga, która szybko może wykroczyć poza sztampę, znaną choćby z filmów, takich jak "Bardzo poszukiwany człowiek". I chociaż powrót "Homeland" nie był może wybuchowy, to i tak cieszy, zwłaszcza na tle jesiennych nowości.