"iZombie" (2x01): Ręka, noga, mózg pod autem

"iZombie" (Fot. The CW)

"iZombie" (Fot. The CW)

Liv Moore ponownie zawitała na antenę The CW, a jej powrót nie mógł sprawić mi większej frajdy. "Grumpy Old Liv" zawiera wszystko, co mogło się podobać w 1. sezonie i o wiele więcej, bo w kilku momentach scenarzyści solidnie zaskoczyli. Spoilery.

Dużą przyjemność sprawił mi pierwszy sezon "iZombie". Serial The CW sprawnie mieszał momenty śmieszne i dramatyczne oraz rozrywkę z makabrą – ostatnie rozróżnienie może być ważne dla części publiczności nieutożsamiającej jednego z drugim. W trakcie 13 odcinków Liv (Rose McIver) zjadła kilka fajnych mózgów, zetknęła się z naprawdę zwariowanymi rzeczami, a i straciła parę ważnych dla siebie osób. Owszem, były niewielkie potknięcia, ale przez znaczną większość czasu trudno było się oderwać od jej zmagań z codziennymi problemami nieumarłych.

Finał debiutanckiej serii również pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie. Uważnie byliśmy prowadzeni do tego momentu, więc kiedy dramatyczne wydarzenia zaczęły się rozgrywać jedno po drugim, trudno było nie docenić wszystkiego, co nam zaproponowano. Nie uciekano też od pokazania konsekwencji wyborów poszczególnych bohaterów, nawet jeśli prowadziły one do raczej nieszczęśliwych lub niefortunnych zakończeń.

Oczywiście, systematycznie budowany biznes Blaine'a (David Anders) poszedł z dymem, a wcześniej Major (Robert Buckley) znacząco skrócił listę pracowników tejże firmy. Sprawa napojów Max Rager wreszcie trafiła do mediów. Były także trudne wybory, przed jakimi stanęła Liv i niespodziewane konsekwencje podjętych decyzji. Przecież mało kto się spodziewał, że Evan Moore (Nick Purcha) znajdzie się na stole operacyjnym akurat w taki sposób. Żeby po uleczeniu dwóch nieumarłych nie móc uleczyć siebie i zostać dawcą krwi dla umierającego brata – bolesny był to koniec serii.

Premierowy odcinek 2. sezonu przenosi nas o trzy miesiące do przodu. Znowu znajdujemy się w szpitalu, w którym leży Evan. Decyzja Liv o nieoddaniu krwi doprowadziła do całkowitego i zrozumiałego odrzucenia jej przez rodzinę. Również Peyton (Aly Michalka) nie wróciła do Seattle, więc Liv (niestety) musiała się dorobić się nowej współlokatorki – podobno prosto ze skarbówki, o czym później. Na dodatek Major trzyma się na odległość, co również da się zrozumieć. Nieciekawe czasy nadeszły dla panny Moore i gdyby nie fantastyczny Ravi (Rahul Kohli), to byłaby zupełnie sama.

Na szczęście zawsze jest praca, a przygnieciony autem emeryt przez swój zgon dostarczył bohaterom jeden z najciekawszych mózgów tygodnia. Liv wzbogacona o cechy wrednego, stetryczałego emeryta stanowiła bardzo mocny punkt odcinka. Jej chamskie i nieodpowiednie komentarze bardzo mocno wpłynęły na przebieg śledztwa, a i przyczyniały się do częstych wybuchów śmiechu. Ponadto podobało mi się, że rozwiązanie zagadki nie zmusiło nas do udania się poza ulicę, na której mieszkał ów upierdliwy denat.

Jednak najlepsze rzeczy działy się poza sprawą zabójstwa Wendella Gale'a. Po pierwsze obserwowanie już wyleczonego Blaine'a rozkręcającego nowy, rzekomo uczciwy, biznes było dziwnie satysfakcjonujące. Ponadto zmotywowanie go do odszukania wadliwej Utopii, niezbędnej do stworzenia nowej wersji lekarstwa dla zombie było właściwym posunięciem. No co, więcej Davida Andersa w tej roli przecież nikomu nie zaszkodzi.

Po drugie zaskoczyło mnie, że Major zatrudniony został do mordowania zombie przez Vaughna Du Clarka (Steven Weber) i Max Ranger. Nie wiem dlaczego, ale były narzeczony Liv ciągle łapie się na najlepsze wątki. Tym bardziej że za każdym razem przyczyny jego decyzji udaje się sensownie wyjaśnić. Nawet swoje obecne zajęcie przyjął, aby przynajmniej chwilo zapewnić bezpieczeństwo Liv. Skarbówka jako miejsce pracy wspomnianej już nowej współlokatorki musiała okazać się przykrywką, nie?

Jeśli miałbym na cokolwiek narzekać, to chciałbym, aby choć raz dla Clive'a (Malcolm Goodwin) znalazł się jakiś dłuższy wątek, który nie wydawałby się nieaktualny czy niepotrzebny. Obecnie, mimo że znowu czemuś się przygląda, za wiele z tego nie wynika. Zobaczcie, jesteśmy prawie przy samym końcu tego tekstu, a jest to pierwszy akapit, w którym o nim wspominam.

Pomijając już ogólną bezużyteczność naszego detektywa o trudnym nazwisku, kilkadziesiąt minut z "Grumpy Old Liv" było dobrym pomysłem. W odcinku tym wrzucono akcję na zupełnie nowe tory, dano bohaterom mnóstwo rzeczy do roboty, a i utwierdzono widzów w przekonaniu, że porządne mózgi szybko się nie skończą. Na dodatek bezpieczeństwo głównej bohaterki może być zagrożone, a jej chłodne relacje z rodziną uniemożliwiają powrót do niektórych rzeczy widzianych w poprzedniej serii. Czego można chcieć więcej od serialu na początku sezonu?