"You, Me and the Apocalypse" (1x01-02): Zagłada po brytyjsku

Fot. Sky 1

Fot. Sky 1

Prawie niezauważenie przemknął nam fakt, że wśród jesiennych nowości pojawiła się jedna, przy której naprawdę warto się zatrzymać. Mowa o brytyjskim "You, Me and the Apocalypse", które zasługuje na znacznie większy rozgłos niż dotychczasowy, bo amerykańską konkurencję bije na głowę. Uwaga na spoilery.

Serial stacji Sky 1 jest amerykańsko-brytyjską koprodukcją, o której większość świata usłyszy zapewne dopiero w midseasonie, gdy pokaże ją NBC. Nie ma jednak sensu czekać do przyszłego roku, bo jesień nas nie rozpieszcza premierami, a tutaj mamy do czynienia z czymś, co może tę szarą rzeczywistość mocno ubarwić.

Pomysł na serial jest prosty - oto ludzkość dowiaduje się, że do Ziemi zbliża się olbrzymia kometa, która uderzy za nieco ponad miesiąc, prawdopodobnie niszcząc wszelkie życie na naszej planecie. Za głównych bohaterów robi tu natomiast grupa ludzi, którzy na chwilę przed tą tragedią znajdują się w schronie pod brytyjskim Slough. Kim są i skąd się tam wzięli, zostanie nam wyjaśnione w dziesięciu odcinkach, podczas których poznamy ich bardzo zróżnicowane historie.

Sam pomysł na historię o zagładzie nowy nie jest. Widzieliśmy to już w wielu odsłonach, zarówno bardziej dramatycznych, gdy chodziło o walkę o przetrwanie, jak i bardziej komediowych, gdzie apokalipsa stawała się okazją do parady niewybrednych żartów. Tym razem udało się opowiedzieć coś nowego, poniekąd mieszając te dwa rodzaje opowieści. Twórcy stworzyli bowiem komediodramat, w którym poważne podejście do zbliżającej się katastrofy obficie podlano typowo brytyjskim humorem.

Podczas pierwszych odcinków najbardziej rzuca się w oczy to, że nikt tu za bardzo nie wie, jak się zachować. Ludzkości zostały dokładnie 34 dni, a więc nieco za dużo, żeby rzucić całe dotychczasowe życie, żegnać się ze wszystkimi czy rozpętać anarchię. Z drugiej strony jednak trochę za mało, by po prostu przejść nad tym do porządku dziennego. Świetnie widać to w scenie, gdy dwójka bohaterów tkwi na zakorkowanej drodze, bo wszyscy rzucili się do ucieczki, ale absolutnie nikt nie zamierza złamać przepisów drogowych. Zdezorientowanie udziela się więc każdemu, choć niektórzy radzą sobie z nim lepiej niż inni, jak choćby para staruszków na nietypowej "odysei". Takie podejście do tematu zagłady jest oryginalne, ale też bardzo zdroworozsądkowe. Brytyjskie po prostu. W dodatku znakomicie bawi.

Zaletą "You, Me and the Apocalypse" jest również brak wiodącego głównego bohatera. Historia rozbija się na kilka wątków, które prowadzą nas od Wielkiej Brytanii, przez Stany Zjednoczone, aż po Watykan. Póki co dopiero zaczynamy rozpoznawać powiązania pomiędzy nimi, ale wiemy, że wszystkie zbiegną się we wspomnianym już bunkrze. Jak do tego dojdzie, pozostaje tajemnicą, ale już teraz widać, że twórcom udało się stworzyć historie na równym poziomie. Łączy je to, że ich bohaterom, oprócz apokalipsy ogólnoświatowej, przydarzyły się takie o mniejszym kalibrze. Jamie (Mathew Baynton) odkrywa, że jego zaginiona przed laty żona żyje, a on sam ma brata bliźniaka, który na dodatek jest cyberterrorystą. Rhonda (Jenna Fischer) trafia do więzienia w Nowym Meksyku, chroniąc własnego syna, podczas gdy jej brat (Kyle Soller) stara się zapanować nad sytuacją w Białym Domu. Jest jeszcze Siostra Celine (Gaia Scodellaro), która opuszcza klasztor, by podjąć pracę w Watykanie dla mocno nietypowego ojca Jude'a (Rob Lowe).

Pod względem fabularnym, jak na razie, jest więcej niż dobrze. Manewrowanie między tak różnymi wątkami wymaga sporych umiejętności, lecz tutaj udaje się podtrzymać nasze zainteresowanie w każdym z nich. Znaleziono złoty środek pomiędzy komedią i dramatem, dzięki czemu jest zabawnie, ale humoru nie sprowadzono do poziomu rynsztoka. Pomiędzy żartami natomiast można odnaleźć prawdziwie dramatyczne momenty, w których jednak delikatnie puszcza się do nas oko, by nie brać tego zbyt poważnie. Dodatkowo pilot zachwyca dynamiką, która sprawia, że cały odcinek mija w oka mgnieniu. Później akcja wprawdzie nieco zwalnia, ale ciągle stoi na wysokim poziomie i wiele obiecuje na kolejne odcinki.

Olbrzymia w tym zasługa również, prócz inteligentnego scenariusza i świetnie napisanych postaci, znakomicie dobranej obsady. Tutaj na pierwszym miejscu postawiłbym Roba Lowe'a, który po raz kolejny tej jesieni (po "The Grinder") bryluje na ekranie i w niczym nie przeszkadza mu sutanna. Jego ojciec Jude to swego rodzaju watykański bad boy, który pije, pali i klnie jak szewc. Pełni również rolę tzw. adwokata diabła, czyli osoby odpowiedzialnej za wyszukiwanie wszelkich brudów na kandydatów do kanonizacji (to prawdziwa funkcja w Watykanie, która jednak bardzo straciła na znaczeniu po zmianach wprowadzonych przez Jana Pawła II w 1983 roku). W takiej roli bardzo łatwo przeszarżować, ale Lowe odnalazł równowagę pomiędzy mało katolickim emploi swojej postaci, a jego poświęceniem dla wiary. Dzięki temu ojciec Jude jest bardzo autentyczny, a jego szczere oddanie sprawie powoduje, że wypada bardziej przekonująco niż niejeden prawdziwy duchowny. Wyszło to świetnie, a że między nim i partnerującą mu Gaią Scodellaro od razu pojawiła się nić porozumienia, to cały wątek zapowiada się bardzo ciekawie.

A to przecież nie wszyscy, bo wśród amerykańsko-brytyjskiej obsady dobrych kreacji nie brakuje, że wspomnę tylko zmienioną prawie nie do poznania Megan Mullally w roli neonazistki Leanne czy Pauline Quirke jako matkę Jamiego. Każdy bohater coś tu wnosi i intryguje oraz najzwyczajniej w świecie bawi, oferując nam rozrywkę na poziomie, którego tej jesieni jeszcze nie widzieliśmy. Jeśli więc potrzebujecie wytchnienia od sitcomowej sieczki w postaci mocno absurdalnego, ale też piekielnie inteligentnego brytyjskiego humoru, to "You, Me and the Apocalypse" wydaje się być idealną odtrutką.